
FORTUNA I LIGA. Rozmowa z ARTUREM SKOWRONKIEM, trenerem PGE Stali Mielec.
– Rozczarowanie. To słowo definiuje to, czego doświadczył pański zespół w zakończonym właśnie sezonie?
– Właściwszym określeniem jest „niedosyt”. Świetny wynik wykręciła praktycznie nowa drużyna, ale na awans to nie wystarczyło. Mamy jednak ogromny kapitał na przyszłość.
– Uzbieraliście więcej punktów niż Miedź Legnica, która przed rokiem awansowała do ekstraklasy z 1. miejsca. Ja bym się jednak załamał…
– Wszyscy czujemy wielki niedosyt. W ostatnich 15 latach taka zdobycz punktowa pozwoliła 12 razy awansować do elity.
– Ktoś napisał, że wystarczyło, by w meczu z ŁKS-em Josip Soljić nie potknął się we własnym polu karnym i nie przewrócił rywala, a Łukasz Wroński w końcówce trafił do siatki, a nie w słupek.
– Taka jest piłka. O sukcesie bądź porażce decydują szczegóły. Obserwowaliśmy to na finiszu ekstraklasy, pierwszej i drugiej ligi. Nie możemy jednak wszystkiego sprowadzać do meczu z ŁKS-em. Zapłaciliśmy za serię remisów w I rundzie, niewykorzystane karne. Inna sprawa, że po zwycięstwie w Mielcu nasi konkurenci urośli, uciekli na 4 punkty i już się nie zatrzymali.
– To był drugi mecz wiosny, mieliście sporo czasu na skuteczny pościg. Potraciliście jednak punkty z Sandecją i GKS-em Jastrzębie. To były słabe mecze Stali.
– Po meczu z ŁKS-em mówiłem, że przegraliśmy bitwę, ale nie wojnę. Potem, że jeśli wywalczymy 64 punkty i nie awansujemy, pozostanie pogratulować przeciwnikom. Byłem jednak przekonany, że ŁKS się potknie. Tymczasem zanotował rundę bliską perfekcji, dokonał czegoś wyjątkowego. Szacun dla ekipy Kazimierza Moskala, choć w bezpośrednich meczach z Rakowem i ŁKS-em to my byliśmy lepsi.
– Beniaminkom niełatwo w ekstraklasie. Zagłębie Sosnowiec i Miedź Legnica zaliczyły spadek…
– Bo to inny poziom, dużo wyższa jakość i kultura gry. To pokazuje, że trzeba być w pełni przygotowanym, żeby się dobrze czuć w tym towarzystwie.
– Strzeliliście najwięcej goli, na finiszu bawiliście się z przeciwnikami. Fajna historia na otarcie łez.
– Cieszę się, że funkcjonuje najtrudniejszy element pracy z zespołem czyli atak pozycyjny. Chłopaki załapali, o co nam chodziło, dojrzewali, posiadali własny styl. Atak się sprawdził, mimo, że szukaliśmy typowej “9”. Jestem optymistą. Przy lekkich korektach w składzie, w następnym sezonie chcemy odpalić od pierwszych kolejek. Zawodnicy znają nasze metody, poznaliśmy ich możliwości fizyczne, model gry pozostanie ten sam. Już na starcie będziemy mieć korzystniejszą pozycję wyjściową. Wierzę, że tym razem dopniemy swego.
– Podejmiecie kolejną próbę wyważenia drzwi do ekstraklasy, a pan pozostanie wierny swojej filozofii?
– Mając tak mocną linię pomocy, kombinowanie byłoby jak dorzucanie piachu w tryby maszyny. Pozostaje rozwijać detale, by jeszcze bardziej rozpędzić zespół.
– Za nami piłkarskie Oscary w ekstraklasie, a pan komu przyznałby nagrodę dla piłkarza 1 ligi?
– Daniemu Ramirezowi. Hiszpan zdobywał gole i asystował, był motorem napędowym ŁKS-u. Bez niego łodzianie mieliby problemy.
– Kto z pańskich podopiecznych znalazłby się w „11” sezonu? Ja mam dwóch faworytów: Bartosza Nowaka i Josipa Soljica.
– Jak wymieniam, to wszystkich. Jednostki nie błyszczą bez dobrej pracy zespołu. Pamiętajmy, że Bartek nie „pływałby” tak znakomicie w środku, gdyby nie Grzegorz Tomasiewicz i Josip Soljić. Chorwatowi z kolei grało się łatwiej, bo miał za plecami solidnych Seweryna Kiełpina, Jonathana de Amo Pereza i Martina Dobrotkę. Cieszę się, że moja współpraca z Josipem tak dobrze się ułożyła. Chemia narodziła się w momencie, gdy on praktycznie był poza Mielcem. To prawdziwy przywódca, w każdej statystyce widnieje na pierwszym miejscu. Najlepszy w odbiorze, przejęciu piłki, szalenie pracowity i z pozytywnym przekazem.
– Zostanie w Mielcu? Kibice boją się, że rywale rozkupią panu zespół.
– Po tak udanym sezonie jest zainteresowanie naszymi piłkarzami. Wszyscy mają jednak ważne kontrakty i kibice nie powinni się martwić tylko cieszyć, bo chcemy być mocniejsi. Pracujemy nad sfinalizowaniem transferów kilku ciekawych zawodników. Słowak Lukas Bielak z ŁKS-u już z nami jest. To uniwersalny piłkarz, mogący grać na pozycji nr „6” albo środku obrony.
– Zatrzymajmy się na chwilę przy Andrei Prokicu – od niego wymagałbym więcej. Sprinty to w futbolu nie wszystko, trzeba mieć też liczby, tymczasem Andreja strzelił wiosną jednego gola.
– Też czujemy, że to nie było to. Bierzemy wspólnie odpowiedzialność, bo Andreja był przeze mnie rzucany ze skrzydła do ataku, co nie pomogło mu w ustabilizowaniu formy. Działamy, aby w następnym sezonie było po staremu i Andreja wrócił na skrzydło.
– Coś pana zaskoczyło w sezonie 2018/19?
– Postawa beniaminków. Trudno było sobie wyobrazić, że ŁKS w trzy lata pokona dystans z trzeciej ligi do ekstraklasy. GKS Jastrzębie też było drużyną groźną dla wszystkich. Szokującym wydarzeniem jest spadek GKS Katowice, klubu z pieniędzmi i dobrej klasy zawodnikami. Futbol pokazał różne oblicza. Bliskie memu sercu Wigry Suwałki utrzymały się rzutem na taśmę, bo wierzono, że niemożliwe nie istnieje i warto pomóc szczęściu. W lidze został skromny klub bez milionów na koncie i to też jest budująca historia.
– Był pan już w Nowym Jorku?
– Lecę tam pierwszy raz. Jest co zwiedzać, myślę, że kilka miejsc mi się spodoba. Nasza drużyna mimo braku awansu zasłużyła na nagrodę w postaci wyprawy do USA. Musimy jednak uważać na zdrowie, bo już w połowie czerwca zaczynamy przygotowania do nowego, mam nadzieję, szczęśliwego sezonu.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


