SKOKI DO WODY. Rozmowa z Andrzejem Rzeszutkiem, zawodnikiem Stali Rzeszów, świeżo upieczonym olimpijczykiem.
– Marzenia się spełniają! – podkreśla 25-letni rzeszowianin Andrzej Rzeszutek, który w piątek wrócił z Brazylii z olimpijską kwalifikacją.
– To prawda, że u skoczka do wody najważniejsza jest głowa?
– Prawda. Trening mentalny przynosi większe wyniki, niż trening fizyczny.
– Słyszałem, że ma pan nerwy ze stali.
– Robię wszystko, by nie dać się stresowi, ale nie powiem, że jestem w tym mistrzem. Są lepsi ode mnie. Choć uważam, że dla mnie i dla Kacpra Lesiaka, z którym skaczemy w synchronie, presja już nie jest problemem. Raczej cieszymy się, że spełniamy oczekiwania trenerów i kibiców.
– Jak dużo dała panu praca z psychologiem?
– Już po pierwszych zajęciach mentalnych z Witoldem Bombą zauważyliśmy, że jest duża różnica w jakości oddawanych skoków, moim podejściu do startów. Zacząłem lubić ten dreszcz emocji, adrenalinę, bo wcześniej zdarzało mi się mieć dużą „spinkę”.
– Odporność psychiczna pomogła w uzyskaniu olimpijskiego paszportu. Po nieudanym czwartym skoku w kwalifikacjach, szybko musiał się pan pozbierać…
– Przed ostatnim skokiem powiedziałem sobie: teraz albo nigdy. Po wyjściu z wody okazało się, że jestem na 23. miejscu i zaczęło się wielkie liczenie punktów. O tym, że pojadę na igrzyska, poinformowała mnie Patrycja, moja dziewczyna, która też skacze w Stali. To był cudowny telefon (śmiech). Ten skok, półtora salta Auerbacha z trzema i pół śrubami, jest dość trudny technicznie. Można za niego otrzymać dużą liczbę punktów, więc trzymam go na końcu na wypadek sytuacji awaryjnej.
– Strategia zdała egzamin, polski skoczek pojedzie na igrzyska po 24 latach przerwy.
– Powoli dociera do mnie, że jestem olimpijczykiem. Cieszę się ogromnie, bo włożyłem w to mnóstwo pracy, ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. W Rio chciałbym przebrnąć przez eliminacje i wystartować w konkursie finałowym.
– Paradoksalnie stres będzie wtedy mniejszy, bo w tej dyscyplinie sportu największym wyzwaniem są same kwalifikacje.
– Zapewniam, że w grupie 32 szczęśliwców, którzy wywalczyli olimpijskie przepustki, nie ma ludzi przypadkowych. Przebrnąć przez kwalifikacje w skokach do wody to nie lada sztuka. O końcowym wyniku, jak pokazuje choćby mój przykład, decydują detale. Tu nie chodzi o to, żeby pobiec szybko w jednym biegu. Liczy się powtarzalność, jeśli nie oddasz kilku równych, stabilnych skoków, będziesz miał problem. Dodajmy jeszcze, że konkurs kwalifikacyjny w Rio trwał aż cztery godziny. Przez tak długi czas trzeba było zachować najwyższą koncentrację.
– Ci, którzy współpracują z panem na co dzień, podkreślają, że z pana wzór profesjonalisty. Zawsze pan taki był czy może miał pan okres, gdy chciał rzucić te skoki w diabły? Przecież od szóstego roku życia znajduje się pan w niebywałym kieracie!
– Jeśli ktoś mówi, że jestem odpowiedzialny, to wypada mi tylko podziękować. Oczywiście jak każdy sportowiec miewałem też gorsze momenty, ale naprawdę poważnego kryzysu nie przechodziłem. Rodzice wpoili mi, żebym słuchał się trenera. Jeśli go szanujesz, musisz mu zaufać – powtarzali. Ten mój charakter to połączenie wewnętrznej siły ze spolegliwością. Nie zjadłem wszystkich rozumów, dlatego staram się wyciągać jak najwięcej z tego, co mówi trener.
– Co pana najbardziej fascynuje w skokach do wody?
– Uwielbiam adrenalinę podczas skoku, szczególnie trudniejszego technicznie. Koncentracja na starcie, a potem uwolnienie swojej mocy w trakcie kilku sekund. Niesamowite uczucie! I jeszcze ta satysfakcja – człowiek się wynurza z wody i słyszy oklaski z trybun.
– Czy to niebezpieczna dyscyplina? Gdy ludzie słyszą o skokach do wody, natychmiast przypominają sobie historię Grega Louganisa.
– Mnie historie mrożące krew w żyłach się nie przytrafiły. Ale zdarzyło się, że w trakcie treningu złamałem nogę, skręciłem kolano. W skokach do wody mamy do czynienia z ogromnymi przeciążeniami organizmu. Wielu zawodników uskarża się na bóle w dolnej części kręgosłupa. Albo nadgarstki – wbrew pozorom nie skacze się na główkę, lecz na ręce. To one muszą rozerwać taflę wody i przyjąć impet ciała wpadającego z wysokości do wody.
– Wodę się „spulchnia” specjalnymi bąbel-maszynami rozbijającymi taflę wody od spodu.
– Tak, ale zapewniam, że nieudany skok do wody boli (śmiech). Miałem już poobijane oczy albo krwiaki wzdłuż ciała. Lecz to codzienność, zwłaszcza podczas nauki nowego skoku.
– Czy pan pływa? Tak dla przyjemności.
– Kocham wielkie fale. Takie spotkaliśmy teraz w oceanie, na Copacabanie. W basenie pływam rzadziej, bo najczęściej po treningu nie mam już na to sił.
– Dieta to podstawa w treningu. Jakich produktów nie może pan jeść?
– Staram się unikać węglowodanów o wysokim indeksie glikemicznym. Alkohol odpada całkowicie. Raz w tygodniu mogę zjeść słodycze, sięgam wtedy po moją ulubioną czekoladę (śmiech).
– Tabliczka to za dużo?
– W ten jeden dzień mogę jeść, ile chcę, ale nie przesadzam. Wiem co dobre dla mojego organizmu.
– Jak idzie panu pisanie pracy magisterskiej?
– Nieźle. Temat jest mi bliski, piszę o sportach pływackich w Rzeszowie.
– Zwiedził pan już kawał świata. Gdzie się panu najbardziej podobało?
– Z sentymentem wspominam Budapeszt i Mińsk, gdzie zdobywałem swoje pierwsze medale mistrzostw Europy juniorów. Zawsze chętnie wracam do włoskiego Bolzano. Basen znajduje się w otoczeniu gór, w ogóle cała miejscowość jest przepiękna. No i teraz Brazylia, bo jak tu nie pokochać Rio de Janeiro?
Rozmawiał: Tomasz Szeliga


