
1944 – 1956 – najczarniejsze lata w historii rzeszowskiego zamku.
W centrum Rzeszowa stoi okazały zamek Lubomirskich. Świadczy o świetności dawnych właścicieli miasta i grodu, kryje też mroczne tajemnice. Przez wiele lat rzeszowski zamek był bowiem miejscem komunistycznych kaźni.
Sama bryła zamku jest mało ciekawa. Wrażenie robią tylko wieża bramna wzorowana na wieży Zamku Królewskiego w Warszawie i olbrzymie mury. Za tymi murami od 1812 roku funkcjonowało więzienie. Założyli je Austriacy. Dzisiejszy kształt obiekt otrzymał podczas wielkiej przebudowy dokonanej przez Austriaków w 1902 roku. Więzienie istniało tu aż do 1981 roku.
Podczas II wojny światowej w zamku byli więzieni polscy patrioci. Ten tragiczny rozdział nie skończył się jednak wraz z przyjściem Armii Czerwoni. Odwrotnie, tuż po wkroczeniu Sowietów do Rzeszowa 2 sierpnia 1944 roku zamek stał się groźnym elementem nowego terroru – tym razem komunistycznego. W latach 1944 – 1956 na zamku życie straciło w wyniku wykonanych wyroków śmierci, chorób i obrażeń zadanych w śledztwie przynajmniej 414 osób. Ponad jedna trzecia zamordowanych i zmarłych więziona była za działalność na rzecz niepodległości Polski. W pierwszych powojennych latach głównymi więźniami byli żołnierze polskiego podziemia z powiatu rzeszowskiego, mniejszą grupę stanowili volkstdeutche. Później na zamku coraz więcej było osadzanych upowców.
Aresztowania pierwszej grupy akowców Sowieci dokonali już we wrześniu 1944 roku. Aresztowani trafili na zamek. Aby ratować swych kolegów, żołnierze AK podjęli wieczorem 7 października 1944 r. próbę uwolnienia więźniów. Dowodzona przez kpt. Łukasza Cieplińskiego akcja zakończyła się, niestety, niepowodzeniem.
W lesie głogowskim
Na zamku funkcjonował trybunał wojenny I Frontu Ukraińskiego. Wydawał wyroki śmierci lub zsyłki za przynależność do Armii Krajowej. śród skazanych i straconych przez Sowietów w pierwszym okresie był m.in. Władysław Skubisz z Krasnego, członek grupy egzekucyjnej na rzeszowskich gestapowców Flaschkego i Potebauma, żołnierz odznaczony orderem Virtuti Militari. Skubisz został stracony 21 X 44 roku albo w zamku, albo w lesie głogowskim. 8 grudnia zginął ks. Michał Pilipiec, kapelan Obwodu AK Rzeszów. – Nie kochał nowej władzy, więc go zabrali na zamek, stłukli do nieprzytomności i prawdopodobnie zabili bez wyroku. Uzasadnienie wyroku wymyślono po fakcie – mówi Bogusław Kleszczyński z IPN Oddział Rzeszów. – Ciało nieprzytomnego księdza zostało wrzucone do ciężarówki wraz z innymi przytomnymi więźniami i wywiezione do lasu głogowskiego. Przy rozładunku ciężarówki w nocy jeden z konwojentów zapytał się dowódcy: „Da mi pan jednego zastrzelić?” Wśród więźniów był Stanisław Rybka, który, gdy to usłyszał, zaczął uciekać. Udało mu się dobiec do linii kolejowej i wskoczyć do pociągu. Wyjechał później na Zachód. Po latach wrócił i opowiedział całą historią. Oprawcy pozostawili zwłoki byle jak, odnaleźli je miejscowi chłopi i zagrzebali w mogile. Nie wiedzieli, kogo chowają, gdyż twarze były oblepione lepikiem i podpalone – opowiada pracownik rzeszowskiego IPN.
Na podstawie relacji Stanisława Rybki ustalono, że w tej mogile jest pochowany ks. Pilipiec. Został rozpoznany po jakimś szczególe podczas półlegalnej ekshumacji zainicjowanej przez księży w 1977 roku; spoczął w podziemiach kościoła w Błażowej.

Las głogowski nie był przypadkowym miejscem pochówku ciał pomordowanych przez Sowietów i milicjantów. Wcześniej w tym miejscu chowali swoje ofiary Niemcy, tam też byli grzebani Żydzi.
Od wiosny 1945 r. ciała pomordowanych grzebano też na cmentarzu Pobitno w Rzeszowie, obok cywilnych mogił, często bez wpisywania do księgi cmentarnej. Niewiele natomiast wiadomo na temat pochówków, które miały miejsce na terenie samego zamku.
W X 1944 roku wyroki zaczynają wydawać Najwyższy Sąd Wojskowy z siedzibą w Lublinie, potem w trybie doraźnym Sąd Okręgowy w Rzeszowie. -To był „sąd na kółkach”. Jeździli po różnych miejscowościach. Ich wyroki kilkakrotnie kończyły się publicznymi egzekucjami. Przykładem są dwa przypadki publicznego zamordowania żołnierzy z oddziału Antoniego Żubryda w Sanoku. W czasie drugiej egzekucji wieszano chor. Henryka Książka, który był poważnie ranny. Mimo to został, w obecności spędzonej na to „widowisko” młodzieży, pozbawiony życia. Było to zupełne barbarzyństwo. Nawet w przypadku egzekucji niemieckich zbrodniarzy dbano o to, by wcześniej wyleczyć ich z ran i chorób – mówi B. Kleszczyński. Od 1946 roku w Rzeszowie działał Wojskowy Sąd Rejonowy, powołany do ścigania podziemia niepodległościowego i ukraińskich nacjonalistów. Jego wyroki wykonywano przez rozstrzelenie.
Zapluskwione, zawszone i zapchlone cele
Warunki w rzeszowskim więzieniu, jak we wszystkich komunistycznych katowniach, były nieludzkie. Zachowały się wspomnienia więzionych w nim akowców. Jan Pasternak z Czudca był przetrzymywany na zamku w 1945 r., drugi raz w 1947. Zeznanie składał w 1994 r. Oto ich mały fragment: „(…) warunki wówczas (…) były bardzo ciężkie. Siedzieliśmy w 50-osobowych celach. Były one zapluskwione, zawszone i zapchlone. Dosłownie na wysokość ręki cele pomazane były krwią od robactwa, które dusiliśmy na ścianach. Dopiero gdy zastępcą naczelnika więzienia został Bednarski, zaprowadził względną czystość, każąc więźniom umyć ściany i pobielić, a także dał nam słomiane buty ochronne, z których pletliśmy maty do spania. Jedzenie było bardzo złe, a nawet przez miesiąc albo dwa prawie w ogóle nie otrzymywaliśmy jedzenia. Od więźniów, którzy pracowali w kuchni dowiedziałem się, że na 700 więźniów przypadało 80 kg mąki. Któregoś dnia wszyscy więźniowie zaczęli krzyczeć >my chcemy jeść<. Przywieziono potem jakiś stary groch, zarobaczony i ugotowano z niego zupę, ale nikt jej nie jadł z powodu pływających w niej robaków”.
W rzeszowskim więzieniu więziony był też Antoni Buczak, żołnierz AK z Nienadówki. „W wigilię 24 grudnia (1944 roku – ps) zostałem wezwany na przesłuchanie przez takiego Żyda bolszewickiego, co kiepsko mówił po polsku, i od nowa – gdzie broń bo o to głównie chodziło, a że nic nie wskórał, to wtrącił mnie w suterenach do ciemnicy, do takiej dziury 1 razy 2, bez podłogi i bez pryczy, spanie moje było na kucki w kącie, bo na mokrym cemencie nie szło się położyć. (…) w nocy przychodzili, aby ze mnie co wyciągnąć i bić. Dostawałem tylko raz na dzień – 1/4 litra czarnej kawy, poza tym niczego i w takich warunkach trzymano mnie w tej ciemnicy do 3 stycznia (…).”
W 1949 roku na zmaku było tylu więźniów, że w zatłoczonych celach mogli spać tylko na boku. „Obracanie się w nocy następowało jedynie na komendę, a o położeniu się na wznak nie było mowy” – wspominał po latach Tadeusz Lustig, członek niepodległościowej organizacji młodzieżowej „Orlęta”. „Kiedy na jednego więźnia przypadało nie więcej jak 0,7 metra kwadratowego powierzchni, trudno już było poruszać się w celi. Było już nas 6 (…). Sytaucja wymusiła na nas pewien wewnętrzny rygor. Żeby się nawzajem nie wydusić, część więźniów ustawiała się w krąg i spacerowała jeden tuż przy drugim, wtedy reszta miała nieco więcej miejsca. Wszelkie gwałtowne ruchy były zabronione” – wspominał Lustig.
Obsługę więzienia stanowili Polacy, ludzie z marginesu społecznego, członkowie PPR. Kilku strażników zachowywało się ludzko, współpracowali z rodzinami więźniów i przekazywali informacje, które następnie trafiały do podziemia poakaowskiego.
Choć oficalnie tortury były zakazane, przełożeni nakłaniali podwładnych do ich stosowania. Bicie, głodzenie, polewanie zimną wodą na mrozie, wbijanie zapałek i szpilek pod paznokcie, rażenie prądem – to był standard w komunistycznych katowniach.
360 wyroków śmierci
W murach zamku wykonano około 360 wyroków śmierci. Zginęli m.in. Jan Prędkiewicz, szef wywiadu AK i WiN w Jarosławiu, Jan Toth ps. Mewa, żołnierz z powiatu jarosławskiego, Leopold i Tadeusz Rząsa, żołnierze AK i działacze Rzeszowskiego Okręgu Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, oraz wielu dowódców upowskich sotni, m.in. Wołodymyr Szczygielski ps Burłaka. Jeszcze trudniej oszacować liczbę zakatowanych na śmierć więźniów, gdyż wielu przebywało na zamku bez prokuratorskich sankcji i bez wpisu do więziennej księgi. Pojawiła się też hipoteza o ukrywaniu zwłok przez funkcjonariuszy, którzy przesadzali z biciem i, by nie podpaść przełożonym, ukrywali ciała zakatowanych na zamkowym dziedzińcu lub w obrębie murów.
W 1988 roku, czyli jeszcze w okresie PRL, podczas prac remontowych w południowo-wschodnim bastionie zamku, na terenie dawnego spacerniaka, odkryto dwa ludzkie szkielety. Nigdy nie wyjaśniono tego znaleziska. W 1994 roku odkryto kolejny szkielet. Sprawę badała Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, ale nie wyjaśniła tej sprawy. Nie zabezpieczono materiału do identyfikacji, do dziś nie wiadomo, co się stało z tymi szczątkami. Zniszczona została też dokumentacja. Takich odkryć na zamku od 1982 r. do 1987 r. mogło być więcej, ale rzecz jasna brakuje na to dowodów.
Piotr Samolewicz



8 Responses to "Komunistyczna katownia"