Kogo boją się rządzący?

Kiedy na przełomie roku 78 i 79 zeszłego wieku w Polsce napadało dużo śniegu i złapał kilkunastostopniowy mróz, ówczesne nasze państwo, czyli PRL, całkowicie oblało ten egzamin z zimy stulecia. Ludzie śmiali się, że śnieg i mróz skutecznie sparaliżowały owo państwo, rzekomo tak prężne i mocne niemal w każdej dziedzinie od przemysłu, po transport. Ukuł się wówczas dowcip nawiązujący do ówczesnego straszenia Polaków imperialistycznymi Niemcami zachodnimi i ich armią brzmiący: „Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery”. No i była to prawda poniekąd. PRL „poległ” na froncie klimatycznym w starciu ze śniegiem i mrozem i całkiem bez udziału obcych sił. Warto tu też przypomnieć, że w tamtym czasie np. wojewoda gdański wprowadził stan klęski żywiołowej z racji klimatu, który wyjątkowo wtedy ludziom nie sprzyjał. No, ale to dawne czasy, niemal zapomniane, a dla niektórych – tych młodych – równie odległe, jak bitwa pod Grunwaldem. Współcześnie tośmy się raczej spodziewali wprowadzenia przez rząd stanu wyjątkowego z racji pandemii koronawirusa. Rzecz jasna wtedy, gdy ów „szalał” i trzeba było zamrozić naszą gospodarkę i zamknąć ludzi w domach. Była to sytuacja absolutnie wyjątkowa, a zagrożenie z racji pandemii było bardzo realne i nie do opanowania przez służby państwa. Dlatego wówczas eksperci od Konstytucji uważali, że rząd powinien ogłosić stan klęski żywiołowej spowodowanej pandemią. Ale rząd nie chciał… Naiwni okazaliby się ci, którzy pomyśleliby teraz, że rząd z tej możliwości nie skorzystał, bo nie chciał Polakom, przerażonym szalejącym koronawirusem i widmem utraty środków do życia, fundować jeszcze ograniczenia informacji i wojska na ulicach. Rząd po prostu stanu klęski żywiołowej nie wprowadzał, bo po jego zakończeniu ludzie mogliby starać się o gigantycznie odszkodowania z racji utraty pracy, biznesu czy zysku. A tak to nie mogą – proste. Ale jednak nasze czasy najwyraźniej bez stanu wyjątkowego obyć się nie mogą i rząd wpadł na pomysł, by takowy stan wprowadzić… teraz. Powodem jest „sytuacja na granicy z Białorusią”. No właśnie – jaka tam jest sytuacja? Otóż taka, że na tej granicy od kilku tygodni koczują ludzie, najprawdopodobniej uchodźcy z Afganistanu. Najprawdopodobniej, bo nie wiadomo w sumie, skąd są, gdyż nasze służby graniczne, wbrew międzynarodowym traktatom, nie przyjmują od nich wniosków o azyl. Ludzie ci są głodni, zmarznięci, zmęczeni i brudni – jest ich około 30, w tym kobiety. Nasze państwo za pomocą reżimowych mediów przekonuje Polaków, że to są bliżej nieokreśleni bogacze z Iraku, a może i terroryści, na pewno natomiast narzędzia w ręku Łukaszenki. Propaganda jest taka, że jeśli ich wpuścimy do Polski, to przyjdą za nimi miliony, jeśli nie miliardy (!) innych i wprowadzą u nas islam. Biorąc pod uwagę poziom intelektualny odbiorców tego przekazu, nic dziwnego, że naprawdę w to wierzą. Cieszą się zatem, że koczujący na granicy są głodni, a niektórzy też chorzy, z tego, że piją brudną wodę z rzeki, a nasze służby nie dopuszczają do nich wolontariuszy z pomocą humanitarną ani lekarza. Ale poza tymi odbiorcami reżimowych mediów i propagandy rządu są jeszcze normalni Polacy i wolne media. Te ostatnie relacjonują przebieg tej kuriozalnej sytuacji, opozycyjni politycy startują z interwencjami poselskimi, a zwyczajni ludzie chcą po prostu pomóc innym ludziom zza płotu. Nie pomaga straszenie Łukaszenką ani islamem, więc ekipa rządząca znalazła inny sposób: wprowadzi się stan wyjątkowy w tamtym terenie i – dla pewności – jeszcze w szerokim promieniu i nikt tam nie będzie jeździł, łaził i krzyczał, próbując się porozumieć z koczującymi. Będzie wreszcie spokój, nasze dzielne służby sobie odpoczną, a sprawa przycichnie. – Dla rządu problematyczne są media, interwencje posłów, organizacji pozarządowych, pomocy humanitarnej, samorządu adwokackiego. To jest ten problem, z którym borykają się rządzący – zauważył w wywiadzie dla OKO.Press Michał Wawrykiewicz, adwokat i współzałożyciel inicjatywy Wolne Sądy. I to jest bardzo trafne spostrzeżenie. Wmawianie ludziom, że 30 uchodźców stanowi zagrożenie dla polskiego porządku prawnego czy suwerenności to zwyczajnie kpina z obywateli i – czego rządzący nie dostrzegają – z samych siebie… Można by sparafrazować teraz wspomniany dowcip o zimie stulecia i powiedzieć: „Nie straszne nam żadne ataki, lecz straszni uchodźcy – biedaki”. Czy to państwo jest jeszcze z kartonu, czy już i karton – jak to mówią – szlag trafił?

Redaktor Monika Kamińska

45 Responses to "Kogo boją się rządzący?"

Leave a Reply

Your email address will not be published.