
NISKO. Dorzuciła kilka drew do kominka, nie wiedząc, że jej dom już się pali. Została z wdowią rentą, mieszka u sąsiadów i musi liczyć na pomoc innych. Ci, którzy jej pomogą powinni uwierzyć, że dobro do nich powróci.
W czwartek spalił się drewniany dom na obrzeżach Niska. Samotnie mieszkającą w nim kobietę uratowali sąsiedzi. Oni też z płomieni wyciągnęli co cenniejsze meble. Strażacy ratowali resztę. Właściwie to zostały tylko ściany. Teraz wszystko zależy od decyzji inspektora nadzoru budowlanego, ale właścicielka domu nie robi sobie większych złudzeń. Nadzieję pokłada w serdeczności ludzi. Pierwsi już przyszli z pomocą. Przyjęli Teresą pod sąsiedzki dach.
Od kilku lat jest wdową. Utrzymuje się z niewielkiej renty po mężu. Przy ul. Wilczej mieszkała z córkami. Te poszły już na swoje. Druga wyjechała na kilka dni przed pożarem.
Stanęła przed płonącym domem i zapłakała
– Po 20 wieczorem dorzuciłam kilka drew do kominka i poszłam do drugiego pokoju oglądać telewizję – mówi Teresa. – Nie zauważyłam nic niepokojącego. Nie poczułam nawet dymu, a tu po jakimś czasie do drzwi łomoce sąsiad i krzyczy, żebym uciekała, bo dom się pali.
Teresa mogła nie zauważyć iskier i nie poczuć dymu, bo zarzewie ognia było prawdopodobnie na strychu. – Pukam, tłukę pięścią w drzwi, a w domu cisza – opowiada Paweł Tabor, który pierwszy przybiegł z pomocą. – Dach się już palił „żywym ogniem”. Miałem okno wybijać, gdy w środku zaświeciło się światło. Pani Teresa stanęła w drzwiach i patrzyła na mnie, nie rozumiejąc, co się dzieje. Szarpnąłem ją za rękę i wyciągnąłem przed dom. Nie powiedziała nic, tylko zaczęła płakać.
Nim przyjechała straż pożarna, na pomoc ruszyli najbliżsi sąsiedzi. Sporo uratowali, a strażacy w sile 7 zastępów stłumili ogień. Musieli zalać go tonami wody. Pod nią wygiął się lekki sufit z trzciny i gliny. Drewniane ściany spęczniały i mimo osuszania raczej trzeba będzie je rozebrać. Teresa została z wdowią rentą i psem, który waruje teraz przy spalonych deskach i nie daje się wyprowadzić z podwórka. Losem wdowy przejęli się m.in. starosta niżański i Stowarzyszenie „Dobro Powraca” ze Stalowej Woli. – Żebyśmy mieli na głowie stanąć, to odbudujemy spalony dom, a kto wie, czy jeszcze nie przed zimą – deklaruje mieszkający na tym samym osiedlu Sławomir Czwal, wicestarosta niżański.
Nie tracą czasu oczekując na kosztorys
Konrad Mężyński, założyciel Stowarzyszenia „DP” zajął się koordynacją zbiórki pieniędzy i materiałów budowlanych. – Nie wiemy jeszcze ile będzie kosztowała odbudowa domu, ale nie tracimy czasu oczekując na kosztorys – twierdzi. M.in. ze względu na plagę oszustw, wolontariusze nie będą prowadzić zbiórki pieniędzy do puszek. Można je wpłacać na konto Stowarzyszenia. Mężyńskiemu i jego wolontariuszom udało się tylko w ostatnim czasie zebrać pieniądze na ratowanie życia małemu Karolkowi z Janowa Lubelskiego i dorosłemu mieszkańcowi Stalowej Woli. W obu przypadkach trzeba było szybko zebrać kwoty 100 tys. zł i wyższe. – Dla osób, którym pomagamy, jest to zawsze „ostatni czas” i nie można wtedy stać z boku – słyszymy od Mężyńskiego.
Osoby i instytucje, które zechcą pomóc pani Teresie, mogą wpłacać pieniądze na konto Stowarzyszenia „Dobro Powraca”. Numer konta: 60 2030 0045 1110 0000 0237 0190 Bank BGŻ SA Oddział Operacyjny w Stalowej Woli, z dopiskiem „Pogorzelcy z Niska”. Przekazując materiały budowlane należy kontaktować się z Konradem Mężyńskim (tel. 503 603 676) lub wicestarostą Sławomirem Czwalem (tel. 501 671 924).
Jerzy Mielniczuk


