W kultowym „Misiu” Wujek Dobra Rada podpowiada, aby na brzydkie słowa reagować udawaniem, że się ich nie słyszy. Minęły 34 lata i ta filmowa wskazówka przestaje mieć rację bytu. Nie da się nie słyszeć – motyla noga! Wulgarne wyrazy towarzyszą nam na ulicach, w pracy, szkole i w domach. Są w telewizji, Internecie i prasie. Rozsiadają się na współczesnych salonach. Już nie służą wyrażaniu skrajnych emocji. Przestają być objęte językowym tabu. Słowa zaczynające się na „k” „p” „j” „ch” i „z” stają się manierą, pseudosymbolem wolności, indywidualizmu i luzu. Dla niektórych pełnią nawet rolę przecinka lub kropki.
Klną chudzi i grubi, ładni i brzydcy, mężczyźni, kobiety, chłopcy, dziewczyny i, o wstydzie, kilkuletnie szkraby. Przeklinają uczniowie, studenci, robotnicy, sprzedawcy, politycy, gwiazdy, a i dziennikarzom się zdarzy. Niestety, aktualnie to jakże wymowny, polski znak w zjednoczonej Europie.
Nie rozpaczam bynajmniej, że nie ma świętych w tym względzie, bo wulgaryzmy są elementem każdego języka, no i wiadomo, że każdemu może się wypsnąć. Dziś, w dniu bez przekleństw, chcę wyłącznie zaapelować o… właściwe i umiarkowane używanie inwektyw, złorzeczeń i innych dosadności. Kochani, nie rzucajmy mięsem wszem i wobec. Nie usprawiedliwiajmy się koniecznością ciągłego rozładowywania napięć, wciąż niesprzyjającymi okolicznościami lub aurą, bo już Wuj Dobra Rada (w tej roli niedawno zmarły, Stanisław Mikulski) zauważył słusznie: – No cóż, widzicie klimat był zawsze raczej przeciwko nam, ale to jeszcze nie powód, żeby mówić brzydkie wyrazy.
Nie tłumaczmy się, że znaczenia niektórych, ohydnych słów, na przykład tego powszechnego na „z” zneutralizowało się i stało się niemal grzeczne („dewulgaryzacja”). To tylko swoisty społeczny mit. Ograniczmy skalę zjawiska, poprzez dyskrecję i wyczucie sytuacji. Posłużmy się przykładem Mikołaja Reja czy polskiej Safony. Ojciec polskiej literatury pozwalał sobie nie tylko na niepiękne: „srać”, „gówno”, „dupę” czy „pierdzieć”, ale tylko w „Utworach rubasznych”. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska używała skrótu, podobnie jak jej tatko, Wojciech Kossak, n.p.u., czyli przekleństwa „na psa urok”, ale pojawia się ono w zapiskach wojennych i przy opisach postępującej choroby.
Właśnie takie jest prawo wulgaryzmu – powinien towarzyszyć jedynie wypowiedziom emocjonalnym, prywatnym. Niecenzuralny to nie to samo, co powszechny i dopuszczalny. Kiedy więc ktoś wprowadza nieparlamentarne wyrazy na salony, nie klaszczmy w łapki, bo to oznacza, że brak mu kultury osobistej, sekunduje brutalizacji najpierw języka, a w konsekwencji kontaktów międzyludzkich.
Dla nieprzekonanych i bagatelizujących zjawisko pozostaje jeszcze artykuł 141. Kodeksu wykroczeń: „Kto w miejscu publicznym umieszcza nieprzyzwoite ogłoszenie, napis lub rysunek albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1 500 złotych albo karze nagany”. Dlatego słysząc wulgaryzmy możemy nadużywającego kulturalnie upomnieć i przy okazji nieco sobie ulżyć. Polecamy choćby słowa Kabaretu OTTO: „Ty hot dogu, ty popcornie, ty marlboro, ty camelu, ty wielbłądzie, Ty kentucky chicken, ty burger kingu, ty McDonald’sie, ty parkingu. Weźcie go ode mnie, niech nie myśli, że jest lepszy. Niech się wreszcie ode mnie coca cola od pepsi”, albo w jeszcze bardziej swojsko brzmiącej wersji: „Ty parówo w bułce, ty kukurydzo, ty Klubowy z filtrem, ty mamałygo, Ty kurczaku w cieście, ty kotlecie, ty siekana wołowino, ty parkiecie. Weźcie go ode mnie, niech nie myśli, że jest lepszy. Niech się wreszcie ode mnie mineralna odpowietrzy”. Rzekłam!
Redaktor Beata Sander



3 Responses to "Ka, pe, jot, cha i zet, czyli nie rzucajmy mięsem"