
Jest w Polsce grupa ludzi, która po publikacji orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej delegalizującego aborcję w sytuacji, gdy płód jest nieodwracalnie uszkodzony, albo nieuleczalnie chory, nie protestuje, a cieszy się. Mowa teraz o grupie „szarych obywateli”, a nie o politykach i celebrytach spod znaku „pro life” zbijających na temacie aborcji kapitał polityczny od lat. Ci zwyczajni ludzie myślą sobie, że orzeczenie TK J. Przyłębskiej uratowało życie chorym dzieciaczkom i to takie piękne i wzruszające. Tymczasem to tylko cyniczna gra na ich uczuciach ze strony polityków i „zawodowych pro liferów”.
Od „zawsze” wiadomo, że tzw. kompromis aborcyjny z 1993 roku to żadna tam ochrona życia poczętego, a zwyczajna fikcja. Taki ukłon w stronę Kościoła i środowisk pro life. Dlaczego? Ano dlatego, że jeśli jakaś pani zaszła w niechcianą ciążę i była zdecydowana, że rodzić nie chce – po prostu ciążę usuwała czy to w Polsce, czy za granicą. Jedyny warunek, jaki musiała spełnić, to taki, że ją na to stać! Której kobiety na to nie stać, korzysta z pastylek wczesnoporonnych dostępnych w Internecie i ryzykuje, bo jednak nigdy się nie wie, co to za specyfik…
W przypadku trwałego uszkodzenia płodu czy nieuleczalnej jego choroby będzie nie inaczej! W sieci pojawił się materiał o tym, że tuż po publikacji orzeczenia TK J. Przyłębskiej do kobiet, które miały już wyznaczoną datę legalnej dotychczas aborcji z powodu kalectwa czy choroby płodu, zaczęli dzwonić lekarze i informować, że aborcji nie będzie. Kobiety płakały, wpadały w panikę Jedna z nich usłyszawszy to w szpitalu jeździła długi czas windą w górę i w dół bez celu, nie mogąc zebrać myśli i uspokoić się. Ale kiedyś z takiej windy trzeba wysiąść. Ta kobieta wysiadła i cóż usłyszała od męża? -Wsiadaj do samochodu! Jedziemy do Holandii, mamy tak znajomych, znajdziemy szpital – powiedział. I tak pewnie będzie w każdym tym przypadku, gdy para nie będzie chciała mieć nieuleczalnie chorego czy głęboko niepełnosprawnego dziecka. Na Polki zawsze czekały szpitale w Holandii, w Niemczech czy innych zachodnich krajach, ale także te na Słowacji, czy na Ukrainie.
Jednak nie na wszystkie, ale na te, które mają na to pieniądze. Te, których na to nie stać, będą z pewnością mogły poszukać pomocy u różnych fundacji. Tego „obrońcy życia” zdają się nie dostrzegać, podobnie jak tego, że będą i takie kobiety, które nie będą mieć pieniędzy ani wiedzy gdzie szukać fundacji. To zwykle te kobiety, które doświadczają w domach przemocy fizycznej, psychicznej, ale i ekonomicznej. To te panie, które wierzą, że antykoncepcja to zło, mężowi się nie odmawia, bo tak ksiądz mówi, a chłop swoje potrzeby ma. To one będą rodzić niepełnosprawne dzieci i one będą się nimi opiekować, same nie będąc osobami zaradnymi życiowo. Państwo zapowiada, że pomoże. A jakże! Jak już „pomaga” rodzinom dzieci chorych i niepełnosprawnych – widzimy. „Pomaga” tak, że nie refunduje leków i zabiegów ratujących życie! Tak, że rodzice takich chorych dzieci dosłownie żebrzą w internetowych zbiórkach o ratunek dla nich! Tego szlachetni „obrońcy życia” już nie widzą, bo to nie „życie poczęte”, ale – niestety – prozaiczne życie rodzica dziecka chorego.
Dziennikarze w swej pracy często mają okazję spotykać dzieci chore, niepełnosprawne i ich rodziny. Po to, żeby pomóc. I to my doskonale wiemy, od jakiego „muru” musimy się odbijać usiłując pomóc. Od „muru” skomplikowanych i nieżyciowych przepisów, od „muru” braku zrozumienia ze strony urzędników i innych decydentów…A cóż mają powiedzieć rodzice tych dzieci? Otóż kiedy się z nimi rozmawia, najczęściej nie mówią o zmęczeniu, o braku pieniędzy dla siebie, czy o wyrzeczeniach reszty rodziny. Mówią o tym, jak cierpią, gdy patrzą na cierpienie swoich dzieci i o strachu, co z tymi dziećmi będzie, gdy ich zabraknie…Ale przecież Wy – „obrońcy życia” – wiecie lepiej i w ogóle lepsi jesteście…
Redaktor Monika Kamińska



31 Responses to "„Jedziemy do Holandii, znajdziemy szpital”"