
Przedstawiamy urzędniczy absurd, jakiego nie wymyśliliby nawet najlepsi satyrycy.
„Najgorliwszy komendant straży miejskiej w Polsce” – takim ironicznym tytułem dziennikarze ochrzcili Jarosława Szwila – komendanta straży miejskiej w Czersku (woj. pomorskie), który nałożył mandat na właściciela auta… przewożonego lawetą. Wydawałoby się to tak absurdalne i nieprawdopodobne, że aż niemożliwe, ale w naszym kraju urzędnicy państwowi są, jak widać, zdolni do wszystkiego.
Sprawa, którą zajęli się dziennikarze TVN24, rozpoczęła się na początku czerwca, kiedy to Piotr Daniluk dostał zdjęcie z fotoradaru straży miejskiej w Czersku i żądanie wskazania kierowcy swojego samochodu. Zdaniem strażników, przekroczył on dozwoloną prędkość, mimo iż w rzeczywistości prędkość – dokładnie o 23 km/h – przekroczyła laweta, na której zepsuty samochód pana Piotra był tylko przewożony.
Dlaczego zatem straż przyczepiła się do Bogu ducha winnego obywatela? Najprawdopodobniej dlatego, że laweta nie była zarejestrowana w Polsce i miała zagraniczną rejestrację, co znacznie utrudnia egzekucję kary za wykroczenie. Pan Piotr, chcąc wyjaśnić nieporozumienie, skontaktował się ze strażą miejską, ale od komendanta Szwila usłyszał, że jeśli nie wskaże kierowcy lub użytkownika pojazdu, to sprawa przeciwko niemu trafi do sądu. Grozi za to grzywna do 5 tys. zł.
Komendant niemedialny
Do komendanta dotarli dziennikarze TVN24, ale ten nie był zbyt rozmowny. Na początku próbował tłumaczyć się brakiem upoważnienia do wypowiadania się w tej sprawie od burmistrza Czerska, Marka Jankowskiego, na co burmistrz stwierdził, że… przeszkód do rozmowy nie widzi. To jednak nie pomogło. – Dziękuję, nie będę udzielał odpowiedzi. Ja jestem na szkoleniu i proszę mi nie przeszkadzać – mówił uciekając przed kamerą komendant Szwil, mimo iż dziennikarz rozmawiał z nim w przerwie, a nie w trakcie zajęć.
Burmistrz Czerska natychmiast poprosił komendanta o przygotowanie wyjaśnienia całej sprawy, która stawiała całe miasto w niezbyt pozytywnym świetle, a na dodatek nabrała dużego rozgłosu. – Co prawda intencje z pewnością były takie, żeby wskazać kierowcę lawety, a nie samochodu będącego na lawecie, ale nie ukrywam, że z pisma wynika wprost, że chodzi o kierującego pojazdem o numerze, jakie ma audi na lawecie – mówił Jankowski. – Pan Komendant wykazał chyba nadgorliwość albo z nerwów popełnił błędy, które są oczywiste. Moim zdaniem, komendant powinien przestrzegać przepisów, egzekwować je, ale w sposób przyjazny dla mieszkańców – tłumaczył się za swojego podwładnego burmistrz.
Miarka się przebrała
Trzystronicowe tłumaczenia komendanta nie przekonały jednak burmistrza. Jarosław Szwil został odwołany ze skutkiem natychmiastowym, a dokładnie 2 lipca. – To był raczej opis sytuacji, który mnie nie przekonał, dlatego podjąłem decyzję o odwołaniu komendanta – mówił dla TVN Jankowski. Co ciekawe, w piśmie, które otrzymał od komendanta, nie było nawet „próby przeprosin”. Burmistrz przyznał też, że było już wiele skarg mieszkańców Czerska na straż miejską. – To zdarzenie było takim
przypieczętowaniem takiego złego nastawienia i tendencyjnego działania – tłumaczył Jankowski.
Odwołany komendant nie może pogodzić się z utratą pracy i zapowiedział odwołanie się do sądu pracy. – Dziwi mnie bardzo (ta decyzja – red.) – mówi Szwil. – Przez te 5 lat od kiedy tu pracuję, włożyłem w tę pracę dużo nerwów i sił. Starałem się wykonywać obowiązki jak najlepiej, ale burmistrz jest takim włodarzem, że nigdy nie stanął w obronie komendanta straż, tylko zawsze stawał przeciwko mnie – dodaje. Patrząc jednak na sprawę mandatu wystawionego właścicielowi auta, które przewożone było na lawecie, trudno dziwić się, że burmistrz Czerska podjął taką, a nie inną decyzję.
***
Przedstawiona sprawa zakrawa na absurd, jakiego nie wymyśliliby nawet najlepsi satyrycy. Warto zwrócić uwagę na prymitywną postawę komendanta straży miejskiej, który nie zamierzał się tłumaczyć dziennikarzom ze swojej absurdalnej decyzji. Najwyraźniej ma on typowy łańcuch DNA polskiego urzędnika, który nie boi się utraty stanowiska, bo wie, że przełożony zawsze będzie go chronił. Sądząc po niektórych decyzjach urzędników, ich poziom umysłowy pozostawia wiele do życzenia. W firmie prywatnej pracownik popełniający fundamentalne, kompromitujące błędy, wyleciałby na zbity pysk, ale na publicznej posadzie wciąż może liczyć na pełną pensję.
W tym przypadku było jednak inaczej. Burmistrz miasta miał odwagę zdymisjonować swojego skompromitowanego podwładnego, a to w Polsce niestety rzadkość. Wystarczy spojrzeć choćby na premiera Donalda Tuska, który nie zdymisjonował swojego ministra, mimo iż ten o jednym z polskich przedsiębiorców powiedział: „Może trzeba mu powiedzieć, jak można go bardziej okraść” (chodzi o Zbigniewa Jakubasa, któremu skarbówka blokuje zwrot VAT).
Tusk broni swoich ludzi bez względu na wszystko, odwracając uwagę opinii publicznej od tego, że trzeba ścigać tych, którzy podsłuchiwali, a zostawić w spokoju skompromitowanych ministrów i szefa NBP. To tak jakby burmistrz Czerska zamiast odwołać winnego całego zamieszania komendanta, chciał ścigać tego, kto zrobił zdjęcie lub tego, kto naklejał znak na liście do ukaranego niesłusznym mandatem!
Do burmistrza Czerska wysłaliśmy pytania m.in. o zarobki byłego już komendanta straży miejskiej. Jak dotąd odpowiedzi nie uzyskaliśmy. Podejrzewamy jednak, że nie była to najniższa, ani nawet średnia krajowa. I to jest kolejny problem – zarobki urzędników są zbyt wysokie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż ich odpowiedzialność za popełnione błędy jest tylko teoretyczna. W prywatnych firmach pracownicy mają zdecydowanie więcej pracy, a co za tym idzie, więcej odpowiedzialności. Tymczasem według oficjalnych statystyk zarabiają mniej niż państwowi urzędnicy! Przedstawiona historia z Czerska jest kolejnym dowodem, iż powinno się to jak najszybciej zmienić…
Michał Kowalski



9 Responses to "Komendant wystawił mandat właścicielowi auta, które było… przewożone na lawecie"