Kiedyś szkoła była inna…

Fot. Pixabay

Mówią, że gdyby urodziły się kolejny raz, na pewno wybrałyby ten sam zawód. Miał swoje blaski i cienie, ale był ich miłością. Nauczycielki, które poświęciły kilkadziesiąt lat swojego życia, żeby wychować kolejne pokolenia opowiadają, jaka szkoła była za „ich” czasów, z czym musiały się zmierzyć, a także co nie podoba im się w dzisiejszej oświacie.

– Przed laty cieszył się ogromnym poważaniem. Gdy powiedział, że dziecko czegoś nie potrafi, nigdy nie usłyszał, „że się czepia”. Racja zawsze była po stronie nauczyciela, choćby nawet jej nie miał – opowiada Irena Gierłach, nauczycielka nauczania początkowego z 34-letnim stażem pracy. Szczególnie ważni byli dla społeczności wiejskich, ponieważ wprowadzali tam życie kulturalne. Nasza rozmówczyni też tak zaczynała. Był rok 1968, kiedy została kierownikiem niewielkiej szkoły pod lasem, z jedenaściorgiem dzieci. – Klasy były łączone, używano jeszcze lamp naftowych, więc przeszłam chrzest bojowy – uśmiecha się na to wspomnienie. Potem uczyła w innych placówkach, w końcu trafiła do SP nr 1 w Stalowej Woli, a w SP w nr 10 mianowano ją wicedyrektorem. Gdy wprowadzono gimnazja, trafiła do SP nr 7. Do dziś spotyka swoich podopiecznych. – Kiedyś idę ulicą. Naprzeciw mniej mężczyzna. Nagle zachodzi mi drogę. Myślę: „Co się dzieje?”, a on staje i pyta: „Pani Ireno, czy pani mnie poznaje?” Zastanawiam się i po chwili odpowiadam: „Tomek! Po oczach cię poznałam”. A nazwisko? – dopytuje. Na szczęście sobie przypomniałam. Byłoby mi głupio, gdybym nie pamiętała – wyznaje.

Lekcje na łące albo w parku

Podkreśla, że „za jej czasów” więź była inna. – Znało się każdego. Bardzo lubiłam imprezy w szkołach, Mikołajki, czy Dzień Dziecka. Schodziło się na nie pół wsi. Małe i duże dzieci, rodzice. Jakoś się wszyscy pomieścili – mówi ze śmiechem. – Teraz nie ma tak bliskiego kontaktu. Współczuję dzisiejszym nauczycielom, bo mają więcej pracy, co sprawia, że nie są w stanie poświęcić uczniom tyle czasu, co my. Dorośli też byli inni. Z każdym rozmawiałam twarzą w twarz. – Kiedy ogłosiłam: „Jedziemy na wycieczkę!”, wszyscy mogliby zostać opiekunami. Potrzebowałam na lekcję warzyw, zaraz słyszałam: „Ja przyniosę”. Narzekałam na brudne ściany w klasie, a rodzice odpowiadali: „Ja mam farbę”, „A my przyjdziemy, pomalujemy” – opowiada pani Irena. – Kiedy oddawaliśmy szkołę nr 10 i była niegotowa przed 1 września, rozpuściło się wici i rodzice przyszli na pomoc – skręcili ławki, zawiesili tablice, a w oknach powiesili firanki. Dziś to raczej nie do pomyślenia! – przyznaje.

A jak kształcono? – Bardziej praktycznie, stawiając na samodzielność dziecka – stwierdza pani Irena. – Kiedy była lekcja o ziołach, szliśmy na łąkę, gdy o drzewach – do parku, a jeśli o warzywach – na ogródki działkowe. Teraz brakuje na to czasu, bo wszystkich goni program nauczania – rozkłada ręce. W jej ocenie nie ma też ciągłości nauczania z danego przedmiotu. – Za mało jest godzin historii, geografii. Więcej powinno być plastyki oraz muzyki, bo te przedmioty rozwijają dzieci. Technika też nie jest taka, jak dawniej. A przecież wszystkiego nie da się kupić, pewnych rzeczy trzeba się nauczyć, choćby tego, jak przyszyć guzik – zauważa. I trudno nie przyznać racji. Tymczasem wiedza wtłaczana do głów młodych ludzi jest bardzo ogólna. – Powinniśmy poznać swój kraj. Oczywiście, trzeba wiedzieć, co się dzieje na świecie, ale przede wszystkim powinniśmy zaszczepić u dzieci patriotyzm – podkreśla.

Sama tęskni za zawodem, ale przyznaje, że niechętnie by do niego wróciła. – Dziś jest inaczej. Nie patrzy się na dobro dziecka. Co nowy minister, to wprowadza swoje zmiany, żeby zasłynąć, ale o tym, żeby np. przygotować odpowiednią bazę lokalową, bo dzieci uczą się od godz. 7.15, albo pracują na 3 zmiany, nikt nie myśli – oburza się.

– Gdy zapytałam wnuczki: „Do której szkoły wolałabyś chodzić?”, odpowiedziały: „Babciu, do tej, w której ty zaczynałaś!” Byłam zaskoczona, ale to powinno dać wszystkim do myślenia…

Zawód, który nigdy nie był łatwy

Pani Ewa (imię zmienione) ma za sobą 40 lat w pracy w przedszkolu. Receptą na jej sukces było odnalezienie drogi do serca dziecka. Z kolei największą trudnością – zbyt liczne grupy, złożone nawet z 40 dzieci. – O wszystkie trzeba było się zatroszczyć, zapewnić im bezpieczeństwo, co było naprawdę trudne. – Dziś grupy liczą do 25 osób. Z drugiej strony można zaobserwować taki paradoks, że nawet 4-latki potrafią obsłużyć komórkę czy komputer, ale poziom ich samodzielności nie jest adekwatny do wieku. Mają duży problem z jedzeniem posiłków czy załatwianiem potrzeb fizjologicznych – zwraca uwagę nauczycielka. – Trudno powiedzieć, co jest tego przyczyną – przyznaje.

Zdaniem pani Ewy jej zawód nigdy nie był łatwy, a do tego niedoceniany – zarówno przez rodziców, jak i rządzących. – Zawsze byliśmy słabo wynagradzani, a przecież wszystkim zależy na tym, by mieć coraz więcej młodych wykształconych ludzi. Myślę, że do szkoły przychodzą naprawdę osoby z powołania, które lubią dzieci, ponieważ nie jest to zawód atrakcyjny finansowo – nie ma złudzeń.

Belfrowie podkreślają, że strajk, który przetoczył się przez polskie szkoły był potrzebny, ponieważ oświata wymaga reform, zarówno w kwestii finansowania pracowników, jak i samych placówek. – Na pewno potrzebne są także zmiany programowe, ale tym powinni zająć się specjaliści. Nauczyciele z wieloletnim doświadczeniem na pewno mieliby wiele cennych wskazówek, w jaki sposób usprawnić system oświatowy – podkreśla pani Ewa. Co zmienić w przedszkolach? – Być może należałoby jeszcze zmniejszyć grupy, bo te 25 osób na jednego nauczyciela to wcale nie jest mało. Warto także popracować nad dostosowaniem programu do obecnych potrzeb, z którymi boryka się dziś świat.

W tym roku pożegnała się z przedszkolem. – Osiągnęłam wiek emerytalny i ze względu na swój stan zdrowia oraz obecną sytuację epidemiologiczną wolałam nie ryzykować – wyznaje. – Uwielbiałam swoją pracę. Bardzo kochałam dzieci. Na co dzień brakuje mi ich śmiechu, wspólnie spędzonego czasu, natomiast ten zawód wymaga nauczania niemal wszystkiego – od tańca, przez zabawy ruchowe, aż po ćwiczenia gimnastyczne, więc pedagog musi być sprawny, a po 40 latach może byćżnie – uśmiecha się.

Współczesna szkoła nie przygotowuje do życia

– „Zawód nauczyciela to najszczytniejsze zajęcie, jakiemu może oddać się człowiek” – tę myśl poety Stanisława Jachowicza dedykuję wszystkim nauczycielom. Sama zawsze tak uważałam – wyznaje Janina Szul, emerytowana nauczycielka języka polskiego w SP nr 3 i SP nr 4 w Tarnobrzegu. Spędziła w szkole 36 lat. 13 jako wicedyrektora, 15 pełniąc funkcję dyrektorki. – Kiedy przyszłam, od razu rzucono mnie na głęboką wodę. Dostałam wychowawstwa w dwóch klasach – najtrudniejszych – śmieje się. W każdej po ok. 30 uczniów. – Do dziś pamiętam spotkanie z nimi w 1974 r. Te ich oczka we mnie wpatrzone! Zobaczyłam w nich zaufanie, a jednocześnie wielkie oczekiwania. To mi dało siłę na cały okres pracy – wyznaje panina Janina.

W związku z rozwojem przemysłu siarkowego, w Tarnobrzegu było wielu przyjezdnych, stąd klasy stawały się mieszaniną uczniów z całej Polski i różnych rodzin, także trudnych. – Wtedy jeszcze nie mówiło się tak o dysfunkcjach, czy nauczycielach wspomagających. Sama byłam nauczycielem wspomagającym! – śmieje się pani Janina. – Na szczęście działała poradnia psychologiczno-pedagogiczna, w której były bardzo pomocne panie. To była dla mnie wielka szkoła, ale udało mi się wyprowadzić dzieci na ludzi, co umocniło mnie w przekonaniu, że nadaje się na nauczyciela.

Wymagała zarówno od siebie, jak i swoich podopiecznych. – Dziecko musi być traktowane poważnie. Jeżeli wie, że zostanie sprawdzone, to się stara. Gdy robiłam sprawdzian czy kartkówkę, zawsze je oddawałam, skomentowałam. To był obraz, tego czego nauczyłam – nie ma wątpliwości polonistka. – Bardzo rzadko stawiałam złe oceny. Robiłam również wszystko, aby uniknąć zostawienia ucznia w tej samej klasie.

Starała się prowadzić zajęcia tak, by uczniowie się nie nudzili i wytężali umysły do myślenia. Powód? Uczenie schematyczne, tylko dla testu, nie rozwija.

– Wydaje mi się, że nawet przy ostatniej reformie należało bardziej skupić się na treściach programowych. Czytałam ostatnio „21 lekcji na XXI wiek” Harari Yuval Noah. Autor pisze o tym, ze współczesna szkoła nie przygotowuje do życia, zagrożeń, jakie niesie współczesny świat – opowiada pani Szul. – Nie kształtujemy zaradności, wytrzymałości na stres, kreatywności. W dalszym ciągu nauczanie jest jednak encyklopedyczne.

To jednak nie do końca wyłącznie wina podstawy programowej. – Mówi się, że szkoła nauczycielem stoi. Niewątpliwie od niego bardzo dużo zależy – jaką stworzy atmosferę, czy rozbudzi pasje. Bardzo ważny jest więc program studiów nauczycielskich, przygotowanie przyszłych pedagogów do zawodu, tak by mieli umiejętności niezbędne do pracy – podkreśla pani Janina Szul. Nie bez znaczenia jest też charakter belfra. – Powinien być fachowcem, ale też dobrym człowiekiem, nigdy złośliwym, bo przecież kształtuje także osobowość dziecka. Jeżeli jest wrażliwe, może je zniszczyć – zauważa emerytowana dyrektorka. – Niestety, niektórzy krzykiem próbują sobie wyrobić autorytet. Podnoszeniem głosu nie podniesie się autorytetu.

Tymczasem młodzi ludzie są coraz bardziej wymagający. Mają dostęp do informacji z każdej dziedziny, ale to radykalnie zmienia pozycję nauczyciela. Dziś nie jest jedynym źródłem informacji, a i szybko można sprawdzić, czy się nie myli.

Co zdaniem byłej pani dyrektor powinno się zmienić w oświacie? – Należy wrócić do źródeł. Być bliżej siebie. Jan Paweł II mówił, że w wychowaniu chodzi o to, by człowiek coraz bardziej stawał się człowiekiem. Myślę, że w tej pogoni, fascynacji za technologiami zatraciliśmy bliskość, a ona jest potrzebna.

Żeby uczeń z chęcią biegł do szkoły

Podobnego zdania jest Krystyna Zaborowska. Mali podopieczni traktowali ją jak drugą mamę, która zawsze wysłuchała ich problemów, albo po prostu przytuliła. – Zaczynałam jeszcze w XX w., kiedy nauczyciel był autorytetem –śmieje się. Dziś mamy XXI w. i coś się odwróciło. Uczniowie mają prawa, a nauczyciele obowiązki – stwierdza kobieta, która poświęciła nauczaniu 30 lat. – Mam dwie specjalności – filologię rosyjską i nauczanie wczesnoszkolne. Od 1977 r. uczyłam w wiejskiej szkole języka rosyjskiego, ale też matematyki, geografii. Byłam panią od wszystkiego – śmieje się. 8 lat później przeniosła się do SP nr 10 w Stalowej Woli. – Dostałam klasę, która liczyła 42 uczniów, tyle ile dziennik pomieścił, ale byli zdyscyplinowani. Na technice czy plastyce wytłumaczyłam tylko, co mają robić, dzieci pracowały, a ja w tym czasie mogłam uzupełnić dziennik, sprawdzić zeszyt. Stosowałam odpowiednie zasady i jakoś sobie radziłam – wspomina.

Kiedy w 1999 r. nastąpiła reforma edukacji, pani Krystyna została przeniesiona do SP nr 7. – Myślę, że utworzenie gimnazjów spowodowało perturbacje. Po pierwsze, nie było przygotowanej bazy. Po drugie, dzieci stykały się z nowymi kolegami, nauczyciele też dopiero wszystkich poznawali i uważam, że te 3 lata to było na to za mało. Pod tym względem 8-letnia szkoła była lepsza – ocenia.

Z czasem do szkół wkroczyła nowa technologia. – Uczniowie stawali się coraz bardziej pobudzeni, „ekranowi”, mniej czytali, rzadziej zaglądali do książek, bo wszystko mieli w komputerze. To powodowało, że ich wiedza ubożała. Oczywiście, nowoczesne technologie są potrzebne, natomiast powinny być racjonalne wykorzystywane – przekonuje nauczycielka.

Niektórych zmian jednak nie pochwala. – W przypadku nauczania 1 – 3. np. wprowadzenia kart pracy, które są czymś, co uczeń machinalnie uzupełnia. Zdarza się, że nie umie tabliczki mnożenia, ale… wyjmie kalkulator i szybko sobie radzi – zauważa pani Krystyna. – Optowałabym za tradycyjnym modelem nauczania, gdzie wymaga się więcej myślenia, czytania, które rozwija słownictwo, a także pisania, co wiąże się z ćwiczeniem poprawności ortograficznej, czy choćby usprawnianiem ręki.

Największa bolączka belfrów? – Papierologia. Kiedy pracowałam, często mówiłam, że tyle tych papierów, że dzieciom tylko główki spod tych papierów wystają, a przecież one są najważniejsze – nie ma wątpliwości. Dowodem tego jest motto, którym kierowała się w pracy brzmiało: „Wyznacz dziecku rozsądne granice i pamiętaj, że pochwała oraz nagroda działa skuteczniej, niż kara”. – Nigdy nie wpisywałam uwag, nie wystawiałam jedynek, bo uważałam, że to o mnie świadczyło. Jeśli ktoś coś zbroił, nie obniżałam zachowania, za to bardzo dużo mówiłam. To skutkowało – zapewnia.

– Zawsze powtarzałam, że z jednej strony stoi rodzic, z drugiej ja, a w środku dziecko i ono jest najważniejsze. Trzeba zrobić wszystko, aby mogło się prawidłowo rozwijać, było zadowolone i z chęcią biegło do szkoły.

Wioletta Kruk

3 Responses to "Kiedyś szkoła była inna…"

Leave a Reply

Your email address will not be published.