Już nie biegnie, ale idzie przez życie

– Miałam już kiedyś zapalenie płuc, ale to, co czułam wtedy, w marcu 2020 roku, nie dawało się z niczym porównać. Męczyły mnie nie tylko kaszel i gorączka. Bolało mnie wszystko. I to jak! Gdy w końcu dotarłam do szpitala w Łańcucie, byłam tak słaba, że nie mogłam siedzieć. Kiedy ordynator oddziału zakaźnego powiedział, że muszę trafić do izolatki, pomyślałam tylko: „dlaczego do izolatki”, ale nie miałam już siły, żeby o to zapytać – wspomina po roku Wiesława Szpila z Leżajska.

Co oprócz bólu wtedy, 11 marca 2020 r., było najgorsze? – Telefony od rodziny i znajomych. „Jak się czujesz?”. „Co się z tobą dzieje?”. A ja nie mogłam, nie miałam siły nacisnąć przycisku na telefonie, żeby odebrać, nie miałam siły żeby rozmawiać i tłumaczyć każdemu z osobna, że jestem tak słaba… Najpierw prosiłam, żeby nie dzwonili, a potem… nie odbierałam. To trwało z tydzień, w międzyczasie do sali trafił mój mąż Waldemar, więc miałam już dodatkowe, oprócz medycznego, wsparcie. Tym bardziej, że on czuł się dobrze, bardzo łagodnie zniósł zakażenie. A mnie wciąż zalewały poty, miałam wysoką gorączkę, trudności w oddychaniu – podkreśla Wiesława Szpila.
W sumie w szpitalu w Łańcucie razem z mężem spędzili dwa tygodnie i po otrzymaniu podwójnych negatywnych wyników wyszli z placówki. – Po wyjściu ze szpitala w Łańcucie, mimo pokonania koronawirusa, wcale nie czułam się zdrowa. Męczyły mnie biegunki, nawet po 25 razy na dobę. W dodatku były bardzo bolesne – mówi.

Strach niektórych wręcz paraliżował

Na szczęście personel placówki medycznej w Leżajsku, w której wtedy pracowała kobieta nie zostawił jej samej. – Moja pani doktor stanęła na wysokości zadania, zrobiono mi badania i gdy okazało się, że przyczyną biegunek jest clostridium, dostałam kolejne skierowanie do szpitala. Niestety lecznica w Łańcucie była już wypełniona po brzegi chorymi na COVID-19 i nie było już dla mnie miejsca, trafiłam więc do Jarosławia. Nie chcę wspominać tego okresu, bo musiałabym wspominać go źle, a nie chcę wracać do złych rzeczy.
Rozumiem, że wszyscy się bali, ale żeby aż tak panicznie? Chodzili koło mnie ubrani tak samo jak w Łańcucie, chociaż już nie byłam zakażona koronawirusem, ale bali się bardziej. I tam już nie miałam obok siebie nikogo bliskiego. Nie było też żadnych odwiedzin, a otaczała mnie permanentna panika. Wtedy dotarło do mnie, że nie umrę na koronawirusa, ale…
Czy zanim sama zachorowała czuła śmiertelne zagrożenie? O koronawirusie mówiono już wszedzie. 4 marca zdiagnozowano w Polsce pierwszego zakażonego. – Wcale. Ludzie coś od kilku dni mówili o wykupywaniu ryżu czy makaronu, ale to do mnie nie docierało. Dopiero jak już leżałam w szpitalu i syn powiedział, że z powodu koronawirusa zamykają szkoły w Leżajsku, pomyślałam, Jezu, dzieje się coś bardzo złego – wspomina.

Wciąż boryka się ze skutkami

Po pokonaniu biegunki i wypisaniu ze szpitala w Jarosławiu na zwolnieniu lekarskim była jeszcze do czerwca, zbierała siły. Jak się czuje dzisiaj? – Chciałabym pojechać do sanatorium. Taka regeneracja sił nikomu nie należy się bardziej jak ozdrowieńcom. Bo po przechorowaniu COVID-19 ludzie borykają się nadal z wieloma problemami. Póki co oboje z mężem czekamy, papiery złożyliśmy już 15 miesięcy temu. Może w końcu przyjdzie nasz czas – mówi pani Wiesława. – Nadal leczę się reumatologicznie, mam kołatanie serca. Jestem słabsza, szybciej się męczę. Już nie biegnę przez życie, ale idę.
Co ważne, wróciła jednak do pracy. Komu jest wdzięczna? – Na pewno lekarzom i pielęgniarkom z Łańcuta. Oni naprawdę dali z siebie wszystko, a pewnie bali się tak samo jak wszyscy inni. Mimo warunków w jakich pracowali, w tych kombinezonach, maskach, rękawicach, potrafili i mieli chęć by pożartować z pacjentami, co dawało nam nadzieję i wiarę, że przecież to jeszcze nie koniec, że z tego wyjdziemy – wspomina podkarpacka pacjentka zero. – Gdy wychodziliśmy prof. Cieśla pytał nawet czy może zadzwonić i zapytać o zdrowie. Oczywiście zgodziłam się, niestety do dziś nie zadzwonił. Rozumiem. Zamiast mniej, mają znowu więcej pracy, ale czekam.
Czy po wyjściu ze szpitala spotkała się Pani z przejawami jakiegokolwiek ostracyzmu, wrogości czy wykluczenia? – Nie, raczej wszyscy się cieszyli, że wracam do zdrowia, że czuję się lepiej. „Nasza gwiazda” mówili. Czy szczerze? Chcę wierzyć, że tak. Po powrocie do pracy też nie odczułam żadnych nieprzyjemności. Oczywiście, każdy się wtedy bał i nadal się boi. Jeden ma alergię, drugi cukrzycę, inny choruje na serce i każdy może czuć się zagrożony. Tym bardziej, że choroba dotyka coraz młodszych osób – kończy.

Wirus nie odpuszcza

11 marca 2020 r. w Polsce potwierdzono 25 przypadków koronawirusa. Po pierwszym pozytywnym wyniku testu na Podkarpaciu, sanepid przeprowadził wywiad epidemiologiczny, wśród osób które miały kontakt z pierwszą zakażoną w naszym regionie. U trzech innych osób również wykryto koronawirusa, pozostałych poddano kwarantannie. – Dochodzenie epidemiologiczne trwa, zbieramy informacje. Wczoraj mieliśmy inne podejrzenie, jeśli idzie o źródło zakażenia pierwszej pacjentki. Wszystkie trzy przypadki są powiązane. Mogę powiedzieć, że wszystkie te trzy osoby miały styczność z obywatelem Niemiec – mówił potem na konferencji Adam Sidor, dyrektor rzeszowskiego sanepidu.
Rok temu – 11 marca – rząd zdecydował też o zamknięciu placówek oświatowych, a dzień później dowiedzieliśmy się o pierwszej w Polsce śmiertelnej ofierze COVID-19. 20 marca na terenie Polski wprowadzono stan epidemii i kolejne obostrzenia. Zamknięto placówki kulturalne, sklepy w galeriach, zakazano imprez i zgromadzeń, ograniczono dostęp do parków, plaż, ustalono maksymalne limity dotyczące liczby klientów w sklepach. Wkrótce potem zamknięto m.in. zakłady fryzjerskie i kosmetyczne. Na początku kwietnia wprowadzono tymczasowy zakaz wstępu do lasów. Kara za nieprzestrzeganie kwarantanny wzrosła do 30 tys.
Dziś bilans epidemii koronawirusa w Polsce to 1 828 313 zakażeń i 45 997 zgonów!

Anna Moraniec

Leave a Reply

Your email address will not be published.