
Fot. Łowcy Burz, Autor, Paweł Pająk
Siedzimy w drewnianej altanie nad zalewem Czyste. Zaczyna padać. Wiatr przybiera na sile. Grzmi za każdym razem mocniej. To nie jest czas na rozmowę. To pora na łowy. Normalnie byliby już w samochodzie i tropili burzę, a potem podeszli do niej tak blisko, jak się da. – Jesteśmy uzależnieni od adrenaliny. Dzięki niej mamy odwagę wjechać w trudny teren, podejmować ryzyko – przyznają Piotrek i Mateusz, którzy prowadzą stronę Burze Podkarpacia.
– W końcu IMGW, Sieć Obserwatorów Burz, czy inni muszą skądś brać dane. My jesteśmy ich oczami w terenie – podkreśla Piotr Witek. – Nasze informacje są wykorzystywane do statystyk, ale i prognoz. Dzięki nim oraz danym o warunkach z określonego dnia można oszacować, jakie zjawisko wystąpi – dodaje Mateusz Koczera.
Mimowolnie zerkamy w górę. Słychać kolejny grom. Krótka cisza, a potem następuje potężne uderzenie. Piorun przecina niebo. – Uwaga doziemny! Około 4 – 5 km stąd – szacuje Piotr. Mateusz szeroko się uśmiecha. – My takie rzeczy kochamy – wyznaje. Instynkt łowcy nie daje o sobie zapomnieć.
– Co robicie, gdy np. siedzicie na weselu i słyszycie za oknem takie dźwięki? – pytam. Zazwyczaj już nie siedzimy na weselu, tylko na zewnątrz – śmieją się chłopaki. Na rodzinnych imprezach telefony mają zawsze pod ręką. Non stop monitorują sytuację na radarach burz. Podczas rozmowy ze mną też co rusz na nie zerkają. – Te niewielkie kropeczki oznaczają, że tam uderzył ładunek – wskazuje Piotrek. W naszej okolicy widać ich sporo…
Oko w oko z potęgą natury
Jeszcze 5 lat temu Piotrek nawet nie marzył o takiej popularności fanpage’a. – Założyłem stronę, na której miały pojawiać się wyłącznie zdjęcia czy ostrzeżenia, ale stopniowo to się zmieniało – wspomina inicjator grupy. Najpierw spotkałem Damiana Strzelca z Rokietnicy, który prowadził stronę Pogoda Jarosław Przemyśl. Zaczęliśmy współpracować. W 2020 r. dołączyli Mateusz z portalem podkarpacie24.pl i Marcin Szerląg z „Pogodowe Jasło i okolice”. Zasięgi fanpage’a rosły. Jednocześnie ekipa się powiększała. W tym roku jej szeregi zasilili: Damian Motyka, Kacper Gajecki, Paweł Biały i Karolina Flak. Dziś Burze Podkarpacia to osiem osób rozsianych praktycznie po całym województwie. W tym czterech aktywnych łowców. Ale uwaga! Jest wakat na stanowisku „pogodowego pasjonata” z okolic Lubaczowa. Ekipa chętnie przyjmie kogoś z tamtych terenów.
Warto dołączyć, bo jak chwalą się nasi rozmówcy, zaczęli współpracę z Siecią Obserwatorów Burz [ogólnopolska siatka osób, które na bieżąco informują o gwałtownych zjawiskach atmosferycznych]. – Otrzymaliśmy nadajnik w aplikacji Monitor Burz. W każdej chwili możemy go włączyć i transmitować na żywo. Jesteśmy pierwszą ekipą na Podkarpaciu, którą dzięki nadajnikowi może śledzić cała Polska – podkreślają.
Wielu uważa ich za szaleńców, którzy dla dobrego zdjęcia ryzykują własne życie. Co nimi kieruje? – Po pierwsze, pasja. Po drugie, potrzeba zdobycia danych, które są niezbędne do analiz. Potwierdzamy też zjawiska, jakie wystąpiły – tłumaczy Piotr. – Bo radar burz nie pokazuje tego, co widzimy w terenie – dodaje Mateusz.
Najpierw tropią… na mapie. – Wbrew pozorom, nie wygląda to tak, że patrzymy na nią i po chwili wszystko mamy. To godziny analiz. Każdy oblicza swoją wersję wydarzeń, porównujemy je i nazajutrz o godz. 9 publikujemy prognozę burzową na dany dzień – opowiada Piotrek. – Czasem pół nocy potrafimy analizować warunki, a z powodu aktualizacji o godz. 6 rano mamy praktycznie nowe dane – zauważa Mateusz.
Gdy oszacują szlak występowania danego zjawiska, pakują narzędzia do pomiaru wiatru, wilgotności, a także sprzęt do dokumentacji oraz telefony z pogodowymi aplikacjami, bez których nigdy się nie ruszają. Wsiadają do samochodów „pościgowych” i ruszają w teren. Gdy staną oko w oko z potęgą natury, ich zadaniem jest obserwacja, uwiecznienie burzy bądź trąby powietrznej, a przede wszystkim ostrzeganie mieszkańców o nadchodzącym niebezpieczeństwie.
– Najtrudniejsze jest działanie w nocy – nie mają wątpliwości nasi rozmówcy. – 24 czerwca jechałem z Sokołowa Małopolskiego w stronę Leżajska. Straciłem zasięg, a w efekcie nie widziałem skanów radarowych. W Górnie zauważyłem wyładowania międzychmurowe. Po ich intensywności mogłem stwierdzić już, że to superkomórka burzowa [najgroźniejszy typ chmur burzowych. Mogą powodować ulewne opady, grad wielkości piłeczki golfowej, porywiste wiatry, a czasami niszczycielskie tornada]. Po przejechaniu kolejnych kilometrów, rejestrowałem grad wielkości 3 – 5 cm – relacjonuje Piotrek. Droga była trudna, wiodła przez tereny leśne, których nie znał. – Jechałem w zasadzie na ślepo, a w konsekwencji znalazłem się praktycznie w samym rdzeniu gradowym. To był największy błąd, jaki mogłem popełnić – wyznaje. Ale jak mówi, wnioski zostały wyciągnięte. – Dziś wiemy, że każdy łowca musi mieć swojego dyżurnego „anioła stróża”, który w razie czego ma mieć dostęp do skanów z radaru i zapewni pomoc – mówi Mateusz. Wszystko po to, by trzymać się z dala od rdzenia opadowego, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie – To może być grad, albo nagły zrzut wody z mocnym wiatrem, który może być niszczycielski.
Zaczęło się od strachu
Bywa, że łowcy wcale nie muszą tropić burz. – W maju zawoziłem siostrę do Wysowej – Zdroju (woj. małopolskie). Gdy wracałem, w powiecie sanockim zauważyłem, co się szykuje. Budował się szelf [chmura pozioma, przypominająca kształtem klin]. Musiałem się zatrzymać. Znalazłem w okolicy miejsce do obserwacji. A chwilę potem miałem go dosłownie nad sobą. Uderzenie wiatru było tak duże, że trudno było ubrać bluzę, a nawet ustać na nogach. To adrenalina. Coś, co nas napędza – przyznaje Mateusz.
Skąd tak niecodzienne zajęcie? – Ze strachu. W dzieciństwie czułem paniczny lęk przed burzami – wyznaje Piotrek. I przechodzi do historii. – Któregoś dnia jechałem rowerem. Byłem już na szczycie niewielkiej górki, nad które biegną linie średniego napięcia, gdy spotkała mnie burza. Nie wiedziałem, jak się zachować, ale intuicyjnie odłożyłem rower dalej od siebie. Wyłączyłem komórkę, która wtedy bardzo ściągała pioruny. Skuliłem się i zasłoniłem głowę rękami. Dziś wiem, że nade mną przechodziła superkomórka burzowa, bo generowała spore gradziny i silny wiatr.
Przyznaje, że kiedy emocje opadły, przyszła ciekawość – w jaki sposób powstają opady, jak tworzy się burza i dlaczego nic mu się nie stało. Nie było Internetu, więc zaglądał do gazet. Kiedy znalazł interesujący artykuł, wycinał. Potem korzystał z książek, a w końcu – nowych technologii. – Jeżeli zrozumiesz to zjawisko, przestajesz się bać – stwierdza Piotr.
Z jego kolegą było podobnie. – Dziś jestem w stanie wjechać w burzę, ale gdy byłem mały potwornie się jej bałem. Kiedy w nocy za oknem słyszałem grzmoty, nie byłem w stanie zasnąć – mówi Mateusz. Później zacząłem oswajać lęk. Interesowałem się rozpoznawaniem chmur, a także tym, skąd biorą się piorun – wylicza.
Jeszcze zanim został łowcą, przekonał się, co znaczy siła uderzenia. – W okolicy mojego domu jest park, a w nim antena transmisyjna. Któregoś dnia uderzył w nią piorun. Zobaczyliśmy tylko błysk i od razu był potężny huk – wspomina chłopak. – Byłem w centrum burzy, choć nie zdawałem sobie z tego sprawy – śmieje się. Od tego momentu zaczęła się jego fascynacja siłami przyrody. – Jakieś 4 lata temu na dobre się w to wkręciłem. Analizowałem mnóstwo map i prognoz Sieci Obserwatorów Burz. Rok temu zobaczyłem, że prowadzą rekrutację. W ciągu godziny trzeba było odpowiedzieć na 10 pytań. Spróbowałem i po tygodniu zostałem przyjęty – opowiada. Kupił nawet książkę dla studentów „Geografia dla meteorologów” Alojzego Wosia. – Przeczytałem ją już trzy razy, a teraz szukam kolejnych. Mam w planach zdać maturę i iść na studia meteorologiczne, najlepiej we Wrocławiu – mówi uczeń 3. klasy technikum o profilu mechanik – programista obrabiarek CNC. – Czasem siedzę w szkole, obserwuję chmury i już wiem, że będzie burza. Mam wtedy ochotę wyjść, wiem jednak, że wykształcenie jest ważniejsze.
– Dzielimy nasz czas między pasję, naukę, pracę i życie prywatne, którego w sezonie burzowym praktycznie nie mamy – stwierdza Piotrek. On pracuje jako serwisant. – Zdarzało się, że po godz. 15 wyjeżdżałem z pracy, o 3 w nocy wracałem do domu i po 2 godzinach snu rozpoczynałem kolejny dzień.
Coś wisi w powietrzu
Często nie potrzeba nawet radaru. Wystarcza przeczucie, a sprawę ułatwia znajomość topografii. – Zajmuję się północą Podkarpacia. Dokładnie znam ten teren i wiem, jak może się zachować burza. Zwykle się nie mylę. Po tylu latach nie potrzebuję radaru, by ocenić dane zjawisko. Po intensywności wyładowań jestem w stanie wywnioskować, czy występuje superkomórka. Na przykład teraz mamy zwykłą komórkę burzową. Błyska się w pewnych odstępach – obserwuje Piotrek.
Mateusz odpowiada za południe regionu i też potrafi sporo przewidzieć. – Jeśli komórka burzowa nadciąga ze Słowacji, istnieje 80 proc. szans, że kiedy minie Bieszczady, nad Sanokiem się zintensyfikuje i przerodzi w superkomórkę. Potem przejdzie na północ regionu, lub skręci na Ukrainę.
W Bieszczady się nie zapuszczają, chyba, że turystycznie. – W tym roku byliśmy ze znajomymi na południu Połoniny Caryńskiej. Nie do końca byłem pewny, czy chcemy wejść na szczyt. Wokół były komórki burzowe, co prawda daleko, ale w górach sytuacja zmienia się bardzo szybko – nie ma złudzeń Mateusz. – Piorun naziemny potrafi uderzyć w odległości nawet 80 km, gdy niebo jest czyste. W górach mamy podwójne, jeśli nie potrójne szanse na porażenie. Na szczycie jesteśmy niczym „igiełka”, wystawiona do zbierania piorunów – kwituje drugi z rozmówców. – Szczególnie, kiedy wytworzymy napięcie krokowe. Dlatego trzeba pamiętać o zachowaniu odstępu między nogami i rękami – radzi.
A jak panowie komentują postępowanie osób, które bagatelizują ostrzeżenia służb i maszerują do góry? – Głupota – odpowiadają jednocześnie.
– Pod naszymi prognozami też często są komentarze: „U mnie nic się nie wydarzy. Nie macie racji”, albo „Na niebie nic nie widać”. W ubiegłym roku wydaliśmy ostrzeżenie 2. stopnia, a burze były na 1. Zwymyślano nas za to – wspomina Mateusz. – Ale czy nie lepiej ostrzec i się pomylić, niż mieć życie ludzi na sumieniu? – pyta Piotrek.
Łowcy podkreślają, że pochwał i dobrych słów jest jednak więcej. – Nastawienie ludzi zmieniło się po 2017 r., gdy w Borach Tucholskich doszło do wielkiej nawałnicy. IMGW nie wydało odpowiednio wcześniej ostrzeżeń, co doprowadziło do tragedii. Zginęły dwie harcerki. Od tego momentu ludzie zaczęli ufać łowcom czy półamatorskim portalom – zauważa Mateusz.
Nasi rozmówcy niemal codziennie otrzymują pytania: „Czy będzie burza?”. – Dziś na przykład kolega chciał wiedzieć, czy może opryskać ziemniaki. Kazałem mu odpuścić. Ale nie ustępował i pytał o dokładną godzinę opadów. Pomyliłem się o jakieś 20 min – mówi Piotrek.
Najwięcej próśb o prognozę dostają w wakacje. – Niekiedy ludzie radzą się, czy w weekend jechać nad Solinę. Pytają nawet z 2-tygodniowym wyprzedzeniem Wstępnie odpowiadamy, ale możemy to potwierdzić bliżej terminu, bo modele zmieniają się kilkunastokrotnie – wyjaśnia Mateusz. 7 dni wcześniej są w stanie wydać prawdopodobną prognozę. Na 2 – 3 dni mają więcej niż 70 proc. pewności. A już dzień przed uznają ją za pewną.
Podkarpaccy łowcy założyli specjalną grupę wyłącznie dla strażaków PSP i OSP z całego województwa. – Dostają od nas najświeższe informacje i ostrzeżenia. Wiadomo, jednostki nie mogą wyjechać bez potwierdzenia z centrali, ale wiedzą, kiedy powinni być przygotowani na wyjazd – tłumaczy Piotrek, który sam działa w OSP Podlesie. – Nie zawsze uczestniczyłem w akcji, ale jednostki w gminie zawsze mogły liczyć na moje dane.
Członkowie Burz Podkarpacia za najważniejszy cel uznają ostrzeganie przed niebezpieczeństwem, ale mają i prywatne sukcesy. – W ubiegłym roku udało mi się „złowić” burze mezoskalowe – przyznaje Piotrek. To jedno z najgroźniejszych zjawisk pogodowych – rozległa burza wielokomórkowa, tworząca się zazwyczaj z kilku, a nawet kilkunastu osobnych komórek burzowych. W praktyce – potężny wiatr, trzaskające pioruny, a także hektolitry zacinającego deszczu.
To nie zabawa
Trudne warunki nie odstraszają młodych, którzy starają naśladować łowców i jadą w teren dla jednego zdjęcia. – Kiedyś napisał do mnie chłopak, że idzie do niego komórka burzowa. Zapytałem, jak daleko jest od domu i czym tam dotarł. Przeszedł kilometr… na nogach, ze statywem w dłoni. Był na otwartej przestrzeni – relacjonuje Piotr. Sprawdził lokalizację chłopca. W jego stronę zbliżała się superkomórka burzowa. – Kazałem mu stamtąd uciekać. Nie wiem, gdzie byli jego rodzice – rozkłada ręce.
To nie był odosobniony przypadek. Kiedyś do łowców burz zgłosił się chłopak, który chciał do nich dołączyć. – Założył nawet własną stronę. Kłopot w tym, że robił wiele błędów w prognozie. Mając około 13 lat, ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Tylko jaką on posiadał wiedzę? – pyta Piotrek.
– Ostatnio na grupie dla strażaków znalazłem osobę, która nie ma nic wspólnego ze strażą. Twierdziła, że służy w PSP w Jaśle, ale po zdjęciu można wnioskować, że to 13-latek – ocenia Mateusz. – Apelujemy do rodziców, żeby pilnowali swoich dzieci – dodaje.
Panowie radzą, by, jeśli kogoś interesuje ta tematyka, zaczynał od książek.
– To nie jest zabawa. Wychodząc na „łowy”, możemy z nich nie wrócić – nie ma złudzeń Piotrek. – My ryzykujemy, lecz nikt poza nami nie musi. My wiemy, kiedy powinniśmy się zmywać z danego miejsca, albo na jaką odległość możemy podjechać. Nie kusimy losu dla dobrego filmu. Bezpieczeństwo jest najważniejsze – zapewnia Mateusz.
Wbrew pozorom, łowcy działają cały rok. Jesienią wydają ostrzeżenia przed silnym wiatrem. Zimą przed oblodzeniem albo intensywnymi opadami śniegu. – Niestety, nie ma tej adrenaliny i z niecierpliwością czekamy na kolejny sezon. Tego nie da się zastąpić czymś innym – przekonuje założyciel grupy. W ubiegłym sezonie złowił 33 burze – najwięcej w Polsce. Niewykluczone, że i w Europie. – Ale to nie liczba jest najważniejsza, ale ostrzeżenia przed niebezpieczeństwem oraz ich wiarygodność – zapewnia Piotrek. – Bo łowca burz nie tylko jeździ w pogoni za zjawiskami burzowymi, ale również wykorzystuje swoją wiedzę, by pomagać innym.
Wioletta Kruk



3 Responses to "Kim są łowcy burz"