Gdy po tzw. wyzwoleniu Sowieci wyświetlali propagandowe filmy w kinach objazdowych na rzeszowskich wsiach, ludzie uciekali ze strachu, gdyż myśleli, że z ekranów jadą na nich prawdziwe czołgi i nadlatują rzeczywiste samoloty bojowe. Dziś widzowie zasiadają w lotniczych fotelach, uzbrajają się w śmieszne okulary i udają się w filmową podróż do odległych galaktyk. W tych superodlotowych miejscach łatwo można zapomnieć, że kino to nie tylko technologia i konsumpcja wrażeń, ale coś więcej.
Pamiętam swoją pierwszą salę kinową. To był Młody Technik urządzony w sali gimnastycznej rzeszowskiego zespołu szkół budowlanych, w tzw. budowlance, w którym odbywały się niedzielne seanse dla młodych widzów. Jako chłopak chętnie zamieniałem twarde ławki kościelne na twarde krzesła w Młodym Techniku, nierzadko sam siedziałem na widowni, przez ciężkie kotary przebijało się światło, i oglądałem filmy o Indianach, z których najbardziej utkwił mi w pamięci „Powrót człowieka zwanego Koniem” Ivana Kerchnera z okrutną sceną inicjacji wojownika, jakiej był poddawany lord Morgan, tytułowy Koń.
W Goplanie na Staromieściu, kinie, do którego trzeba było przejść kawał miasta, obejrzałem m.in. „Dzień szakala”. To kino z braku widzów często bardziej przypominało grób niż ośrodek kultury. Lepiej miały się kina w centrum Rzeszowa. W Apollo z kultowym biurem kierownika kina za oknem nad kasą zawsze była pełna widownia i ścisk w niewielkim hallu. Z czarno-białych portretów patrzyły na rzeszowian gwiazdy filmowe, piękne kobiety i przystojni faceci o uśmiechach z nie tego świata. W Zorzy, pełniącej rolę głównego miejskiego kina, a nawet kino-teatru, można było obejrzeć takie hity, jak „Walka o ogień”, „Bitwa o Midway”, „Potop”, „Titanic” czy nawet krótko granego „Człowieka z żelazu”. A w maleńkim Iluzjonie Zjednoczenia Rozpowszechniania Filmowego przy al. Rejtana nie pamiętam już co oglądałem. Pamiętam tylko, że śmierdziało tam myszami.
Były też kina w wielu innych miastach, wspomnę tylko o niewielkim krakowskim Mikro, znanym ze świetnych cykli filmowych. To w nim zobaczyłem po raz pierwszy dzieło Terrenc’a Malicka „Niebiańskie dni”, z niesamowitymi obrazami łanów zbóż w kolorze rdzy. Do Mikro chodziło się w Krakowie tak jak do Starego Teatru – po sztukę, i często też brakowało biletów. I liczę, że klimat sztuki i czar dawnych wspomnień odnajdę w nowej kameralnej salce kina Zorza w Rzeszowie, która niebawem ma być otwarta. Bo kino to nie tylko technologia, pop corn i masa, to coś więcej…
Redaktor Piotr Samolewicz



5 Responses to "Kino to coś więcej"