
Rozmowa z Grzegorzem Grzybem, kierowcą rajdowym z Rzeszowa, aktualnym wicemistrzem Polski.
W piątek rusza 24. Rajd Rzeszowski, czwarta runda mistrzostw Polski. O zwycięstwo powalczy między innymi Grzegorz Grzyb, który przyjechał do rodzinnego miasta jako lider klasyfikacji generalnej.
– „Właśnie tutaj, w domu, gdzie powinienem znać każdy kamień, przytrafia mi się najwięcej przygód” – dziwił się pan po zakończeniu poprzedniego Rajdu Rzeszowskiego. Dlaczego tak się dzieje?
– Chyba dlatego, że tak bardzo chcę tu wygrywać. Wszyscy na mnie liczą: rodzina, kibice, znajomi. Ba, sam na siebie nakładam sporą presję! A to nie zawsze pomaga.
– W tamtym roku Rajd Rzeszowski zakończył pan w rowie, przez swój błąd. Rozumiem, że niczego nie pragnie pan tak bardzo, jak zmazać plamę?
– Gdy auto wyjeżdża poza trasę, jest to zawsze błąd kierowcy. Lecz pamiętajmy, że na końcowy wynik składa się mnóstwo czynników. W tamtym roku na przykład nasi szpiedzy nie dostarczyli nam informacji o błocie, jakie zostało naniesione w noc poprzedzającą wyścig. Niby drobnostka, ale skutki były opłakane.
– Co pan zrobił z takimi szpiegami?
– Podziękowałem im za współpracę. Zobaczymy, czy nowa ekipa zda egzamin (śmiech).
– Po piętach depczą panu Łukasz Habaj i Francuz Bryan Bouffier, który w Rzeszowie wygrywał już trzykrotnie. O miejscu na podium znów decydować będą ułamki sekund?
– Może się tak zdarzyć. Ostatnio różnica na mecie między nami wyniosła 8 sekund, czyli tyle co nic. Każdy z nas może tutaj zwyciężyć, bo też nikt nie ściąga nogi z gazu. „Rzeszowski” jest jednak bardzo wymagającym rajdem. Trasy są kręte, trzeba mieć dobrą technikę, żeby przetrwać. Najmniejszy błąd drogo tutaj kosztuje.
– Startuje pan również u sąsiadów, na Słowacji, w Czechach i na Węgrzech. Czy to prawda, że tam rajdy cieszą się dużo większą popularnością?
– Niestety, to już nie te czasy, gdy ścigali się Przybylski, Bublewicz czy Hołowczyc i wokół tras nie było gdzie palca włożyć. Pamiętam te tłumy kibiców z dzieciństwa i tego mi trochę teraz brakuje. Oczywiście rajdy wciąż wzbudzają zainteresowanie, jednak daleko nam na przykład do Rajdu Eger. Tam na starcie, na Rynku, pojawiło się 50 tysięcy ludzi. Długo po zjeździe z rampy miałem gęsią skórkę na ciele. Byłem strasznie podekscytowany!
– Większe zainteresowanie rajdami ze strony kibiców i mediów to większe prawdopodobieństwo na znalezienie sponsora. W Polsce wciąż trzeba dokonywać cudów, by spiąć budżet?
– Chciałbym zaprzeczyć, ale nie mogę. To piekielnie drogi sport. Auto kosztuje 250 tysięcy euro, zaś przejechany kilometr odcinka specjalnego między 250 a 350 euro. Tylko na Rajdzie Rzeszowskim mamy do pokonania 125 km, więc łatwo policzyć, o jakich pieniądzach mówimy. A ponadto: trzeba zapłacić wpisowe, przygotować się, pojechać na trening, ubrać całą załogę itd.
– Przesiadł się pan z ukochanej skody do forda i chyba pan nie narzeka…
– Do lepszego człowiek szybko się przyzwyczaja (śmiech). Cieszę się niezmiernie, iż mam możliwość ścigania się w autach klasy WRC oraz R5. To już najwyższa półka. Choć są i minusy, bo te samochody prowadzi się inaczej i potem ciężko wyzbyć się pewnych nawyków.
– W weekend w Rzeszowie i okolicy mają panować afrykańskie upały. Jak radzić sobie z wysoką temperaturą podczas rajdu?
– Ha, zdarzyło się, że w aucie było 75 stopni Celsjusza! Przez taki weekend rajdowy potrafię zrzucić nawet 5 kilogramów. Bywa ciężko, ale akurat upały nie stanowią dla mnie jakiegoś dramatu. Mam duszę sportowca, pozostaję w nieustannym treningu, więc aż tak bardzo się nie obawiam. Po cichu liczę jednak, że lejący się z nieba żar da się we znaki Bryanowi, który przygotował na ten rajd piekielnie szybkie auto (śmiech).
– Kolarze piją podczas wyścigu. Rajdowcom trudniej jednak sięgać po bidon z napojem, więc w jaki sposób rozwiązujecie tę kwestię?
– Nawadniamy się w przerwach między oesami. Niektórzy kierowcy korzystają też z udogodnień, czegoś na wzór kamelbaka, i piją, prowadząc auto. Mnie to jednak rozprasza.
Rozmawiał Tomasz Szeliga



3 Responses to "Jeżdżę autem za milion złotych"