
PIŁKA NOŻNA. III LIGA. Rozmowa z pomocnikiem Karpat Krosno Kamilem Walaszczykiem.
Kamil Walaszczyk jest liderem Karpat Krosno, rewelacji pierwszej części sezonu w III lidze. Biało-niebiescy prowadzą w tabeli, mają aż 8 punktów przewagi nad Stalą Rzeszów i Resovią.
– Na pańskim profilu na Facebooku wita wszystkich sympatyczna postać Mario Bros. Dlaczego akurat on?
– Ciekawe pytanie na początek (śmiech). Kierował mną sentyment. Gry Pegasus, Nintendo i kultowa postać hydraulika w czerwonej bejsbolówce. To były czasy!
– Dziś pewnie tnie pan w FIFĘ?
– Skądże znowu. W nic nie gram, nie interesuje mnie to.
– No tak, nie ma pan czasu. Treningi, mecze, hurtownia sportowa…
– Jakoś udaje mi się to łączyć. Rzadko opuszczam zajęcia, a jeśli już, to trener i chłopaki z drużyny są bardzo wyrozumiali.
– Większość piłkarzy po zakończeniu przygody z futbolem zostaje trenerami, a pan postawił na handel sprzętem sportowym.
– Spokojnie, jeszcze przez chwilę pogram. A nad trenerką myślę, mam nawet ukończony jeden kurs. Kto wie, może za jakiś czas pójdę w tym kierunku?
– Zanim zejdzie pan ze sceny, ma niepowtarzalną szansę poprowadzić Karpaty do zwycięstwa w III lidze. To byłoby coś, przecież nikt na was nie stawiał.
– Zgadza się. Dla większości chłopaków to byłby wyczyn i powód do chwały. Bo awans to awans, nikt ci tego nie zabierze. Choć oczywiście droga do tego daleka, gdyż jest jeszcze baraż. To w ogóle kpina, że zwycięzca ligi nie uzyskuje promocji z automatu. Pod taką reformą się nie podpisuję. A co do kwestii sportowej – moim zdaniem – nie ma przepaści między drugą a trzecią ligą.
– Karpaty są pana dziewiątym klubem, ale pierwszy raz doświadczył pan serii 10 kolejnych zwycięstw.
– To fantastyczna sprawa. Nawet w Resovii, mimo że mieliśmy fajny zespół i nie przegrywaliśmy za często, nie zdarzyła się podobna passa. Sprawdziła się stara zasada, iż wynik robi się w szatni. W Karpatach mieliśmy wąską kadrę, ale jeden za drugiego poszedłby w ogień.
– Warto sobie uświadomić, iż motywacją nie były pieniądze. W klubie się nie przelewa, nie mieliście premii za wygrane mecze.
– Zarobki w Karpatach nie są wysokie, ale trzeba podkreślić, że wypłaty były na czas. Wszyscy się dziwią, że wykręciliśmy taki wynik bez premii. A my udowodniliśmy, iż w piłce kasa to nie wszystko.
– Zrobiliście swoje, teraz czas na działaczy oraz władze miasta. Na ambicji i entuzjazmie daleko się nie zajedzie.
– Zawsze się mówi, że za awansem sportowym powinien iść awans organizacyjny. Żeby grać w II lidze, trzeba mieć dużo większy budżet, same wyjazdy pochłaniają mnóstwo pieniędzy. Miejmy nadzieję, iż na czwartkowym spotkaniu zarządu klubu usłyszymy pozytywne wiadomości (obrady zakończyły się po zamknięciu numeru – red.).
– Odpalił Bartłomiej Buczek, ale i pan strzelił 7 goli. Sporo jak na środkowego pomocnika.
– To kwestia ustawienia. U trenera Szydełki gram bliżej bramki, bardziej ofensywnie, więc mam więcej sytuacji. Co do Bartka, taki napastnik w zespole to skarb. Jest komu podać piłkę. A wiosną będziemy jeszcze mocniejsi, bo do formy wróci po kontuzji Marek Fundakowski.
– Chwalono was za skuteczność, ale też za kulturę gry. Razem z Bartkiem Madeją, Jakubem Popielarzem i Łukaszem Krzysztoniem potrafiliście zdominować linię pomocy.
– Fajnie to słyszeć. Wynik wynikiem, lecz dobrze jest, gdy gra drużyny cieszy oko.
– Jednak trybuny rzadko się zapełniały. Piłka nożna ma w Krośnie aż tak słabe notowania?
– Kiepska frekwencja to nie tylko problem Krosna, gdzie indziej też nie było kolorowo. Ludzie przyszli na nasze mecze z Resovią i Motorem Lublin, podczas pozostałych spotkań już tak dobrze nie było. Nie wiem dlaczego.
– Drugą część sezonu zaczynacie od meczu ze Stalą Rzeszów u siebie. To dobrze?
– Bardzo dobrze. To może być kluczowe spotkanie. Jeśli Stal nie wygra, raczej nie zrzuci nas z fotela lidera.
– Chyba żaden inny zespół wam nie zagrozi? Motor jest w przebudowie, Resovia to młodzież…
– Spodziewałem się więcej zwłaszcza po Motorze. Stawiałem, że ta drużyna wejdzie z hukiem do II ligi. W Lublinie mają nowy stadion, kibiców, ale jesienią piłkarze nie zachwycili.
– Trener Szymon Szydełko jest młodszy od pana i od Łukasza Zycha. Czasem to przeszkadza w budowaniu profesjonalnych relacji, trenerski autorytet bywa podważany.
– Nie u nas! Trener cieszy się ogromnym autorytetem, w drużynie nie ma żadnych zgrzytów. Jest czas na wygłupy i czas na ciężką pracę.
– Co pan pomyślał, gdy dotarła do pana wiadomość o chorobie Bartosza Madei?
– Szok, niedowierzanie. Wszyscy siedzieliśmy jak na szpilkach, telefony się grzały. Cieszymy się, że już jest lepiej. Nie mam wątpliwości, że Bartek pokona bakterie tym swoim boiskowym spokojem i pojawi się już na pierwszym treningu w nowym roku.
Rozmawiał Tomasz Szeliga



One Response to "Kasa to nie wszystko"