Kamper daje wolność

For. Arch prywatne

Ona kończyła studiować energetykę. On prowadził firmę transportową. 2 lata temu stwierdzili, że chcą żyć w podróży. Mieszkanie w Rybniku zamienili na 8 mkw na kółkach, spakowali się i ruszyli na południe Europy. Niedawno Kasia i Grzesiek Grudka wrócili ze swojej 6-miesięcznej podróży. Do kolejnej zbierają siły na Podkarpaciu w Izdebkach, niedaleko Brzozowa.

Kiedy się poznali, Kasia od razu zastrzegła, że jeżeli mają być razem, muszą podróżować, bo nie potrafiłaby z tego zrezygnować. – Pasję do podróżowania wzbudzili we mnie rodzice. Od najmłodszych lat jeździliśmy po Polsce, później trochę po Europie. U Grześka po części wynika to z zawodu kierowcy ciężarówki – opowiada dziewczyna. Po kilku wspólnych wyjazdach zdecydowali się na dużo dłuższy, na o wiele mniejszym metrażu, do którego akurat Grzesiek, z racji profesji, był przyzwyczajony. 

Metamorfoza skromnego „blaszaka”

2 lata temu, tuż przed wakacjami Grzesiek usłyszał o ludziach, którzy się przeprowadzili do vana i jeżdżą po świecie. – Zaproponował, żebyśmy tego spróbowali – wspomina Kasia. 3 dni później jechali oglądać pierwszego busa, a już tydzień od podjęcia decyzji kupili Fiata Ducato z 2012 r. Potem zamienili go na komfortowe mieszkanie na na kółkach. – Cała operacja zajęła 6 miesięcy. Dosyć długo, ale chcieliśmy, żeby samochód miał wszystko, na czym nam zależało, a czego nie miały gotowe kampery. Przede wszystkim, dążyliśmy do tego, by nie musieć spędzać czasu na campingach. Chcieliśmy być samowystarczalni – tłumaczy Grzegorz. Za zakupem „blaszaka” przemówiło również to, że nie rzucał się w oczy. Wygląda jak zwykły bus.

Za to w środku jest jadalnia i salon w jednym, mini kuchnia ze zlewem, kuchenką gazową, lodówką, szafkami na potrzebne naczynia czy produkty, a także całkiem spory blat. W części sypialnianej zmieściło się duże łóżko z wygodnym materacem i pojemna szafa na ubrania. Podróżnicy mogą się też cieszyć własną łazienką. – Jest malutka, ale mamy prysznic i toaletę. Największym wyzwaniem było zabezpieczenie tej przestrzeni – przyznają. W końcu pokryli ja zwykłą wykładziną PCV, a wolne przestrzenie zasilikonowali.

Pod portugalskim niebem

Po zakupie auta, Grzegorz sprzedał firmę, a za zarobione pieniądze kupił dwa kolejne mieszkania. Wynajęli je włącznie ze swoim i dzięki temu zyskali stałe źródło dochodów.

Na początku sierpnia musieli się jednak wyprowadzić. W drogę wyruszyli dopiero dwa miesiące później. – Przez ten czas mieszkaliśmy już na pełen etat w busie – podkreślają Kasia i Grzegorz. Mogli go przetestować. Jak? – Pojechaliśmy do Rumunii. Przez tydzień zwiedziliśmy Karpaty, mieszkając na dziko, na łonie natury – wspomina Grzesiek. Kamper okazał się bezawaryjny. A podróżowanie busem – tym, czego pragnęli. 

W październiku ruszyli z Rybnika na południe Europy. – Pierwszy większy postój mieliśmy… po 60 km. – śmieje się Kasia. – To dlatego, że bardzo chcieliśmy już jechać. Teściowie nas jeszcze zatrzymywali na noc, ale nie zamierzaliśmy tego odkładać nawet o jeden dzień. Wyjechaliśmy wieczorem i niedługo potem zatrzymaliśmy się na nocleg – tłumaczy. Marzyli, aby dotrzeć do Alp, kiedy jeszcze było ciepło. – Tymczasem spędziliśmy 2 tygodnie w deszczu i niskich temperaturach. To były pierwsze dni podróży, więc mimo to nie traciliśmy entuzjazmu! – przekonują nasi rozmówcy.

Przejechali Czechy, Niemcy, okolice Szwarcwaldu, a potem Alp i Jeziora Genewskiego. Kilkanaście dni później dotarli do Prowansji. W San Tropez w końcu przywitało ich piękne słońce. – Niestety, we Francji spotkało nas nieprzyjemne zdarzenie. Gdy w Awinion poszliśmy zwiedzać miasto, ktoś włamał się do busa. Przestało nam się tam podobać – mówi Kasia. – …Dlatego pogoniliśmy do Andory! – śmieje się Grzesiek. Zwiedzili Hiszpanię, a potem dojechali do Lizbony, gdzie zostali 2 tygodnie. Następnie obrali kierunek na południe. W rejonie Algarve zatrzymali się dłużej i zaczekali na Boże Narodzenie.

– Pomimo dużej odległości dzielącej nas od rodziny, postanowiliśmy przygotować prawdziwą wigilię, składającą się z 12 potraw – opowiada Kasia. – Problem w tym, że do gotowania potrzeba dużo wody, dlatego skorzystaliśmy z kempingu – dodaje. Spędzili wigilię w swoim busiku, delektując się m.in. 4 rodzajami pierogów, świeżą rybą, polskim żurkiem, kapustą z grochem i grzybami. – Wszystko było w małych ilościach, ale domowe i własnymi rękami przyrządzone! – zaznaczają.

W ciągu półrocznej wyprawy na kempingu nocowali tylko dwa razy. –  Kolejny był w Maroku – i to tylko dlatego, że zabrakło nam wody – wyjaśnia Grzegorz. – To największy problem. Mamy 200-litrowy zbiornik, o wiele większy w porównaniu z innymi vanami, bo średnia pojemność to 60-70, ale czasem i tyle nie wystarcza – zauważają. 200 litrów mieli na 5 – 6 dni. – Zaczęliśmy przykładać znacznie więcej uwagi do tego, jak korzystać i oszczędzać wodę. Wcześniej w ogóle o tym nie myśleliśmy – przyznaje Kasia.

A czy nocleg na odludziu może być bezpieczny? – Tak. Jasne, że są miasta, gdzie jest niebezpiecznie i trzeba uważać. Na własnej skórze przekonaliśmy się, że zostawianie auta byle gdzie może się źle skończyć, aczkolwiek przejechaliśmy tysiące kilometrów i tam, gdzie parkowaliśmy na dziko, nigdy nie spotkaliśmy się z żadną niebezpieczną sytuacją – twierdzi Grzesiek. – Oczywiście zabezpieczyliśmy dobrze nasz samochód i raczej nikt nie mógł tam wejść, gdy spaliśmy – zauważa. Początkowo mieli obawy, ale po dwóch tygodniach minęły.

– Wróciły w Maroku – stwierdza Kasia. – Nie mogliśmy się przyzwyczaić do zainteresowania innych naszą obecnością. Co chwilę ktoś przychodził, mówił „Dzień dobry, jak się masz?” i odchodził. Dla nas to było nie do pomyślenia. Zastanawialiśmy się, czego wszyscy od nas chcą – opowiada. Po tygodniu spotkali w trasie Austriaków, którzy podróżowali po Maroku od 2 miesięcy i śmiali się, że na początku też zadawali sobie to samo pytanie. Później przyzwyczaili się do tego, uznając za przejaw otwartości oraz sympatii. – Na tyle, że dziwnie się czuliśmy, gdy ktoś do nas nie podszedł – śmieją się podróżnicy.

Marokańska gościnność

W Maroku spędzili miesiąc. – To i tak za krótko, żeby zwiedzić ten kraj – nie ma wątpliwości Grzegorz. Kiedy pytamy o ich ulubione miejsca, bez wahania odpowiadają, że to właśnie w tym kraju jest ich najwięcej. – Rozczarowaliśmy się nieco południem Portugalii. Wszyscy zawsze opowiadają o nim w samych superlatywach, a nam wydało się ono przeludnione. Zimą jest też celem wszystkich vanlife’rsów, więc roi się od kamperów. To czego oczekiwaliśmy – pustki, przestrzeni i wolnych miejsc – znaleźliśmy w Maroku – wyznaje Kasia. Na najbardziej niezwykłe trafili przypadkiem. – Byliśmy w okolicach Agadiru. Wieczorem jeździłam palcem po mapie na Google Maps i nagle natrafiłam na jaskinię, zaraz obok były jeziora. Nie znalazłam ich na żadnym blogu ani w przewodniku – relacjonuje.

Jechali w tamtym kierunku, więc postanowili sprawdzić, co to za miejsce. – Byliśmy w szoku. Spodziewaliśmy się parkingu, jakiegokolwiek zaplecza, innych turystów. Nie spotkaliśmy nikogo. Gdy wyjechaliśmy ok. 800-metrową krętą drogą w górę, dotarliśmy do jaskini, której codziennie pilnował jeden z grotołazów, mieszkaniec berberyjskiej wioski u podnóża góry – opowiadają. Mówił po francusku, a my znaliśmy tylko pojedyncze słowa w tym języku. Przekonaliśmy się jednak, że jeżeli ktoś chce, to się dogada. – Okazało się, że mało kto wie o tym miejscu. Za jaskinią Win Timdwin, która ma ok. 21 km i nie została jeszcze w całości zbadana, prowadzi szlak, którym można wyjść na szczyt góry, a od innej strony dotrzeć do przepięknych jezior z wodospadami Al Marouani. Cisza, spokój i nieziemskie widoki – kwitują.

Kolejnego dnia mężczyzna zaprosił polską parę na herbatę. Przyniósł książkę o ekspedycji, w której brał udział. – Była tam też naklejka polsko-francuskiej grupy, która w 2002 r eksplorowała jaskinię. Od tamtego czasu nie przyjechał tam nikt. Rząd i król nie chcą tu inwestować, ani reklamować okolicy – stwierdza Kasia.

– My akurat cieszyliśmy się, że nikogo nie było… Choć nie do końca. Koło godz. 23, kiedy już kładliśmy się spać, zatrzymało się koło nas auto, z którego wysiadł mężczyzna. Na wysokości 1 tys. metrów o tak późnej porze to było dosyć dziwne – nie ma złudzeń Grzesiek. Tubylec za wszelką cenę próbował się od nich czegoś dowiedzieć. Kłopot w tym, że mówił tylko po francusku. W końcu zadzwonił do kogoś, kto znał angielski i podał telefon Polakowi. – Zapytał dosłownie: „Czy macie jedzenie?” Odpowiedziałem: „Tak, proszę tylko zapytać, czego potrzebuje. Wyliczyłem, czym możemy się podzielić i oddałem słuchawkę – relacjonuje. Tłumacz przekazał informacje, a po chwili wyjaśnił, że źle się zrozumieli. – Okazało się, że ten człowiek zatrzymał się, żeby zapytać, czy to my czegoś nie potrzebujemy. Niesamowicie miłych ludzi tam poznaliśmy! – stwierdza Grzesiek.

Dowodów marokańskiej otwartości doświadczyli więcej. – Już na początku, pod Rabatem, gdy zaparkowaliśmy nad jeziorem, przyszedł do nas jakiś chłopak i zaprosił do siebie do domu. Było to dla nas dziwne i odmówiliśmy. Po chwili wysłał swoich młodszych kuzynów, żeby nas przekonali. Im już się udało – przyznaje z uśmiechem Kasia. Kolejnego dnia zaprosili ich na śniadanie, a także pływanie łódką po jeziorze. – Zaprosili nas także na  tradycyjny obiad, czyli tadżin z kaszą kuskus, a następnie na kolację, przy której pomagaliśmy sami ucząc się wypieku tamtejszego chleba. Na co dzień mieszkały tam cztery osoby, a w pewnym momencie przy posiłku było 12. Graliśmy z nimi w karty, rozmawialiśmy przy pomocy translatora – tłumaczą. Jak mówią, mieli bardzo niewiele, ale oddali im swoje serce. – Czuliśmy się wyjątkowo niezręcznie, gdy przygotowali nam nawet prowiant na drogę – własne mleko i chleb – wyznaje Kasia. – Byli bardzo biedni. Nie mieli prądu, okien, a zamiast podłogi – klepisko, a jednocześnie okazali tak ogromną gościnność zupełnie obcym ludziom. Nigdzie czegoś takiego nie doświadczyliśmy. Polacy mogliby się uczyć od Marokańczyków tej otwartości – jest przekonany Grzesiek.

Minimalizm i pełnia szczęścia

Po drodze nie spotkali zbyt wielu rodaków, którzy wybrali van life. – U nas nadal nie jest to tak popularne. W ten sposób podróżują Niemcy czy Francuzi, których i tak nie widywaliśmy. My spaliśmy na dziko, nad oceanem, gdzie nikogo nie było. Większość z tych osób, jest w starszym wieku i wolą zapłacić za wygodny kemping. Oni jeżdżą autostradami. My – bocznymi drogami, które czasem urywają się na pustyni czy w górach – śmieją się.

Dostrzegają wiele zalet życia w vanie. –  Przede wszystkim jesteśmy niezależni – ocenia Kasia. – Robimy, co i kiedy chcemy. Nie jesteśmy uzależnieni od zorganizowanych wycieczek. W kamperze mamy wolność – dodaje jej mąż. – Kiedy mamy ochotę na miasto, to tam jedziemy. Jeżeli wolimy zostać dłużej w głuszy, zostajemy. Nic nas nie goni – dopowiada Kasia. Po tygodniach spędzonych w trasie nie dostrzegają minusów. Może jeden. – Jesteśmy daleko od rodziny, przyjaciół i znajomych – przyznają.

Wiosną zakończyli kilkumiesięczną podróż. Co im dała? – Na pewno lepiej się poznaliśmy. Wcześniej jeździliśmy trochę po Stanach Zjednoczonych. Byliśmy z namiotem w Albanii. To był w pewnym sensie wstęp do tego co dziś robimy, ale chcieliśmy podróżować trochę bardziej wygodnie. W tym aucie mamy to, czego potrzebujemy – miejsce do spania, ciepłą wodę, toaletę, a dzięki panelom słonecznym – prąd. Wszystko na 8 mkw! – podkreśla Grzesiek. – Prawda jest też taka, że po przeprowadzce wszedł nam w krew modny obecnie – minimalizm. Po powrocie zauważyliśmy, że każdy pokój jest czymś obładowany. Zaczęło nas to przytłaczać. Aż tak wiele nam nie potrzeba w życiu do szczęścia – przekonuje Kasia.

Wystarczą najpotrzebniejsze rzeczy, i kilka metrów kwadratowych. Te niedługo zamienią na nowe, bo aktualnie są na etapie budowy nowego busa. – W drodze powrotnej, jeszcze przed pandemią kupiliśmy drugie auto. Mieliśmy plan, żeby je przerobić i wynajmować, ale sytuacja wymusiła na nas zmianę decyzji – opowiadają. Doszli do wniosku, że wolą sprzedać starego kampera i zająć się budową drugiego. Nie musieli nawet dawać ogłoszenia. Napisali na swoim Facebook’u. Wiele osób obejrzało film z ich udziałem na videoblogu innych vanlif’erów, na którym powiedzieli, że chcą sprzedać samochód. – Napisał do nas pewien pan z Rybnika, pytając, czy jesteśmy zainteresowani sprzedażą i kiedy mógłby je zobaczyć. Spotkaliśmy się, pooglądał i pół godziny potem kupił. A my realizujemy drugi projekt – zdradza Grzesiek. Obecnie są w Izdebkach, u rodziny Kasi, ale już w przyszłym miesiącu spróbują przetestować nowy wóz na Mazurach. – Później mamy zamiar jechać już na Wschód. Nie ustaliliśmy jeszcze całej trasy, ale jednym z punktów na pewno będzie Gruzja – zaznaczają.

Para nie planuje wracać do starego życia, ale też tego nie wyklucza. – Może po roku czy dwóch nam się to znudzi i wymyślimy coś innego – śmieje się Grzesiek. – Kiedy wracaliśmy do Europy, kupiliśmy busa, z myślą o wynajmie, jednak życie to zweryfikowało – przypomina Kasia. – Nie wiemy, co nam przysienie los czy kolejna podróż. Albo na co sami jeszcze wpadniemy!

Wioletta Kruk

8 Responses to "Kamper daje wolność"

Leave a Reply

Your email address will not be published.