
Różańcem wyrywa więźniów ze szponów demonów, przywraca im spokój duszy i nadzieję na życie poza murami.
Kiedyś byli uosobieniem zła i przez większość społeczeństwa tak są postrzegani. Jan Tul od zawsze widział w nich jednak ludzi i o ile potępia zło, którego się dopuścili, to ich samych nigdy nie przekreśla. Dziś, dzięki jego zaangażowaniu, wielu osadzonych w polskich więzieniach nie tylko uwolniło się od zła, które doprowadziło ich za kraty, ale i zaangażowało się walkę o kolegów, którzy znaleźli się na samym dnie.
Historia Jana Tula wydaje się tak nieprawdopodobna, że wiele osób może w nią nie uwierzyć. Skromny organista spod warszawskiego Sulejówka większość część swojego życia poświęcił nie muzyce, nie panu Bogu, ale więźniom osadzonym w dziesiątkach więzień rozsianych po całej Polsce. W swojej niezwykłej misji dotarł także na Podkarpacie.
Zbierał różańce od pątników
Jan Tul swoją nietuzinkową działalność rozpoczął od zbierania różańców na pielgrzymkach, ale to – jak mówi – było wszystko mało. Zebrał więc grupę ludzi, którzy zajmują się gromadzeniem plastikowych nakrętek po butelkach. Te z kolei przetapiane na paciorki i krzyżyki zyskują zupełnie nowe przeznaczenie. Tylko w ciągu 4 lat ok. 80 tys. różańców trafiło do zakładów karnych. Wraz z nimi zostaje ożywiona nadzieja na pojednanie więźniów z Bogiem, ludźmi i samymi sobą. Pan Jan towarzyszy osadzonym na drodze nawrócenia, przygotowując ich do chrztu, Pierwszej Komunii Świętej i bierzmowania. Wspomagają go byli więźniowie, którzy sami doświadczywszy bożego miłosierdzia, próbują otwierać na nie pozostałych osadzonych.
Nikt tak nie bluzgał jak on
– Byłem w dziesiątkach więzień. W wielu spotkałem ludzi kompletnie załamanych sytuacją, w której się znaleźli – mówi Jan Tul. – Bo pobyt w więzieniu nie sprzyja duchowemu rozwojowi.
Wzajemna nienawiść osadzonych, połączona z niechęcią do personelu więziennego, nie sprzyja ani budowaniu dobrych relacji z innymi, ani otwarciu się na Boga. I mimo, iż to właśnie kapelan pozostaje osobą, którą darzą szacunkiem, przyjęcie Chrystusowego pokoju, a zwłaszcza dzielenie się nim z innymi, dla wielu więźniów jest prawie nieosiągalne.
Społecznik doświadczył jednak za więziennymi murami nie tylko działania demonów, które targają sumieniami więźniów, ale i siły modlitwy.
– Byłem kiedyś u więźnia, który zachowywał się jak opętany. Przybyłem do niego z różańcem, a z jego ust płynął taki potok bluzgów pod adresem Boga, że jeszcze nigdy czegoś takiego nie słyszałem. Postanowiłem jednak, że się za niego pomodlę. Ja odmawiałem różaniec, a on szalał. Gdy został przywiązany, tak się wyrywał, że poranił sobie ręce. Ale nie ustępowałem. Modliłem się coraz gorliwiej i po trzech dniach, człowiek ten uwolnił się od mocy szatana. Uspokoił się, zaczął panować nad swoim ciałem i nawet nie pamiętał, co przez ostatnie godziny działo się obok niego. Walczyłem o niego, a Chrystus go uwolnił.
Połykał łyżki, szykował sznur
Wśród swojej wieloletniej posługi Jan Tul doświadczył wiele cudów, które zdarzyły się za więziennymi murami.
– Nie jest łatwo żyć za kratami. Wielu osadzonych nie może pogodzić się z karą, którą przyszło im odbyć, innym sumienie nie pozwala zaznać spokoju. Wielu próbuje targnąć się na swoje życie. Pamiętam więźnia, który próbował skończyć ze sobą kilka razy. Połykał łyżki i inne przedmioty. Gdy akurat przybyłem do tego więzienia z różańcami, próbował targnąć się na swoje życie po raz kolejny. Wszystko przygotował, stryczek, krzesło, wystarczyłoby, żeby je kopnął i byłoby po nim.
Gdy pracownik więzienia wszedł do celi desperat stał na krześle, a w ręce trzymał różaniec. Nie skoczył. Zaczął płakać.
O każdego trzeba walczyć
Dziesiątki tysięcy różańców, które trafiły już do polskich więzień dzięki założonej przez Jana Tula fundacji “Tulliano”, to jednak ciągle kropla w morzu potrzeb. Potrzebne są nie tylko nakrętki, które przetapiane są na paciorki i krzyżyki, ale i ręce do nawlekania ich na sznurki.
Są areszty, w których sami osadzeni przełamali wstyd przed kolegami i zamiast bez celu dreptać po spacerniaku, biorą do ręki nitki, igły i paciorki, i nawlekają z nich różańce. Nie jest ich jednak zbyt wielu i dlatego Jan Tul apeluje do osób samotnych, borykającymi się z chorobami, które dysponują czasem i chciałyby przyłączyć się do dzieła jego fundacji.
Duchową pomoc więźniom można także okazać przez duchową adopcję. Kapelani więzienni z całej Polski, którzy współpracują z fundacją “Tulliano” dostarczają do niej imiona więźniów, którzy proszą o modlitwę. Wyrazem włączenia się do duchowej adopcji jest przyjęcie obrazka m.in. Matki Boskiej Częstochowskiej z imieniem więźnia, za którego przystępujący do akcji podejmuje codzienną modlitwę. Obrazki takie są przekazywany przez fundację zainteresowanym i rozdawane na Jasnej Górze pątnikom oraz wiernym, którzy przybywają z pielgrzymką do Niepokalanowa.
Walczyć ze złem, a nie z ludźmi
Skalę dobra, która dzieje się dzięki ludziom takim jak Jan Tul trudno jest oszacować. Wydaje się jednak, że budowanie pokoju sprowadzane do walki z ludźmi, którzy ten pokój burzą, z chrześcijańskiego punktu widzenia jest nieporozumieniem. Sprzeciw wobec zła i niesprawiedliwości powinien być bowiem nie tyle wojną z człowiekiem, ale walką o człowieka, nawet o tego – a może zwłaszcza o tego – który się tej niesprawiedliwości dopuścił.
Małgorzata Rokoszewska



5 Responses to "Kiedyś zabijali, dziś robią różańce"