
Sport narodowy Amerykanów staje się w Rzeszowie coraz popularniejszy. W promocji ma pomóc rozgrywający zza oceanu.
Uwielbia pierogi i kiełbasę. Odkrył, że boczek nie musi być przysmażany na patelni. Najważniejsze jednak, że JOSHUA ROSS zachwycił się Polakami. Urodzony na Florydzie rozgrywający został właśnie przewodnikiem rzeszowskich Rakiet po skomplikowanym, ale i fascynującym świecie futbolu amerykańskiego.
– Ma niesamowitą charyzmę. Wystarczyły trzy zajęcia, by z chłopaków zrobił rodzinę. A przecież drużyna składa się z niemal 50 osób. To mieszanka charakterów, zrozumiałe, że nie wszyscy za sobą przepadają – tłumaczy Tomasz Tittinger, jeden z graczy i współzałożycieli klubu, który kiedyś nazywał się Ravens, a od 2014 roku funkcjonuje jako Rockets. Rzeszowianie sukcesywnie pną się w górę, już w sobotę na stadionie Resovii rozegrają czwarty mecz sezonu w II lidze. Rywalem będzie wicelider – Tigers Kraków.
Żona potrafi krzyknąć
Już wiadomo, że futbol amerykański da się przeszczepić na polski grunt. – Rozwija się w tempie, w jakim nie rozwijała się żadna inna dyscyplina. Dziesięć lat temu mieliśmy w kraju cztery kluby, dziś jest prawie 80 na czterech poziomach rozgrywkowych zrzeszonych w Polskiej Lidze Futbolu Amerykańskiego. Są miasta, gdzie na mecze przychodzą po 2 tysiące kibiców. Ostatni przykład to zwycięstwo Panter z Wrocławia nad zespołem z Mediolanu i zdobycie klubowego mistrzostwa Europy – wylicza Tittinger. Rakiety na frekwencję też nie mogą narzekać, fani zasiadający na trybunach są coraz bardziej wyedukowani. – Naszym największym kibicem jest pewna pani przed siedemdziesiątką, która pojawia się na każdym spotkaniu. Kiedyś zaczepiła mnie w aptece, by spytać, czy wszystko w porządku, bo akurat doznałem kontuzji. Jeśli to czyta, pozdrawiam ją serdecznie! – uśmiecha się Tittinger.
Joshua Ross też chciał być częścią machiny. – Jak każdy w moim kraju, marzyłem o występach w NFL. Nie mogłem ich spełnić, lecz przyjazd do Polski dał mi szansę, by ciągle grać, a przy okazji pomóc w rozwoju futbolu. Jestem tu od kwietnia. Najpierw w Wyszkowie, teraz w Rzeszowie, gdzie zdecydowanie bardziej mi się podoba. Jak każdy Amerykanin, miałem zupełnie inne wyobrażenie o Polsce. Jednak zakochałem się od pierwszego wejrzenia, Polskę traktuję jak drugi dom – zapewnia pochodzący z Tampy zawodnik, były student marketingu sportowego. W stolicy Podkarpacia przebywa razem z żoną Ryane, która… też jest trenerem. – I to dużo ostrzejszym ode mnie. Gdy w przerwie słyszę ją krzyczącą na chłopaków z defensywy, to patrzę z podziwem i myślę sobie: wow! – śmieje się Josh.
Mózg operacji
Tomasz Tittinger tylko kiwa głową. Czuje, że postawił na właściwego konia. – Ciężko się przebić przez piłkę nożną czy siatkówkę. Potrzebowaliśmy przewodnika. Kogoś autentycznego, z amerykańską mentalnością zwycięzcy – tłumaczy. – Wszystkie liczące się polskie drużyny bazują na importowanych zawodnikach bądź trenerach. Bo nie da się nauczyć futbolu amerykańskiego z YouTube`a.
Josh w kraciastej koszuli, bez zarysowanej muskulatury nie wygląda na faceta, który rządzi i dzieli na boisku, nad którym unoszą się tony testosteronu. Ale to on jest mózgiem całej operacji. To quarterback, rozgrywający – kluczowa postać każdej drużyny. Musi znać wszystkie zagrywki, błyskawicznie podejmować decyzje, mieć wyobraźnię. A do tego celnie rzucać jajowatą piłką, której nie da się tak łatwo okiełznać.
Lider Rakiet będąc dzieckiem grał w piłkę nożną, baseball i koszykówkę, a nawet uprawiał lekkoatletykę. Jednak futbol amerykański zawsze był numerem 1. – Ten sport uczy cię wiele o sobie samym. O tym, kim jesteś, co zrobić, żeby odnieść w życiu sukces. I za to go kocham – podkreśla Josh, któremu przyświeca zresztą bardzo szlachetna idea. – Moim sposobem na życie, pomoc ludziom i tworzenie świata lepszym, jest bycie trenerem. Ktoś powie, eee tam, to tylko sport. Nieprawda! W Stanach, gdy dzieciaki wkraczają w okres buntu i szukają autorytetów, bardzo często znajdują je właśnie u trenerów. To jest misja.
Jest tu wszystko. Kontuzje też
Gość z Florydy nie ma kłopotu z odpowiedzią na pytanie, co właściwie jest tak fascynującego w futbolu amerykańskim. – W tym sporcie każdy znajdzie dla siebie miejsce: szybki, ciężki, wysoki czy niski. Jest tu wszystko – technika, siła i szybkość. Ale też trzeba być gotowym na wyrzeczenia. Zwarcia, powalenia, kolizje są chlebem powszednim futbolu.
I kontuzje. Josh celowo nie oglądał słynnego filmu „Wstrząs” (Concussion), który opowiada, jak władze ligi zawodowej tuszowały tragiczne skutki urazów głowy zawodników. – Byłem przerażony, choć już w trakcie studiów dowiadywałem się o podobnych rzeczach. Kiedy afera ujrzała światło dzienne, USA przeżyły szok. Przecież to dotyczyło naszego sportu narodowego!
Futbol w polskim wydaniu aż tak niebezpieczny nie jest, to nie ten poziom. Różnią nas też… kulinaria. – Uwielbiam pierogi i kiełbasę. Dopiero w Polsce odkryłem, że boczek można jeść na surowo, a nie przysmażony z patelni. W ogóle jedzenie tutaj jest dużo smaczniejsze. Wasz McDonald’s uchodziłby w Stanach za dobrą restaurację. Ba, nawet coca-colę produkujecie lepszą! – nie może się nadziwić Josh.
Tomasz Szeliga, współpraca Tomasz Czarnota


