Ktokolwiek by był u władzy na jakimkolwiek szczeblu, przekonuje społeczeństwo, że chce, by władza była jak najbardziej transparentna. W każdym aspekcie swego „służenia” ludziom, bo przecież każda władza przekonuje, że ona „służy”, a opcja, która władzę przejąć chce, zamierza „służyć”.
Stare porzekadło mówi, że „służba nie drużba”, no i czasem trzeba podejmować trudne decyzje. Na przykład w takich sprawach jak konkursy na szefów różnych placówek podległych samorządowi. Oj, ile to się trzeba namęczyć przy takim konkursie, nagłowić… A najciekawsze jest to, że w 9 na 10 przypadków wynik takiego konkursu znany jest mocno przed czasem i przekazywany z ust do ust „na ulicy”. Ki diabeł, skoro przecież nie ujawnia się personaliów kandydatów?
No właśnie! Dlaczego personalia i kompetencje poszczególnych kandydatów stanowią tajemnicę? W każdym razie oficjalnie, bo nieoficjalnie wszyscy zainteresowani tematem danego konkursu wiedzą, kto startuje, a nawet z ogromną trafnością, kto wygra. Dlaczego ludzie nie mają prawa oficjalnie poznać kandydatów na dane, opłacane z pieniędzy podatników stanowisko, nim konkurs zostanie rozstrzygnięty?
Przecież te osoby starają się o posady, które my opłacamy! Tak im zależy na „ochronie danych osobowych”, to niech się nie pchają na funkcje i stanowiska opłacane przez podatników. W prywatnych firmach można dostać posadę bez żadnego konkursu! I żaden złośliwy dziennikarz nie pyta, dlaczego do pracy przyjęto Kowalskiego, a nie Nowaka. „Bo tak” i już.
W jednostkach budżetowych już niby tak się zrobić nie da. Niby, bo nieujawnianie personaliów startujących w konkursach wszelkich w „budżetówce” jest normą. Z „dyplomatycznego na nasze” można to tłumaczyć tak: w zasadzie macie prawo wiedzieć, kto ubiega się o stanowisko opłacane z waszej kasy, kochani podatnicy, ale my wiemy najlepiej, kto to powinien być, dlatego powiemy wam, kto wygrał, jak już wygra. A na resztę spuścimy zasłonę milczenia, bo tak trzeba. Dlaczego trzeba? Bo tak!
Ciekawe, że jeśli chodzi o przetargi, to wszelkie dane do nich przystępujących są jawne. Można sobie na stronach jednostek budżetowych przeczytać, kto przystępuje i ile musiał wpłacić wadium. A potem także kto kupił i za ile. O jakiejś ochronie danych, w tym także handlowych, ani słychu, ani dychu. Jawne i już!
I dokładnie tak samo powinno być z konkursami na stanowiska w „budżetówce”: kto, jakie ma kompetencje, ile punktów zyskał na tym, a ile na tamtym etapie. To byłaby właśnie transparentność, o której tak pieją rządzący i kandydaci na nich. „Utajnianie” konkursów nie służy niczemu poza plotkami, domysłami i podejrzeniami, słusznymi, albo i nie, o kombinowanie i nepotyzm.
Redaktor Monika Kamińska


