Historia Natalii Grad z Prusieka pod Sanokiem to najlepszy dowód na to, że warto pomagać. 36-letnia mama dwóch małych dziewczynek stoczyła najważniejszą walkę w swoim życiu i wygrała. Pokonała groźny nowotwór i powoli wraca do zdrowia. Żyje dzięki uporowi, niezwykłej woli walki i genetycznemu bliźniakowi, który podarował jej szpik. Ponad dwa lata temu po raz pierwszy opowiedzieliśmy Wam jej historię, dzisiaj wracamy, aby opowiedzieć szczęśliwe zakończenie.

U mamy dwóch małych dziewczynek, 6-letniej Emilki i 3-letniej Madzi, lekarze zdiagnozowali nowotwór – chłoniak śródpiersia. Po szczegółowych badaniach okazało się, że guz jest złośliwy i nieoperacyjny. – Każdego dnia przypomina mi się dzień, w którym dowiedziałam się o chorobie. Minęły już cztery lata, a pamiętam każdy moment, każde słowo… Pamiętam wszystko, choć wtedy byłam w szoku. W tym wszystkim najgorsze dla mnie było to, że muszę zostawić moje malutkie dziewczynki w domu, że nie wiem, kiedy wrócę i kiedy je zobaczę. I czy w ogóle wrócę… wspomina Natalia.
Cykl silnych chemii nie przyniósł poprawy, lekarze rozkładali ręce. Wtedy pojawiło się światełko w tunelu – eksperymentalna terapia lekiem Nivolumab. Okazało się jednak, że w przypadku chłoniaka śródpiersia, Narodowy Fundusz Zdrowia nie refunduje jego zakupu.
Miesięczny koszt kuracji ostatniej szansy wyceniono na 30 tysięcy złotych miesięcznie. – Za pierwsze cztery dawki zapłaciła moja siostra, na dalszą terapię nie mieliśmy już funduszy – wspomina Natalia.
I wtedy z pomocą przyszli mieszkańcy Prusieka, Sanoka, a później i całej Polski. Lokalna telewizja nakręciła reportaż o chorobie Natalii z apelem o wsparcie i pomoc w zbiórce funduszy na kolejne dawki leku. Odzew na apel młodej mamy przeszedł najśmielsze oczekiwania. W niedługim czasie udało się zebrać ponad 200 tysięcy złotych na kolejne dawki leku. Leczenie można było kontynuować, nadzieja wróciła… – Do dzisiaj nie mogę uwierzyć w to, co się wtedy wydarzyło, odzew ludzi był ogromny. Wszyscy zbierali dla mnie pieniądze na ten lek. Mogę śmiało powiedzieć, że to było takie “pospolite ruszenie”. Każdego dnia myślę o tych wszystkich ludziach. Gdyby nie oni, nie byłoby mnie dzisiaj na świecie, nie mogłabym być z moimi córkami… Do końca życia będę wszystkim wdzięczna – ze łzami w oczach mówi Natalia.
Nowe narodziny
Kiedy już wydawało się, że wszystko będzie dobrze i Natalia wróci do zdrowia przyszedł kolejny cios. Po roku terapii okazało się, że konieczny będzie przeszczep szpiku. Leczenie Nivolumabem trzeba było kontynuować aż do przeszczepu, bo lek trzymał nowotwór w remisji. I znów z pomocą przyszli ludzie. W krótkim czasie udało się zebrać pieniądze i terapię można było kontynuować.
Równocześnie trwały poszukiwania genetycznego bliźniaka, który podaruje Natalii szpik. 25 marca z krakowskiej kliniki zadzwonił telefon. – W słuchawce usłyszałam panią Asię od przeszczepów, która powiedziała: Natalia, mamy dla Ciebie dawcę! Zaniemówiłam. Pani Asia jeszcze raz powtórzyła te słowa, po czym dodała, że jest to młody, silny mężczyzna z okolic Warszawy. Nogi się pode mną ugięły, byłam bardzo szczęśliwa, ale wiedziałam też, że najtrudniejsze dopiero przede mną – wspomina Natalia.
Ruszyła procedura przygotowania Natalii do przeszczepu, który zaplanowany został na 6 czerwca 2019 r. 27 maja Natalia leżała już w krakowskiej klinice. Miała się w niej pojawić kilka dni wcześniej, ale nie chciała opuścić występu na akademii swoich córeczek z okazji Dnia Matki.
Natalia do dzisiaj doskonale pamięta odliczanie do przeszczepu. – Byłam bombardowania chemią, aby przygotować organizm do przeszczepu. Byłam dość słaba, ale kiedy przyszedł dzień przeszczepu emocje były ogromne – wspomina Natalia.
Zabieg miał się odbyć o godzinie 13. – Wyniki były słabe, przed przeszczepem musieli podać mi krew, więc zabieg nieco się opóźnił. Byłam cała w nerwach, towarzyszyła mi siostra Agnieszka, która przez cały czas podtrzymywała mnie na duchu. Chciałam mieć to już za sobą, jednocześnie cały czas myślałam o tym, co będzie później, czy to się wszystko uda… Bardzo się bałam – wspomina.
O godzinie 15 do izolatki weszła lekarka z pielęgniarką. – Pielęgniarka trzymał w ręku worek ze szpikiem, to wyglądało jak krew, tylko jaśniejsza. Targały mną różne emocje. Cały czas zastanawiałam się, kim jest ta wspaniała osoba, która oddała cząstkę siebie, aby ratować moje życie. Byłam bardzo wzruszona. Pielęgniarka podała lekarce worek, lekarka podłączyła mi kroplówkę ze szpikiem do wkłucia centralnego, popatrzyła na mnie swoimi dużymi, brązowymi oczami i puszczając pierwsze krople szpiku powiedziała „zaczynamy, dzisiaj rodzisz się na nowo“. Nigdy nie zapomnę tego dnia…
Każdy 6. dzień celebruje
6 grudnia tego roku minęło dokładnie półtora roku od przeszczepu. – Dziś czuję się już dobrze, choć nie ukrywam, że przez pierwsze pół roku było bardzo ciężko. Pamiętam, jak odliczałam pierwszych sto dni po zabiegu, bo one są kluczowe. Po samym przeszczepie człowiek jest jak dziecko w inkubatorze, które narażone jest na wszelkie niebezpieczeństwa. Po powrocie ze szpitala praktycznie musiałam nauczyć się żyć na nowo, musiałam ściśle stosować się do zaleceń lekarzy i przestrzegać specjalnej diety, bo od tego zależało moje życie. Do dzisiaj muszę brać bardzo dużo leków. Musiałam też nauczyć się żyć z wieloma nowymi zakazami i nakazami. Na początku było to bardzo trudne, no nie każdy rozumiał dlaczego w słoneczny dzień jestem ubrana od stóp do głowy, na głowie mam ogromny kapelusz i do tego nad głową ogromny parasol. Niektórym było ciężko zrozumieć, że nie mogłam nigdzie wychodzić, z nikim się spotykać, ale tak jest z ludźmi po przeszczepie – mamy bardzo niską odporność i każda infekcja może być dla nas zabójcza. Niestety, miałam kilka powikłań, ale na szczęście wszystkie udało mi się pokonać no i najważniejsze – organizm nie odrzucił przeszczepu.
Natalia przyznaje, że mimo, że od przeszczepu minęło już trochę czasu, emocje jakie towarzyszą jej, kiedy wraca do tego dnia ciągle są bardzo silne. – Każdego szóstego dnia miesiąca myślę i przypominam sobie to wszystko, co się działo. Myślę też o moim genetycznym bliźniaku. Bardzo pragnę poznać osobę, która uratowała mi życie – przyznaje Natalia.
Zgodnie z obowiązującą w Polsce procedurą Natalia może poznać swojego genetycznego bliźniaka dopiero po dwóch latach od przeszczepu i to tylko pod warunkiem, że dawca też wyrazi taką chęć. – Jeśli to się uda, a bardzo tego pragnę, na pewno będzie to bardzo wzruszające spotkanie. Właściwie nie ma dnia, abym nie zastanawiała się, kim jest ten człowiek, jak wygląda, czym się zajmuje, czy ma rodzinę. Z całego serca jestem mu wdzięczna za dar życia, jaki mi ofiarował. To dzięki dawcy nadal mogę być mamą dwóch wspaniałych dziewczynek – uśmiecha się Natalia.
Zobaczyć, jak córki dorastają
Kiedy spotkałam Natalię pierwszy raz był luty 2018 roku. Siedziałyśmy w salonie, do pokoju co chwilę wbiegały jej roześmiane córki – sześcioletnia wówczas Emilka i trzyletnia Madzia. Dziewczynki nie do końca zdawały sobie sprawę z powagi sytuacji. Zapytałam ją wówczas o czym najbardziej marzy, odpowiedziała: – Chciałabym dożyć przynajmniej do komunii Emilki – odpowiedziała.
Dzisiaj Madzia ma pięć, a Emilka osiem lat. Wkrótce pójdzie do pierwszej komunii. Natalia z dnia na dzień czuje się coraz lepiej. Poświęca dziewczynkom każdą wolną chwilę. Wspólnie gotują, sprzątają, bawią się, spacerują.
Natalia coraz śmielej też planuje.
– Marzę o tym, aby choroba nie wróciła i abym jak najdłużej mogła być z moimi córkami. Bardzo chciałabym być przy nich, patrzeć jak dorastają, zakładają swoje rodziny. To dla mnie odległe marzenia, ale bardzo chciałbym doczekać tych chwil – mówi.
A marzenia? O czym marzysz dzisiaj? – pytam. – Chciałabym zrobić wymarzone prawo jazdy, to takie moje małe marzenie – odpowiada. – Chciałabym też rozwijać swoją pasję cukierniczą – dodaje. Natalia specjalizuje się w pieczeniu tortów na każdą okazję, swoimi misternie przygotowanymi wypiekami chwali się w mediach społecznościowych wzbudzając zachwyt internautów. – W styczniu mam bardzo ważne badanie, jeśli wszystko pójdzie dobrze, będę mogła oddać się swoim pasjom i patrzeć, jak dziewczynki rosną – mówi.
Dwa wymazy i do bazy
Ma też apel do wszystkich, którzy z jakiegoś powodu wahają się przed zarejestrowaniem się w bazie potencjalnych dawców szpiku. – Nie bójcie się! Każdy z was może uratować czyjeś życie. Proces oddania szpiku w większości wypadków wygląda jak oddanie krwi, z tą różnicę, że trwa nieco dłużej. Jeszcze raz zachęcam wszystkich – to nas nic nie kosztuje, a dla osoby chorej znaczy wszystko – podsumowuje Natalia.
Osoby, które chciałyby dołączyć do bazy potencjalnych dawców szpiku, mogą to zrobić na własna rękę. Wystarczy zamówić pakiet ze strony Fundacji DKMS, wypełnić formularz, pobrać wymaz z wewnętrznej strony policzka i odesłać go na adres fundacji. Więcej informacji na stronie www.dkms.pl.
Martyna Sokołowska


