Jak to w urzędach pracy pomagają bezrobotnym

Grzegorz AntonNiedawno pewna osoba podczas redakcyjnego dyżuru opowiedziała mi, jak wyglądały jej kontakty z urzędem pracy. Zresztą takie opowieści słyszałem już wielokrotnie. Jednak chciałem się posłużyć tylko jednym konkretnym przykładem, bo opisując historie innych bezrobotnych musiałbym napisać książkę.

Tak więc nasza Czytelniczka została zarejestrowana jako bezrobotna, następnie rozmawiała z jakimś urzędnikiem, który słysząc, że wspomniana osoba ma kilkunastoletnie doświadczenie pracy w handlu, skwitował to następującymi słowami: „eee, to pani nawet pomagać nie trzeba, pani to szybko znajdzie pracę”. Tak wyglądała cała porada. Osoba, o której piszę, nie miała pracy przez około 6 miesięcy. W tym czasie dostała raz telefon od pani z doradztwa urzędu pracy czy jak to się tam nazywa, która zapytała: „… co tam się dzieje, nadal pani szuka pracy? Na twierdzącą odpowiedź kobiety powiedziała: „Jak pani znajdzie pracę, to proszę się do nas zgłosić. Do widzenia”. Kobieta przez cały okres na bezrobociu nie otrzymała ani jednej propozycji z urzędu, a powiedzmy szczerze, nie szukała pracy jako kosmonauta, tylko jako sprzedawca.

Sama wysłała setki podań, ale została zaproszona zaledwie na dwie rozmowy kwalifikacyjne. Oczywiście wspomniana kobieta nie mogła liczyć na staż, bo firmie, która ją chciała, odmówiono przyznania stażu. Gdy zapytała o szkolenia organizowane w urzędzie pracy, usłyszała: „na razie nie ma pieniędzy”. Czasy są ciężkie, rynek pracy bezwzględny jak dżungla w Belize, dlatego też tacy ludzie jak dzwoniąca do redakcji kobieta oczekują pomocy od urzędników, a z kolei ich psim obowiązkiem jest pomoc bezrobotnym. Tej pomocy jednak nie ma. Owszem, co chwilę urzędy pracy pokazują jakieś statystyki, jak to wspaniale pracują, jak to bezrobocie się zmniejszyło o 0,01 proc., ile to zapewnili staży, szkoleń, wydali pieniędzy na pomoc w założeniu działalności gospodarczej. Statystyka to jednak coś innego niż życie, życie bezrobotnego, który nie ma co do garnka włożyć, bo nawet jak zasiłek dostaje, to jest to często jakieś 580 zł, czyli kwota adekwatna do opłacenia mieszkania i rachunku za prąd. Za coś trzeba jednak kupić jedzenie i opłacić pozostałe rachunki. I jak tu żyć? A można, ale już tylko z przyzwyczajenia.

Ja wiem, że urzędy pracy dostają pieniądze z Warszawy i na to, ile dostaną, mają mały wpływ, ale sami urzędnicy i bez tego mogą próbować coś zrobić dla ludzi, a nie dzwonić i pytać się, czy znaleźli pracę, a jak nie znaleźli, to dawać rady, żeby szukali jej nadal. Odnoszę wrażenie, zresztą nie odkrywam tu Ameryki, że urzędy są tylko po to, aby dawać prace urzędnikom. Czas to zmienić i czerpać wzorce z krajów zachodnich, w których osoba poszukująca pracy jest traktowana jak człowiek, a nie jak nic nieznaczący paproch.

Redaktor Grzegorz Anton

4 Responses to "Jak to w urzędach pracy pomagają bezrobotnym"

Leave a Reply

Your email address will not be published.