Jestem świadkiem cudzego cierpienia

Michał Zieliński - dziennikarz i fotoreporter z Krakowa. Specjalizuje się w tematyce wojskowej oraz problematyce społecznej Bliskiego Wschodu i państw postsowieckich. Jako korespondent relacjonował konflikty w Iraku, Palestynie, Libanie, na Ukrainie oraz w Syrii. Tam udało mu się dotrzeć do miejsc, w których żaden polski reporter wcześniej nie był. Na swoich fotografiach uwiecznił walki o Ar-Rakkę, nieformalną stolicę tzw. Państwa Islamskiego.
Michał Zieliński – dziennikarz i fotoreporter z Krakowa. Specjalizuje się w tematyce wojskowej oraz problematyce społecznej Bliskiego Wschodu i państw postsowieckich. Jako korespondent relacjonował konflikty w Iraku, Palestynie, Libanie, na Ukrainie oraz w Syrii. Tam udało mu się dotrzeć do miejsc, w których żaden polski reporter wcześniej nie był. Na swoich fotografiach uwiecznił walki o Ar-Rakkę, nieformalną stolicę tzw. Państwa Islamskiego.

SuperWywiad z Michałem Zielińskim, dziennikarzem i fotoreporterem wojennym.

– Dlaczego zdecydował się pan relacjonować konflikty zbrojne?
– To wyszło dosyć naturalnie, ponieważ interesowałem się Bliskim Wschodem. Zaczęło się stosunkowo niedawno, w 2012 roku. W wielu krajach pokłosie Wiosny Arabskiej przerodziło się w wojnę, więc siłą rzeczy, podróżując po regionach czy to Afryki Północnej czy Bliskiego Wschodu, na tę wojnę człowiek „trafił”. Trudno byłoby mi pominąć to, co się tam dzieje. Zresztą ja jestem raczej przeciwnikiem turystyki wojennej. Jeżeli już się narażamy, to dobrze, żeby coś się za tym kryło. Po pierwsze, warto, żeby ludzie docenili to, jak wygląda sytuacja w Polsce, bo tego nie robią. Świadomość tego, jak wygląda życie w niektórych częściach świata, nie tak dobrze rozwiniętych jak Polska, jest bardzo niewielka. Przez to też nie doceniamy tego, w jak wspaniałym kraju żyjemy. Po drugie, dobrze jest być głosem tych ludzi. To nie są postaci w akwarium, które po prostu obserwujemy i myślimy sobie – jak dobrze, że w tym akwarium nie jesteśmy. Ci ludzie mają realne problemy i potrzeby, a my mimo wszystko – może w ograniczonym stopniu, ale jednak – dysponujemy we współczesnym świecie mechanizmami, które mogą wpłynąć na ich życie.

– Na czym polega rola korespondentów wojennych?
– Czasem trudno oprzeć się pokusie, żeby wypromować siebie na bazie cudzej krzywdy. Jest to stosunkowo łatwe, ponieważ zajmujemy się tematami, które wzbudzają zainteresowanie, choćby dlatego, że są bardzo sensacyjne. Natomiast ja uważam, że dziennikarz jest tylko przekaźnikiem, antenką. Tego zostałem nauczony przez starszych kolegów, z którymi miałem przyjemność współpracować. Im mniej dziennikarza jako osoby jest w jego relacji, tym lepiej. Naszą rolą jest pokazywanie, transmisja. Oczywiście może być w jakiś sposób obrobiona, żeby ułatwić jej zrozumienie. Jednak nadal jest to przekazywanie faktów i pozwolenie odbiorcy na wyciągnięcie samodzielnych wniosków.

– Trudno pozostać obiektywnym, gdy już dotrze się do miejsca konfliktu?
– Bardzo trudno, dlatego, że jest się bezpośrednim świadkiem cudzego cierpienia. Każdy, kto ma w sobie choćby minimalne pokłady wrażliwości, prędzej czy później zacznie to cierpienie odczuwać. Jeżeli dziennikarz chce pokazać dobrze temat, nie może powierzchownie potraktować danej sytuacji, tylko się w nią wgłębić. Siłą rzeczy, bohaterowie stają się coraz mniej anonimowi, a później wręcz bliscy, więc zachowanie prawdziwego obiektywizmu dziennikarskiego jest bardzo trudne.

– Ryszard Kapuściński powiedział, że praca reportera wojennego to zawód na jakiś czas, bo wyniszcza fizycznie i psychicznie. To prawda?
– Faktycznie są dziennikarze i fotoreporterzy, którzy zapłacili najwyższą cenę. Giną podczas swojej pracy, zdarza się także, że trudno im poradzić sobie z tym, co przeżyli. Ale z drugiej strony, nie poznałem żadnego fotoreportera czy dziennikarza, który zajmuje się takimi tematami, nie będąc absolutnie oddanym sprawie. Jasne, że ten zawód ma swoje minusy, natomiast większość ludzi oddaje się temu świadomie. Traktują to w kategorii misji, nie wyobrażają sobie innego życia.

– Można dojść do takiego profesjonalizmu, żeby wykonywać swoją pracę niejako „automatycznie”, nie skupiając się na własnych emocjach?

– Myślę, że rutyna to jedna z pierwszych oznak, że coś jest nie do końca tak. Jeżeli są emocje i można je odreagować, to znaczy, że mechanizmy, które mamy wewnątrz, te bezpieczniki jakoś działają. Jeżeli człowiek zaczyna się wycofywać albo tłumić emocje w środku, to znaczy, że jednak z jakiegoś powodu – przynajmniej w mojej ocenie – nie może sobie z nimi poradzić, więc zaczyna to wypierać. Zimne podejście odbija się na człowieku, a jednocześnie może prowadzić do śmierci, choćby w wyniku zlekceważenia zasad bezpieczeństwa albo nadmiernej odwagi.

– Czy pana wyobrażenie o wojnie pokryło się z rzeczywistością? To co pan widział w filmach czy serwisach telewizyjnych było tym, czego doświadczył na miejscu?
– Tak i nie. Wojna, niezależnie od tego, w której części świata się toczy, jest tragedią i w jakimś stopniu na pewno jesteśmy w stanie to poczuć, oglądając relacje dziennikarskie czy filmy. Natomiast trzeba też wziąć pod uwagę, że bardzo często jest pokazywana od tej najbardziej intensywnej i emocjonalnej strony. W przypadku walczących, 90 proc. czasu na wojnie to czekanie. W przypadku ludzi, którzy tam żyją to jest oczywiście głodowanie, pragnienie, ale ich życie – choć w bardzo bliskim sąsiedztwie działań zbrojnych – toczy się dalej. Np. w Ar-Rakkce prowadzono bardzo intensywne działania wojenne związane z kampanią wyzwolenia miasta, a na obrzeżach już wprowadzali się ludzie, którzy tam mieszkali wcześniej. To jest jedna z najbardziej zaskakujących rzeczy, których często się nie pokazuje. Czas pomiędzy jednym dramatem a drugim wciąż trwa i wiąże się z codziennym życiem.

– Jak to się stało, że udało się panu dotrzeć do rejonów w Syrii, do których nie dotarł żaden polski dziennikarz?
– To nie był mój pierwszy wyjazd. W tym wypadku, nie chciałbym, żeby to zabrzmiało źle, ale generalnie to nie było trudne (śmiech). Taka wyprawa wymaga spełnienia kilku czynników. Pierwsza rzecz – trzeba chcieć. Myślę, że na tym etapie wiele osób zostawia ten temat, bo to jest ryzykowne. A druga rzecz to są środki finansowe. W przypadku polskiego dziennikarstwa to jest bardzo ważne, ponieważ dalekie wyjazdy czy praca z tłumaczami na miejscu są bardzo kosztowne i polskich dziennikarzy często na to nie stać. Trzecia rzecz to są po prostu: znajomość terenu, kontakty, swoboda poruszania się w danym regionie. W sytuacjach kryzysowych jesteśmy zdani tylko na siebie i dobrze dysponować doświadczeniem. Być może to urazi niektórych dziennikarzy, bo etos korespondenta wojennego jest bardzo duży, ale samo dotarcie na miejsce pod względem technicznym często naprawdę nie jest trudne.

– Za to niebezpieczne…
– Momentami. To też nie jest tak, że przez 3 tygodnie narażałem swoje życie. Absolutnie nie! Zresztą w tym wypadku dotarcie do Ar-Rakki i przejazd przez Syrię przeszedł bez żadnych problemów. Te rejony są kontrolowane przez kurdyjskie Powszechne Jednostki Obrony, więc są dość dobrze zabezpieczone. Ale zdarza się, że z ryzyka po prostu nie zdajemy sobie sprawy. Na przykład w zeszłym roku próbowała mnie porwać Fath asz-Szam (grupa zbrojna islamistów – red.). Ja o tym w ogóle nie wiedziałem. Nie czułem żadnego zagrożenia. Dowiedziałem się, jak już było po wszystkim. Na szczęście im się nie udało.

– Może pan tam liczyć na jakąś ochronę?
– Nie, skąd! Jaką ochronę? Przecież to kosztuje niesamowite pieniądze, na które mnie po prostu nie stać. Zresztą bardzo często jeżdżę stopem. Jak mówiłem, sam przejazd może być niebezpieczny, bo infrastruktura w obecnej chwili jest zrujnowana. Przejazd nocą jakąkolwiek drogą wiąże się z tym, że jedzie się w totalnych ciemnościach. Można się zderzyć z ciężarówką, bo tam prawie nikt nie używa świateł, albo wjechać w dziurę czy lej po bombie. Im bliżej stref kontrolowanych przez tzw. Państwo Islamskie albo inne wrogie ugrupowania, tym jest bardziej niebezpiecznie. Dzień przed naszym przyjazdem bojówki PI przedarły się do centrum prasowego we wschodniej części miasta i zabiły 28 osób, w tym trzech dziennikarzy. Sami spotkaliśmy przypadkowo ludzi, którzy sympatyzowali z PI, mimo że żyli na terenach kontrolowanych przez Kurdów. To bardzo ciężko kontrolować, bo ci wszyscy ludzie wyglądają podobnie, więc jeżeli taki bojownik zrzuci karabin i swój strój, to może się wtopić w tłum. Jeżeli jest w stanie dotrzeć do Europy, to tym bardziej jest w stanie tam działać.

– Jak wygląda Syria po 6 latach wojny?
– Zależy, która część Syrii. Na przykład w rejonie Damaszku są zrujnowane dzielnice, ale żyje się tam stosunkowo dobrze. Natomiast Rożawa – ta część, która była zajęta przez tzw. Państwo Islamskie jest zrujnowana. To są stosunkowo biedne rejony Syrii i zawsze były gorzej rozwinięte. Trzeba pamiętać, że straty w ludności cywilnej w Syrii są spore. Jest też bardzo dużo uchodźców. Samych wewnętrznych jest ponad 6 mln, zewnętrznych ok. 5,5 mln. Nie mówimy o tych niezarejestrowanych. Generalnie Syria jest w ruinie.

– Syryjczycy są już „zmęczeni” wojną?
– Jest nawet gorzej, bo według moich obserwacji, może to źle zabrzmi – ale są przyzwyczajeni. To jest jeszcze gorsze stadium, w którym wojna staje się przykrą codziennością i muszą sobie z nią radzić. To jest wojna, którą bardzo trudno zatrzymać. Zwycięstwo nad Państwem Islamskim – przynajmniej terytorialnie – postępuje i tak naprawdę można powiedzieć, że nie ma już Kalifatu. Ale po pierwsze, tam jest bardzo dużo punktów zapalnych, które mogą doprowadzić do tego, że ten konflikt będzie kontynuowany, tylko już pomiędzy innymi stronami. Po drugie, oczywiste jest, że wielu z tych bojowników będzie działać w podziemiu, zwłaszcza, że miejscowe struktury są przez nich mocno zinfiltrowane. Niestety ta bardzo smutna rzeczywistość będzie trwała jeszcze długo w Syrii i jej mieszkańcy zdają sobie z tego sprawę.

– Pomówmy o pana fotografiach. Nie ma na nich krwi, brutalności… Często są to cywile, dzieci z przerażonymi oczami, czy młodzi chłopcy, którzy zamiast się bawić, trzymają w rękach karabiny. Takie zdjęcia bardziej przemawiają do odbiorcy?
– Zawsze miałem przekonanie, że nie chciałbym wywoływać emocji w prosty sposób. Zwłaszcza, że emocje wywoływane w ten sposób – w mojej ocenie – bardzo szybko powszednieją. Tak jak w życiu. Jeżeli widzimy jedno ciało, to najprawdopodobniej robi to na nas bardzo duże wrażenie. Jeżeli widzimy kolejne i jeszcze kolejne, a później ciało dziecka, kobiety, a później ciała stu dzieci, itd., to następuje wyparcie. Bardzo często już w ogóle nie patrzymy na ten obraz z emocjami, tylko myślimy – „o, kolejna wojna na Bliskim Wschodzie”. Nie jestem za tym, żeby widok tragedii powszedniał, bo wtedy stajemy się na to nieczuli, czyli nie działamy i nie staramy się temu zapobiegać. Może te zdjęcia są czasem zbyt „kolorowe” (w sensie dosłownym, barw), bo takie opinie też słyszałem, może czasem za mało brutalne, ale chciałem zawsze pokazywać tę wojnę od mniej oczywistej strony.

– Czy fotoreporter ma prawo albo czy powinien fotografować wszystko?
– Tak. Zdecydowanie należy fotografować wszystko, tylko później dokonywać selekcji, w zależności od tego, kto jest naszym odbiorcą. Zdarza mi się nie robić zdjęć, jeżeli widzę, że swoją obecnością – podglądaniem – sprawiam komuś cierpienie albo robię mu krzywdę. W większości przypadków przy traumatycznych przeżyciach ci ludzie w ogóle nie zwracają na to uwagi, bo przeżywają własną tragedię. Nie jestem po to, żeby dokładać ludziom cierpienia.

Rozmawiała Wioletta Kruk

Leave a Reply

Your email address will not be published.