
Choć wydaje się to nieprawdopodobne, dość łatwo jest wpaść w tzw. spiralę długów. Dużo trudniej się z niej wyplątać. Jednak najgorzej jest wówczas, gdy ci, którzy mieli rzekomo w tym pomóc, okazują się tymi, którzy jeszcze bardziej pogrążają. Taka sytuacja spotkała małżeństwo
z Przemyśla, które zdecydowało się opowiedzieć o tym nam i naszym Czytelnikom, by przestrzec innych …
Pani Anna i pan Krzysztof z Przemyśla do niedawna żyli sobie wraz ze swoim synem całkiem spokojnie. – Przelewać się nam nie przelewało, ale nasze pensje starczały na normalne życie – podkreślają dziś małżonkowie. Jak sporo ludzi „grubsze” sprzęty brali na raty, ale mieli z czego je spłacać, więc problemu nie było. Pojawił się, gdy panu Krzysztofowi w tej chwili były już dyrektor ich wspólnego z żoną zakładu pracy zmniejszył liczbę godzin pracy, a tym samym pobory. – Nie o kilkaset złotych, ale niemal o połowę – wyjaśnia mężczyzna. – I z całkiem dobrze żyjących ludzi staliśmy się z dnia na dzień znacznie biedniejsi.
Trzeba było jednak jakoś żyć i płacić raty, więc małżonkowie „ratowali się” pożyczkami w parabankach. Taką „chwilówkę” łatwo wziąć, ale gorzej się spłaca, bo do spłaty jest z reguły sporo więcej, niż się pożyczyło. – Ani się obejrzeliśmy, a wpadliśmy w tzw. spiralę długów – przyznaje pani Anna. – Zobowiązań robiło się coraz więcej, a my nie mieliśmy z czego spłacać – opowiada. Wieści o tym, że Anna i Krzysztof są zadłużeni jakimś sposobem rozeszły się także w miejscu gdzie oboje pracują. – Czułam na sobie spojrzenia koleżanek, doszły mnie słuchy, że rozmawiają o mojej sytuacji – zwierza się pani Anna. – Było to przykre, ale co mogłam poradzić. Na szczęście nie wszystkie współpracownice tak się zachowywały – dodaje kobieta.
„Wybawca” z Internetu
Jednak nie najlepsza atmosfera w pracy, to był najmniejszy problem małżonków. – Z kolejnej pożyczki staraliśmy się spłacić poprzednią, by za miesiąc znów wziąć kolejną. Straciliśmy nad tym kontrolę – opowiadają przemyślanie. Wkrótce państwo Anna i Krzysztof nie mieli już jak wziąć kolejnej pożyczki. Ich dane trafiły do Biura Informacji Kredytowej. Tymczasem zobowiązania nagliły. – Wtedy zrobiłam chyba najgłupszą rzecz pod słońcem – stwierdza pani Anna. – Zaczęłam w Internecie szukać kogoś, kto udzieliłby mi pożyczki w takiej sytuacji – zdradza. Wtedy kobieta uważała, że ma szczęście, bo znalazła warszawską firmę, której przedstawiciel przez telefon zrobił na niej bardzo dobre wrażenie. – Przekonywał mnie, że to nie problem -wspomina pani Anna. – Obiecał, że dostaniemy pożyczkę pod zastaw mieszkania, pospłacamy obecne długi, a ją będziemy spokojnie spłacać i wszystko będzie dobrze – relacjonuje kobieta. – Miałam tylko założyć jednoosobową działalność gospodarczą no i przyjechać do Warszawy na spisanie umowy wraz z mężem. Byle jak najszybciej! Wspomniano nam też o tym, że powinniśmy mieć 5 tys. gotówki na koszt notarialny – dodaje.
Umowa „na szybko”
Do stolicy małżonkowie z Przemyśla pojechali kilka dni po rozmowie z uroczym przedstawicielem firmy, to było w połowie listopada 2018 roku. Znów musieli się zapożyczyć, żeby mieć na notariusza, ale byli pełni optymizmu. – Liczyliśmy, że wkrótce nasze kłopoty się skończą, tymczasem jechaliśmy nieświadomi, że właśnie wpędzamy się w jeszcze gorsze bagno – mówią dziś pani Anna i pan Krzysztof.
W Warszawie wszystko odbywało się bardzo szybko. – Zapewniono nas, że otrzymamy 150 tys. złotych pożyczki, dano do przejrzenia „na szybko” umowę, która naszym zdaniem była w porządku i pędem do notariusza – wspomina pani Anna dodając, że przedstawiciel firmy zainkasował od przemyślan 5 tys. złotych „prowizji”. – Nie dał nam na to żadnego pokwitowania, odbyło się to „pod stołem” – przyznaje kobieta.
Według umowy, którą małżonkowie mieli okazję przejrzeć z otrzymanej od warszawskiej firmy pożyczki miały zostać spłacone częściowo ich zaległości, a na ich konto miało trafić ok. 80 tys. złotych. Tymczasem …- Wszystko co kiedykolwiek od nich wpłynęło to niecałe 30 tys. złotych – wyjaśniają pani Anna i pan Krzysztof. – Z umowy, którą podpisaliśmy u notariusza wynika, że firma z udzielonej nam pożyczki bierze sobie aż 50 tys. złotych prowizji! Nie było tego w umowie, którą dano nam do przejrzenia – zarzekają się. – Gdybyśmy wiedzieli, że jest taki zapis nie wzięlibyśmy tej pożyczki. Pożyczka zostało udzielona „pod zastaw” mieszkania, które należy tylko do pani Anny, ale mieszkają w nim także jej mąż i niepełnoletni syn. Przemyślanom nawet przez myśl nie przeszło, że składając w stolicy podpisy mogą pozbawić siebie i syna po prostu dachu nad głową.
Nikt nas nie słucha
Otrzymane od firmy niecałe 30 tys. złotych nie ratowało sytuacji małżonków z Przemyśla. Zamiast spłacić swe wcześniejsze długi, tylko powiększyli swe zobowiązania. – Gdy skontaktowaliśmy się z przedstawicielem firmy, by wyjaśnić sprawę braku wpływu na nasze konto 50 tys. złotych, udawał zdumionego. Polecił nam przeczytać umowę, którą sami wszak podpisaliśmy -wspominają przemyślanie. Małżeństwo znalazło się w impasie, odsetki od ich już ogromnego długu rosły, a oni nie mieli, z czego spłacać. Wreszcie zaczęli otrzymywać pisma od komorników. – Nie powiadamiano nas o terminach rozpraw w sądzie – opowiadają pani Anna i pan Krzysztof. – Do tego prokuratura pozostała głucha na nasze doniesienia o tym, jak nas oszukano! Komornicy, bo jest ich aż dwóch różnych piszą do nas, że mamy udostępnić mieszkanie do wyceny rzeczoznawcy. Jesteśmy załamani – mówią przemyślanie. Do małżeństwa przychodzą monity o zapłatę należności od firm, o których nigdy nie słyszeli. – Nie wiemy, czy nasi wierzyciele sprzedali komuś nasze długi, czy może ktoś podszywa się pod wierzycieli – przyznają.
– To nie jest tak, że my się skarżymy, a nie widzimy swojej winy – zastrzegają pani Anna i pan Krzysztof. – Rzeczywiście przecież po zmianie warunków pracy u męża braliśmy te pożyczki – przyznaje kobieta. – Ale ta firma z Warszawy zwyczajnie i bezczelnie nas oszukała – dodaje jej mąż. – I zrobiła to z premedytacją doskonale wiedząc, że już znajdujemy się w fatalnej sytuacji. Teraz nasza sytuacja jest dramatyczna – mówią. – Przez to, że nas oszukano możemy stracić mieszkanie, po prostu dach nad głową! A wymiar sprawiedliwości ani organa ścigania nam nie pomagają, wręcz przeciwnie – zauważają małżonkowie.
Boją się każdego dzwonka
Pomaga im za to prawnik, z którego pomocy skorzystali w jednym z biur poselskich. Pani Anna, bo to ona jest de facto wzięła na swą firmę pożyczkę od firmy ze stolicy napisała też do ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, Zbigniewa Ziobry. – Skoro tu nikt nas nie chce wysłuchać i jesteśmy tylko kolejną „sprawą” dla wymiaru sprawiedliwości, to muszę interweniować „wyżej” – uważa przemyślanka. Na razie jednak małżonkowie i ich niepełnoletni syn boją się każdego dzwonka do drzwi. – Boimy się po prostu, że to komornik, który wyrzuci nas z mieszkania – przyznają. – Jesteśmy u kresu wytrzymałości – dodają ze łzami w oczach. – A ci, którzy nas oszukali już może szukają kupca na nasze mieszkanie i śmieją się z naszej naiwności. Chcemy wszystkich przestrzec przed takimi pożyczkami i podpisywaniem czegoś „na szybko”. Oni zwyczajnie wykorzystali naszą złą sytuację – podsumowują. – Może ktoś miał podobną sprawę z tą samą, albo inną firmą? Może komuś udało się ją rozwiązać i mógłby nam pomóc informując nas co robi? – zastanawiają się. – Będziemy wdzięczni za każdą pomoc.
Mówi się, że pieniądze to nie wszystko i szczęścia nie dają. To prawda, ale ich brak może być prawdziwym nieszczęściem w sytuacji takiej, jaka dotknęła przemyskie małżeństwo. Pożyczka w warszawskiej firmie miała rozwiązać ich problemy, a sprowadziła na nich jeszcze większe. Pamiętajmy, że gdy ktoś nam deklaruje, iż wybawi nas z kłopotów finansowych pożyczając dużą sumę pieniędzy, należy podchodzić do tego bardzo ostrożnie. Nie wszyscy są uczciwi, a skutki naszego nadmiernego zaufania do kogoś mogą być takie, jak widać, opłakane.
Monika Kamińska



One Response to "Jak stracić dach nad głową"