Jak rzeszowianka przeniosła Zakopane na Majorkę

Beata z pochodzącym z Trzciany
Grzegorzem Książkiem oraz ich 8-letnim
synem Wiktorem. – Pozdrawiam dziadzia
Jasia, babcię Danusię, babcię Anię i wujka Roberta. Bardzo ich kocham i planuję
odwiedzić w Wielkanoc – zapowiada Wiktor. Fot. Archiwum

Tutaj na jednym stole lądują żurek i paella. Hiszpanie zajadają się golonką, słuchając góralskiej muzyki. A niektórym płyną łzy wzruszenia, bo pierogi, których kosztują, są dokładnie jak te babcine. Tak niezwykłej mieszanki kultur i smaków można zaznać w restauracji stworzonej przez Beatę Książek na… Majorce! Oto opowieść o tym, jak przedsiębiorcza rzeszowianka przeniosła Zakopane na Baleary.

Gdyby kilkanaście lat temu ktoś jej powiedział, że będzie karmić innych, a jej dania zachwycą podniebienia ludzi z całego świata, z pewnością by nie uwierzyła. Miała zrobić karierę w finansach. – Po studiach z ekonomii zaczęłam pracę w banku. Zostałam młodszym specjalistą do spraw pożyczek gotówkowych. Zdobywałam nawet nagrody – wspomina Beata Książek. – Byłam bardzo zadowolona, zwłaszcza że jednocześnie kończyłam studia magisterskie z ekonomii. I tak sobie żyłam do czasu… aż się zakochałam! – śmieje się.
Gdy jej przyszły mąż się oświadczył, postanowili, że wyjadą gdzieś na rok, by mogli samodzielnie zapłacić za wesele. – Brat Grzegorza mieszkał wtedy na Majorce. Wzięłam więc bezpłatny roczny urlop i przyjechaliśmy na wyspę – wspomina. Magisterkę kończyła w locie i to dosłownie – kursując między dwoma krajami.
W 2007 r. powiedzieli sobie z mężem „tak”, a powrót do Rzeszowa zaczął się oddalać – Stwierdziliśmy, że na Majorce mamy większe możliwości – przyznaje Beata. Wyznaczyli sobie kolejny cel – zaoszczędzić, by móc kupić mieszkanie w Rzeszowie. I ten plan udało się zrealizować. Tyle że w tym czasie największa w archipelagu Balearów wyspa stała się dla Beaty i Grzegorza domem. Sprzedali więc nieruchomość, w której, jak mówią, nie miał kto mieszkać, a potem zainwestowali w inną… nad Morzem Śródziemnym.

Amerykański sen

– Kiedy tu przyjechałam, znałam wyłącznie język angielski oraz niemiecki. No i zaczęły się schody. Okazało się, że w tak otwartym na turystów kraju niekoniecznie dogadamy się po angielsku, a po niemiecku to już w ogóle – przyznaje rzeszowianka. Tymczasem ona pragnęła rozpocząć tu swoje życie. – Miałam duże ambicje, a język był podstawą. Bardzo chciałam mówić poprawnie po hiszpańsku. Dlatego zapisałam się do 2-letniej szkoły, którą skończyłam z wyróżnieniem. Otrzymałam nawet dyplom podpisany przez samego króla Hiszpanii. Po jej ukończeniu zaczęłam pracować w firmie, która miała opatentowaną markę „I Love”, np. „I love Mallorca” czy „I Love Barcelona” – wspomina. – Tam spełnił się mój amerykański sen. Zaczynałam jako ekspedientka w sklepie, a skończyłam jako dyrektor generalny – kontynuuje. W ramach obowiązków podróżowała do największych miast Hiszpanii, takich jak Barcelona, Madryt, a także na Teneryfę czy Ibizę.
Dziś z rozrzewnieniem wspomina ten czas. – Byłam osobą, która zajmowała się dosłownie wszystkim, więc, kiedy urodziłam syna i byłam na urlopie macierzyńskim, szef nie mógł znaleźć nikogo na zastępstwo. Któregoś dnia zadzwonił do mnie, mówiąc „Słuchaj, chcą nas wykupić. Co ty na to?”. „Sprzedawaj, bo ja mam już inny pomysł na siebie” – odparłam. Niedługo później otworzyła razem z mężem sklep z pamiątkami w samym centrum Palmy, naprzeciwko parlamentu. Interes się kręcił. – Pracowała tam moja mama. Pewnego feralnego dnia złamała nogę. Ja byłam z małym dzieckiem, mąż rozkręcał firmę budowlaną. Stwierdziliśmy, że nikogo nie zatrudnimy, a ponieważ otrzymaliśmy ofertę – sprzedaliśmy biznes.
Przedsiębiorcza Polka nie zamierzała jednak bezczynnie siedzieć. – Minęło trochę czasu i wymyśliłam, że otworzę salon urody. Zatrudniłam wspaniałych ludzi – Jesusa z Dominikany, Laurę z Hiszpanii, Natalię z Argentyny – wspomina. To był kolejny sukces. Jednych klientów witała, innych żegnała. A gdy miała chwilę, rozmawiała z sąsiadem – Hindusem. Był właścicielem pizzerii, którą z salonem dzieliła tylko ściana. Któregoś dnia przyszedł do Beaty z ofertą. „Siedziałem w tej Hiszpanii tylko po to, żeby uzyskać paszport. Właśnie go dostałem i mam prawo wyjechać do Anglii, gdzie jest cała moja rodzina. Chcę tam podjąć legalną pracę” – zaczął. „Słuchaj, zostawiam pizzerię. Chcesz?” – zaproponował. „Chcę!” – odparła wtedy jeszcze właścicielka salonu urody.

28 ton drewna spod samiuśkich Tatr

Kiedy już burzyła ścianę, by powiększyć lokal, obmyślała, jak będzie wyglądać. Koncepcji było kilka. Finalnie postawiła na góralski styl. Dlaczego? – Bo nikt nad Morzem Śródziemnym nie ma góralskiej restauracji! – odpowiada bez wahania. – Kocham Zakopane, góry. Mam wielu znajomych górali, których przynajmniej raz w roku muszę odwiedzać – tłumaczy Beata. To właśnie w czasie rodzinnego pobytu w „jej ukochanym miejscu na ziemi” utwierdzili się z mężem w przekonaniu, że pięknie rzeźbione drewno spod samiuśkich Tatr to to, czym chcą się wyróżniać.
– Od razu podjechaliśmy do firmy zajmujących się budowaniem hoteli, restauracji itd. Na początku myśleli, że żartujemy – śmieje się Beata. Ale gdy właściciel przyjechał na Majorkę, żeby zrobić pomiary, zrozumiał, że to na serio. Zamówili przepiękne krzesła, solidne stoły, zachwycający bar, a nawet drzwi. Wszystko ręcznie rzeźbione. 3 miesiące później przyjechała do nich ciężarówka z 28 tonami drewna prosto z Zębu koło Zakopanego.
A już samolotem przyleciało siedmiu górali, którzy wszystko montowali, a gdy trzeba było, chwytali za dłuta.
– Kiedy zakładaliśmy drzwi do łazienek, okazało się, że nie mają oznaczeń. Zapytałam: „Chłopaki, ale skąd będzie wiadomo, która jest dla pań, która dla panów, a która dla niepełnosprawnych?”. Na co jeden z panów stwierdził: „Weźmiesz pani naklejkę. Se pani nakleisz i będziesz pani miała, nie?” – opowiada. Takiej opcji nie było. – Pojechałam do domu. Znalazłam odpowiednie symbole w Internecie. Wydrukowałam, przyjechałam do restauracji i wręczyłam góralowi, mówiąc: „To teraz nich mi pan pokaże, jak się rzeźbi” . Wtedy on niczym kucharz, który przed pracą rozkłada torbę ze swoimi nożami, rozłożył swój pas, w którym były dłuta i przystąpił do pracy – zachwyca się restauratorka. Chwilę później na drzwiach były już wyrzeźbione brakujące elementy.
Po 17 dniach zarówno mieszkańcy Palmy, jak i przyjezdni z zaciekawieniem zatrzymywali się przed „Ca na Betty Restaurant”. Wyróżniała się kuchnią, wystrojem, ale też muzyką. – Zaprosiliśmy na otwarcie kapelę góralską, która została na dwa tygodnie. Dzięki niej klienci mogli się poczuć jak w polskich górach – uśmiecha się Beata.

Fot. arch. prywatne

Pierogi jak u mamy

Od początku chciała połączenia smaków śródziemnomorskich z polskimi. Ryzyko? Jakie ryzyko! Była pewna, że to przyciągnie klientów. Miała rację.
– Gościłam kiedyś rodzinę niemiecką. Najpierw przyszedł młody chłopak. Zapytał, czy moglibyśmy zrobić mu ziemniaki z koperkiem, bo jego babcia takie robiła. Nie ma sprawy! – odparłam i podaliśmy mu je ze schabowym. Zjadł, zapytał, czy mamy pierogi i wyszedł – opisuje. Wrócił na kolację. Z babcią. – Gdy podano jej pierogi, zawołała mnie do stołu. Pomyślałam: „Pewnie coś nie tak – za grube ciasto, albo przesolony farsz”. Tymczasem 70-letnia pani rozpłakała się, mówiąc, że są dokładnie takie, jak robiła jej mama. Restauracja pełna ludzi, ona ociera łzy, ja też i tak razem płaczemy nad tymi pierogami – śmieje się.
Stołuje się u niej wielu Niemców pochodzenia polskiego. – Nawet kiedy jest upał, a my nie gotujemy żurku czy bigosu, potrafią przyjść i poprosić o ugotowanie tych dań – dziwi się.
A co zamawiają rodacy? – Wiadomo! Pierogi, pierogi i jeszcze raz pierogi! Ale też golonki kapusty, kapuśniaki. Kiedy odwiedzają nas Polacy z rodziną, która przyjechała do nich na wakacje, jest zabawnie. Bo oni stawiają na dania hiszpańskie, a ci, którzy mieszkają tu od lat – polskie – zauważa. Gdy pytamy, jak udaje jej się uzyskać prawdziwy smak tradycyjnych specjałów, odpowiada: – Zaopatrujemy się w polskim sklepie. Jeśli podajemy ruskie, to tylko na polskiej mące i polskim serze. Liczy się jakość, a nie ilość – nie ma wątpliwości.
W jej kuchni czaruje dwoje kucharzy. – Pani Beata odpowiada za dania polskie. A Singh jest specjalistą od mięs i robi bardzo dobrą pizzę. Ma bardzo duże doświadczenie. Kilka lat temu podebrałam go konkurencji – zdradza.

Fot. Arch. prywatne

Serniki schodzą na pniu

Mięsa mięsami. Są jednak słowiańskie rarytasy, na których Majorkanie się nie poznali. – Nie do przeskoczenia są ogórki kiszone. Próbowałam kiedyś kogoś poczęstować, bo akurat przywiozłam kilka słoików od teściowej, ale nie ma takiej możliwości, żeby spróbowali. Prędzej nasłaliby na mnie sanepid! – żartuje rzeszowianka. Niektórzy dziwią się klasycznym potrawom. – Kiedyś rozmawiałam z Hiszpanem i z niedowierzaniem dopytywał: „Serio, gotujecie pierogi w wodzie?”. To była dla niego nowość, bo np. w Argentynie tzw. empanadas smaży się na tłuszczu, a w innych krajach piecze się w piekarniku.
Wszyscy bez wyjątku przepadają za to za „naszymi” ciastami. – Potrafię wyjąć z pieca sernik. Klient zamawia kawałek, po czym stwierdza: „Daj mi całą blachę”. Zdarzają się takie sytuacje i ja zostaję wtedy bez deseru. Serniki, szarlotki czy orzechowce schodzą na pniu – zapewnia.
Nie ma jednak dobrej imprezy bez dobrego alkoholu. – Chyba jako jedyna knajpa w całym El Areanalu (najsłynniejszy kurort na wyspie) mamy polskie piwo. A już na pewno jako jedyni na Majorce serwujemy piwo z sokiem – co tutaj jest wielkim szokiem – przyznaje Beata. W karcie jest też polska wódka, a także drink „Ca na Betty”, czyli żubrówka z sokiem jabłkowym oraz szczyptą cynamonu.
Góralska restauracja karmi już od 6 lat. A Beata i Grzegorz nie żałują, że poszli za głosem serca. – To był strzał w dziesiątkę! Klienci są zachwyceni. Mamy dużo komunii, wesel – nie tylko polskich. W kwietniu organizujemy chrzciny dla Majorkanina. Rodzice już zażyczyli sobie golonkę z pierogami zamiast ziemniaków – podkreśla.

Mały Rzeszów

Beata wyznaje, że po tylu latach na Majorce jest jej dom, ale w Polsce również. Przecież tam ma całą rodzinę. – Jestem bardzo dumna z tego, że pochodzę z Rzeszowa – podkreśla. Mieszkała na osiedlu Gwardzistów, obok stadionu Resovii. – Kolega z bloku wyjechał przed laty do Stanów. Jakiś czas temu przyleciał do mnie na Majorkę, na wakacje. Tak się nią zachwycił, że kupił tu mieszkanie. Później przyjechał jego kuzyn z Kolorado. Było tak samo. Moi znajomi, którzy też są ze stolicy Podkarpacia, od czasu do czasu składali nam wizyty. W końcu stwierdzili, że to jest ich miejsce. Kupili tu nieruchomość. Śmieję się, że powoli robię tutaj mały Rzeszów!
Sama zakochała się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Nie tylko w zapierających dech krajobrazach. – Tutaj wszyscy się do ciebie uśmiechają, pytają, co słychać. Ludzie są bardzo otwarci, otwierają swoje domy przed tobą. Moja koleżanka Majorkanka poprosiła mnie na mamę chrzestną swojego małego dziecka. To o czymś świadczy. Ja w żadnym stopniu nie czuję się tutaj obcokrajowcem, osobą gorszą. Wręcz przeciwnie – przyjęto mnie jak do rodziny – wyznaje. – Czuję się obywatelem Europy.
Po tylu latach przesiąkła hiszpańską mentalnością. – Nauczyłam się luzu! Tego, że na wszystko jest odpowiedni moment. Jeśli teraz czegoś nie zrobisz, nie martw się. Zrobisz to później! Kiedy przyjeżdżam do brata Roberta, a on mówi: „Zrób to, czy tamto. Dawaj, dawaj!”, odpowiadam z moim hiszpańskim luzem: „Spoko, mańana! Jutro to się załatwi”. Bardzo go to irytuje (śmiech). Mówi, że jestem roztrzepana.
Słuchając takiej opowieści, wydaje się, jakby razem z rodziną była na wiecznych wakacjach na hiszpańskiej wyspie. – Wakacje to my mamy, jak jedziemy do Polski! – żartuje. Często przyjeżdżają do ojczyzny, bo tęsknią za rodziną. – Dla mnie bardzo ważne jest też to, żeby mój 8-letni syn miał kontakt z językiem. Dlatego w domu mamy polską telewizję, czytamy dużo polskich książek i rozmawiamy w tym języku – opowiada.
Sam Wiktor mówi tak: – Urodziłem się na Majorce, ale jestem Polakiem. Umiem dużo mówić po polsku i lubię przyjeżdżać do Polski. Byłem w: Krakowie, Rzeszowie, Lublinie, Zakopanem, Bieszczadach. Co najbardziej mu się tu podoba? – Śnieg. To, że można jeździć na nartach. A szczególnie spędzanie czasu z rodziną – wyznaje chłopiec. A gdzie są lepsze pierogi – u mamy czy babci? – dopytujemy. Ale 3-klasista doskonale wie, co odpowiedzieć. – Myślę, że smakują mi i u mamy, i u babci – stwierdza rezolutnie. Zdradza, że z polskiej kuchni lubi rosół oraz schabowego. Z hiszpańskich dań najchętniej zajada się kalmarami albo pulpetami. A tata? – Uwielbia golonkę – słyszymy.
– Zawsze pierwszy degustuje, ale nigdy nie krytykuje. Powtarza, że wszystko jest super – mówi z uśmiechem Beata. – Grzegorz prowadzi własną firmę. Jest budowlańcem i mistrzem w swoim fachu! A mnie dodaje skrzydeł. To ramię, do którego zawsze mogę się przytulić, jeśli trzeba – na nim oprzeć, i odpocząć, by za chwilę znowu ruszyć do przodu.
A obowiązków ma sporo! Niedawno zaprosił ją do współpracy znany oraz niezwykle ceniony polski restaurator. Została jego menedżerem i stworzyła dla niego od zera dwie restauracje na Majorce. Nazwiska ani szczegółów tej współpracy nie chce jednak zdradzać, bo jak tłumaczy, obiecała dyskrecję. Tak czy inaczej, na razie to marka „Ca na Betty” jest największym odkryciem na Balearach!

Wioletta Kruk

Podczas otwarcia
„Ca na Betty Restaurant”
góralska kapela
umilała klientom czas. Fot. Archiwum

One Response to "Jak rzeszowianka przeniosła Zakopane na Majorkę"

Leave a Reply

Your email address will not be published.