
RZESZÓW. Czy władze miasta znajdą odpowiedzialnych za zaniedbania?
Jesienią ubiegłego roku na stadionie miejskim w Rzeszowie przy ul. Hetmańskiej oddano do użytku dwa nowoczesne boiska treningowe. Kiedy stoi się w tylnej części nowej trybuny i spogląda w dół, boiska wyglądają ładnie i zachęcająco. Niestety, tylko wyglądają. Jak się im dokładnie przyjrzeć, to widać całą masę niedoróbek. Słychać nawet opinie, że musiał je budować jakiś kretyn!
Po pierwsze, nie wiadomo, dlaczego, żeby wejść na płytę ze sztuczną nawierzchnią trzeba pokonać dobre 200 metrów, chociaż boisko znajduje się tuż przy budynku klubowym. Ale od budynku klubowego odgradza je solidne ogrodzenie. Dlaczego w nim nie zrobiono wejścia na boisko? Nie wiadomo. Po drugie, na boisku ze sztuczną nawierzchnią brakuje specjalnego granulatu, co powoduje, że owa sztuczna nawierzchnia ulega szybkiemu zniszczeniu, a poza tym jest strasznie twarda, a to dla piłkarzy jest bardzo kontuzjogenne. Nieoficjalnie mówi się, że ktoś ten granulat po prostu ukradł, wzbogacając się o 70 tysięcy złotych.
Nie wiadomo czy to prawda, bo organa ścigania dopiero będą to sprawdzać – fakt pozostaje faktem, że granulatu na boisku nie ma! No i w dodatku chociaż wydawać by się mogło, że boisko ze sztuczną nawierzchnią powinno być gładkie jak stół, to tak nie jest. Są na nim „góry i doliny”. W tych drugich zbiera się woda i, co gorsza, stoi, co może świadczyć o źle wykonanym drenażu. Jeżeli chodzi o drugie boisko treningowe, to z nawierzchnią naturalną, czyli murawą, to również jest to swoiste kuriozum. Otóż żeby na nie wejść trzeba przejść przez… boisko pierwsze. Ale to nie jest najśmieszniejsze – ubaw po pachy będzie dopiero wtedy, kiedy trzeba będzie skosić trawę. Już widzę traktor jadący po boisku ze sztuczną nawierzchnią… A może sztuczną nawierzchnię też będą kosić?
Jakby tego wszystkiego było mało – wykonawca albo projektant chcieli zaoszczędzić na tzw. chwytaczach czy jak kto woli łapaczach czyli wysokich ogrodzeniach, dzięki którym piłka nie powinna wylatywać poza boisko. No właśnie nie powinna, ale wylatuje. A wylatuje dlatego, że tych „chwytaczy” po prostu brakuje. Co więcej, brakuje ich od strony Wisłoka, a że rzeka płynie dosyć blisko boisk, to od jesieni z jej nurtem popłynęło już co najmniej kilkanaście piłek.
***
Kto za to wszystko ponosi winę? Wszystko wskazuje na to, że zleceniodawca, który po prostu nie powinien takiej fuszerki odebrać. Nie ulega wątpliwości, ze gdyby owym zleceniodawcą była osoba prywatna, to do takiej sytuacji by nie doszło. No ale skoro właścicielem stadionu jest miasto, to… przecież nikt z jego władz finansowo za to nie odpowiada. A skoro tak, to nie ma problemu. Jakie to proste, prawda?
Krzysztof Propolski



9 Responses to "Kolejna fuszerka na stadionie miejskim"