
– Ile zajęła Ci metamorfoza z dziewczyny, która bała się pójść do sąsiada pożyczyć sól w odważną i pewną siebie kobietę?
– To była przemiana długodystansowa, bo zaczęła się, gdy postanowiłam zrobić prawo jazdy na ciężarówkę, a zakończyła po roku pracy. Myślę, że zajęła porządne 2 albo 3 lata. To był proces. Dosłownie po pół kroku do przodu.
– Wychowałaś się wśród silnych kobiet. Czy one miały wpływ na to, kim dziś jesteś?
– Zdecydowanie. Od dziecka miałam przykłady kobiet z ambicją, ciężko pracujących oraz pewnych siebie. Po pierwsze babci, którą pamiętam z wczesnych lat dzieciństwa. Opowiadała o zsyłce na Syberię, uczyła mnie i zostawała ze mną w domu, gdy mama była w pracy. A po drugie mamy, która ciężko pracowała, ale zawsze poświęcała nam czas. Niczego się nie bała, a nawet jeśli tak było, robiła swoje, próbowała.
– Jest jeszcze siostra. Była Twoim przeciwieństwem?
– Rzeczywiście. To ona zawsze była odważną buntowniczką, która szła w świat bez odrobiny strachu, a ja stałam za jej plecami. Z czasem to się odmieniło, bo dziś wiedzie spokojne życie. Za to ja powoli, cichutko, po swojemu zostałam nagle kierowcą TIR-ów (śmiech).
-A jak to jest być kobietą wśród żon swoich kolegów?
– Różnie. Obecnie jestem w bardzo zamkniętym środowisku. Znam wiele żon swoich kolegów. Widzimy się na imprezach firmowych, rozmawiamy, śmiejemy się. Jeśli ludzie się słabo znają, jest dużo domysłów. Na początku pracowałam w gigantycznej firmie i po czasie dowiedziałam się, że kierowca, który chciał wkurzyć żonę, opowiadał jej, czego on to ze mną nie robi, co oczywiście było nieprawdą. Ja go nawet nie kojarzyłam.
– Gdy przyuczałaś się do jazdy w podwójnej obsadzie, inni kierowcy żartowali „jaka żona puszcza kierowcę na kilka tygodni z kobietą”, a po wszystkim ona powiedziała, że każdemu należy dać szansę i jest dumna
z męża, że został wytypowany to „tak odpowiedzialnego zadania”.
– To jedna z pierwszych obcych kobiet w moim życiu, która pomogła mi w karierze, a przecież nie miała w tym żadnego interesu. Silna, pewna siebie, która pokazała klasę innym. Być może wyolbrzymiłam to nieco w książce, ale też o to mi chodziło, żeby dawała przykład innym kobietom. Trzeba promować takie mocne kobiety i to, jak można reagować. Z pewnością to, co zrobiła, było piękne! (śmiech). Zamknęła wszystkim buzie.
– Potem była pierwsza samotna trasa. Pamiętasz ją?
– Dokładnie nie. Na pewno była z bazy w Belgii do Bremen w Niemczech. Moje pierwsze samotne trasy to były „nocne wahadła”, dosyć powtarzalne. Jeden adres stały, a dookoła 2 lub 3 dodatkowe. To był przeogromny stres. Kiedy wjechałam do Holandii, gdzie są niskie wiadukty czy tunele na autostradach, cieszyłam się, że jadę w środku nocy i było kompletnie pusto, bo wydawało mi się, że się w nich nie mieszczę i zaraz te wszystkie wiszące lampy pościągam (śmiech). Zwalniałam, wychylałam się przez okno i sprawdzałam, czy nie ciągnę ich za sobą. Miałam jeszcze nawigację, która się psuła w najważniejszych momentach. To, co przeszłam w pierwszych miesiącach jazdy, to moje! Ale tak to jest, kiedy człowiek jeszcze nie ma doświadczenia, nie ma intuicji w korzystaniu z mapy czy technicznie nie potrafi jeździć. Pamiętam jeden z trudniejszych podjazdów pod rampę. Była zaraz przy murze. Obok samochody osobowe, kontenery na śmieci. Trzeba było dokładnie wcelować naczepą. Nie potrafiłam. Próbowałam 40 minut. W końcu mi się udało, ale było trochę krzywo. Wyszedł Niemiec. Taki stereotypowy, jak z filmu wojennego, w czerwonych okularach (śmiech). Powiedział: „Nie. To ma być równo.” No i kręciłam kierownicą kolejnych 15 minut, aż mnie ramiona bolały.
– Masz w sobie dużo pokory i szczerości. Czy faceci też przyznają się do błędów?
– Wszystko zależy od człowieka. Zawód kierowcy jest specyficzny, bo zrobienie uprawnień kosztuje od 10 do 15 tys. zł i już pracując, w zasadzie w ciągu 3 miesięcy można to odrobić, w związku z tym jest to praca, która może być odskocznią. Poznałam menedżera, który stwierdził, że potrzebował zmiany. Typowy człowiek „pod krawatem”. Zrobił prawko i zaczął jeździć. Są księża, którzy odeszli z zawodu, założyli rodziny. Wojskowi na emeryturze. Przekrój w świecie kierowców jest ogromy. Jest wiele osobowości, na różnym poziomie wykształcenia, kultury, intelektu, itd., więc trudno uogólniać. Na pewno bardziej doświadczeni kierowcy przyznają się do błędów i potrafią się z tego śmiać. W pracy na gabarytach też żartujemy, jeśli ktoś zawalił. Teraz jestem na zestawie, na którym zaczynałam jazdę na gabarytach i przypomniałam sobie swoje wpadki, kiedy gdzieś „nie weszłam”, ktoś mi pomagał. W tamtym momencie w ogóle o tym nie wspomniałam, a dziś czuję się już tak pewnie, że gdy coś mi się przydarzy, pokazuję to. Na pewno łatwiej przyznawać się do błędów, gdy ma się doświadczenie.
– Po 10 latach w zawodzie nadal słyszysz: „Baba za kierownicą?!
– Z pewnością w ciągu 10 lat za kierownicą, a do tego rocznej jazdy po lodowych szlakach w Kanadzie i polach naftowych zdobyłam doświadczenie. To też daje mi szacunek wśród młodszych kierowców. Od 6 lat pracuję w jednej firmie. To jest praca zespołowa i nie ma szans, żebym od swoich kolegów w firmie usłyszała coś takiego. Takie rzeczy można przeczytać w Internecie, ale osobiście nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio spotkałam się z takimi słowami. Na pewno młode dziewczyny, które zaczynają, muszą się z tym mierzyć.
– Na Twoim kanale YT można obejrzeć rozładunki i załadunki, czasem nawet przy minus 40 stopniach C. Wszystko musisz robić sama? Nie łatwiej poprosić o pomoc… mężczyzn?
– Po pierwsze, zabezpieczenie towaru i otworzenie naczepy jest w zakresie obowiązków kierowcy. Oczywiście, gdybym chciała, mogłabym udawać „sierotę” i różnymi sposobami załatwiłabym, żeby ktoś to za mnie zrobił, ale ja to po prostu lubię. Po za tym od samego początku pracowałam na to, żeby zdobyć szacunek wśród kierowców i być traktowana na równi z innymi. Musiałam robić to sama, by się przekonali, że niczego od nich nie oczekuję. Uważam za nieprofesjonalne szukanie kogoś, kto wykona za mnie pracę. Co innego, gdy się zaczyna i prosi o pomoc. Wtedy masz pewność, że tak ma być, ale kiedy już się trochę jeździ i przychodzi kierowca o dużo mniejszym doświadczeniu, to i tak musisz to później sprawdzić. Na gabarytach trzeba mieć charakter i każdy go ma. Każdy robi swoją robotę po swojemu. Pomagamy sobie, ale zawsze pytamy: „Jak chcesz mieć to zrobione? Jak przypiąć łańcuch?”. Bo ja robię u siebie tak, a kolega, który ładuje taki sam ładunek na taką samą naczepę zrobi to inaczej. Gdy szybko ładowaliśmy śmigła, przychodził kierowca, odpinał łańcuchy i zapinał po swojemu.
– Indywidualiści… Ty podobno w rodzinie jesteś nazywana „wysoko funkcjonującym introwertykiem”. To dlatego wybrałaś zawód kierowcy?
– Z pewnością ten zwód sprzyja mojej osobowości, ale to nie jest decydujący czynnik. Po prostu z czasem okazało się, że bardzo mi to odpowiada.
– Samotność może być niebezpieczna. Napastnicy potrafią wpuścić gaz do ciężarówki, uśpić kierowcę, okraść i jeszcze zrobić mu krzywdę. Nie bałaś się tego?
– Oczywiście, że się bałam. Zawsze gdy szłam spać, zakładałam dodatkowy zamek na drzwi, który działał na takiej zasadzie, że przykręcało się drzwi do kabiny od środa, więc nawet gdyby nawet ktoś wyłamał zamek, nie byłby w stanie ich otworzyć. Jeśli ktoś się uprze, może wybić szybę, ale żeby ktoś chciał to zrobić, musi wiedzieć, że jest tam coś, co go naprawdę interesuje. Dlatego, kiedy stawałam na noc w niebezpiecznych miejscach, starałam się nie pokazywać. Zakładałam kaptur, żeby nie było widać, że jestem kobietą. Czekałam do nocy, żeby pójść do toalety. Kiedy szłam przez parking i czułam, że ktoś zwraca na mnie uwagę, robiłam uniki, żeby nie było wiadomo, gdzie śpię. Udawałam, że idę do jednej ciężarówki, albo zachodziłam od innej strony. Nauczyłam się polegać na intuicji i to działało. Na gabarytach nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Wiadomo, że to noce są bardziej niebezpieczne, a ja wtedy jeżdżę, a w dzień śpię. Zapomniałam już, jak to jest iść spać i martwić się, czy jestem bezpieczna.
– A które kraje są najbardziej niebezpieczne?
– Z pewnością południowe – Hiszpania, Włochy południe Francja, Paryż, w ogóle wielkie aglomeracje. Niemcy są raczej bezpieczne, choć też zdarzają się rabunki towaru czy paliwa, ale na południu naprawdę trzeba się pilnować.
– Przed pandemią dużo mówiło się też o imigrantach, którzy chcieli przedostać się do innych krajów.
-To od wielu lat jest problem. Mąż mojej kuzynki opowiadał, że jeszcze ok. 2006 r. złapali go w Anglii z 5 „pasażerami” na naczepie, a on ruszył z najdalszego parkingu w Belgii – żeby dojechać w 4,5 godz. bez zatrzymywania się, więc musieli dużo wcześniej wsiąść do naczepy. Dokładnie sprawdzał linki celne i niczego nie zauważył. Okazało się, że przycięli linkę na dachu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że imigranci często mówią, że kierowcy biorą za to pieniądze. Robią im straszne problemy.
– Inne zagrożenie to senność. Jak to jest zasnąć za kierownicą?
– Czasami jest tak, że kierowca jedzie, wydaje mu się, że wszystko kontroluje, ale tak naprawdę w sytuacjach awaryjnych nie reaguje. Jest też tak, że głowa dosłownie opada. Człowiek ją podnosi, ale nie jest w stanie utrzymać. W takiej sytuacji próbuje coś z tym robić- słuchać głośnej muzyki, śpiewać – i dojechać do najbliższego parkingu. Najgorsze jest zasypianie, gdy wydaje ci się, że wszystko masz pod kontrolą, a tak nie jest. Nauczyłam się już, jak funkcjonować, by nie doprowadzać do takich sytuacji. Dla mnie najważniejszy nie jest wypoczynek czy sen – bo nie zawsze są możliwe – ale odpowiednie żywienie, które nie jest ciężkie i tłuste. Można być zmordowanym, ale jeśli jest się dobrze odżywionym, dociera się do celu.
– W czasie pandemii doceniono transport, ale kierowców już nie…
– To nie było nic nowego. Zostało tylko wyostrzone. Przecież my, kierowcy wiemy, co wozimy i co by się stało, gdybyśmy przestali jeździć. Inni przekonali się o tym w czasie pandemii. Okazało się, że szczególnych rezerw nie mają ani stacje benzynowe, ani szpitale, ani supermarkety. Nikt nie oczekiwał, że staniemy się bohaterami ratującymi ludzkość. Chodziło o to, żeby stworzyć ludzkie warunki do pracy. A wyszło jak zwykle – z kierowcą nie trzeba się liczyć, bo przyjedzie, pomarudzi i pojedzie. Zamknięcie toalet i pryszniców było dla nas policzkiem. Tak, jakby ktoś powiedział: „Wykonujcie swoją pracę, bo nie mamy co jeść, a tak poza tym to mamy was w dupie”.
– Mocne słowa…
– Często ludzie tego nie rozumieją. Powiedzą: „Ja też jadę z pracy i nie mogę skorzystać z toalety na stacji benzynowej”. Dobrze, ale kiedy ktoś jedzie w delegację, przyjeżdża do hotelu i ma tam wszystko. Kierowca jedzie w 2- lub 3- tygodniową trasę, budzi się rano, chce skorzystać z łazienki i nie może… Jeszcze jeśli chce się wysikać, zrobi to gdzieś szybko, gorzej z inną potrzebą. Jakie to upokarzające, że musi chodzić po stacji i szukać krzaków, gdzie może się załatwić! I tak każdego dnia. A przecież jest bohaterem! Ale odbiera mu się dostęp do toalety, bo może przywieźć wirusa. To nic, że zatankuje na stacji tysiąc litrów paliwa za 5 tys. zł. Nie można dla niego zdezynfekować toalety ani prysznica. Jednocześnie kierowca ma zawsze przyjeżdżać uśmiechnięty, wypoczęty, ogolony, pachnący. Czasem sobie marzę, żeby w jakiejś firmie produkcyjnej zrobić taki eksperyment – pod pozorem awarii pozamykać od rana do wieczora toalety, żeby ci pracownicy biurowi, menedżerowie i inni nie mieli dostępu to łazienki przez cały dzień i zobaczyć, co by się stało. Piekło, inspekcja pracy, kamery TVN i wielkie zamieszanie.
– Zrobiliby protest i powiedzieliby, że nie będą pracować.
– Tak! Bo nie mają warunków. A kierowcy całe życie tak pracują i muszą prosić o skorzystanie z toalety.
– W takiej pracy jest miejsce na kobiecość?
– Absolutnie tak. Europejskie ciężarówki są małe, ale ergonomiczne. Jest tu miejsce na wszystko. Zależy też, co się rozumie przez kobiecość. Jeśli np. gotowanie, to kierowcy sobie gotują. Ja też. Jeżeli makijaż i robienie paznokci, to jest czas i miejsce, żeby zrobić sobie fryzurę, pomalować się itd. Jeżeli przez kobiecość rozumie się strojenie się, u mnie nie byłoby na to szans, bo pracuję z łańcuchami. Zawsze mam kask ochronny i ubranie, które chroni moje ciało. Ale gdybym jeździła na chłodni i musiałabym pójść do biura się zameldować, a potem tylko kontrolować, jak inni ładują, to jak najbardziej mogłabym założyć spódnicę czy sukienkę. Muszę tylko mieć buty ochronne i kamizelkę odblaskową. Jest na to miejsce, tylko trzeba mieć taką potrzebę.
– A Ty masz?
– Kiedy byłam nastolatką, uwielbiałam się stroić. Moi rodzice nie mieli za dużo pieniędzy w tamtym czasie, a ja lubiłam niestandardowe rzeczy, więc sama zaczęłam szyć. Przez kilka lat projektowałam i szyłam swoje ubrania. Kiedy zaczęłam jeździć, odpuściłam sobie sukienki. Uznałam, że są nie na miejscu, do tego zbyt prowokacyjne. Teraz mam już inne podejście. Ale prawda jest też taka, że podczas pierwszego wejścia do magazynu wstydziłam się chodzić w takich butach i szmacianej kamizelce odblaskowej. Wtedy wymyśliłam, że zaprojektuję sobie własną o kroju sukienki. Zrobiłam to dopiero teraz, bo przez lata uważałam, że nie wypada. Poza tym jest tyle dziewczyn, które jeżdżą na chłodniach czy kontenerach, fizycznie nie pracują, a też się wstydzą chodzić w takich kamizelkach, więc może wyprodukuję je na większą skalę, żeby inne dziewczyny też mogły skorzystać.
– Gdy w jednym z odcinków na twoim wideoblogu wybierasz zestaw odzieży roboczej na trasę po Kanadzie, w oczach masz autentyczny zachwyt!
– W pierwszej firmie, w której pracowałam dawano tanie, kiepsko skonstruowane ubrania robocze. Tam, gdzie nie powinny, były za ciasne albo za szerokie. Nie dało się w tym pracować. Robiłam więc załadunki w prywatnych rzeczach. Kiedy zaczęłam jeździć na gabarytach, dostałam zestawy niemieckich ubrań. Są bardzo drogie, ale genialnie skonstruowane. Mają tyle różnych cięć i wstawek materiałów, że się w nich po prostu zakochałam. W Kanadzie, gdzie są pola naftowe, dużo wymagającej pracy, jest wiele różnych marek produkujących odzież BHP. Dla mnie to było cudowne, oglądać tyle przeróżnych ubrań specjalistycznych, tyle odpowiedzi na różne potrzeby!
– Jeździłaś po polach naftowych i lodowych szlakach w Kanadzie. Napisałaś książkę, założyłaś kanał na YouTube, a ostatnio wypuściłaś własną markę. Masz jeszcze jakieś niespełnione marzenie?
– Dużo mówi się o tym, jak zrealizować życiowe pragnienia. A gdy to się wydarzy, człowiek nie wie, co ze sobą zrobić. Ameryka była dla mnie wielkim marzeniem, do którego przez lata dojrzewałam, ale po powrocie przez kilka miesięcy miałam poczucie pustki. Nie spodziewałam się tego. Pomyślałam: „I co teraz?”. Wróciłam na gabaryty, bo to jest coś, co bardzo lubię. W moim przypadku jednak wielkie marzenia przychodzą mi do głowy na bieżąco. Teraz chciałabym przejechać Syberię ciężarówką.
– Podobno masz całe notesy wypełnione pomysłami. Co byś dziś napisała 18-letniej Iwonie?
– Bądź sobą. Wierz w siebie. Nie pozwól, żeby inni cię stłamsili i podcinali ci skrzydła. Nie daj sobie wmówić, że nie jesteś w stanie osiągnąć tego, czego chcesz i czujesz, że ci się uda. No i otaczaj się odpowiednimi osobami. Nie trać czasu na negatywnych ludzi, którzy więcej ci zabierają niż dają.
Rozmawiała Wioletta Kruk



2 Responses to "Kobieta za kierownicą tira"