
Lekarze, epidemiolodzy i dietetycy biją na alarm. Polskie dzieci i młodzież źle się odżywiają. A to, co można znaleźć w szkolnych sklepikach woła o pomstę do nieba.
Polska i Estonia jako jedyne europejskie kraje nie wprowadziły dotychczas żadnych przepisów ograniczających dostęp uczniów do słonych przekąsek, słodyczy i gazowanych napojów – wynika z raportu dotyczącego żywienia opublikowanego przez Komisję Europejską i Światową Organizację Zdrowia.
Polskie Ministerstwo Zdrowia wydało tylko rekomendację, która szczegółowo określa, jakie składniki odżywcze powinny zawierać obiady serwowane przez szkolne stołówki. Nie dopilnowało jednak, by przepisy dotyczące racjonalnego żywienia objęły także sklepiki szkolne. Oznacza to, że sanepid może sprawdzić i pouczyć gotujących obiady, że muszą zmienić produkty lub sposób ich przyrządzania, ale nad sklepikami nie ma już żadnej kontroli.
Furtka ta pozwala ajentom szkolnym sklepików wypełniać półki tym, co za słodkie, za słone, co zawiera sztuczne barwniki i konserwanty. Bo jak udało nam się podpytać uczniów, w sklepikach kupują oni przede wszystkim nie to, co zdrowe, ale to, co najtańsze.
„Cuksy” i chipsy na uczniowskim topie
– Gdy córka poszła do pierwszej klasy szkoły sportowej, wiedzieliśmy, że ze względu na to, że w planie lekcji ma kilka godzin zajęć na basenie i WF może być głodna – mówi pani Ewa, mama 7-letniej Hani. – Dostawała kanapkę, miała wykupiony obiad, ale spędzała w szkole nawet 8 godzin dziennie, więc dawaliśmy jej 5 zł kieszonkowego. Po tygodniu zorientowaliśmy się, że za te 5 zł może ona wykupić pół szkolnego sklepiku! Ukróciliśmy to, bo dziecko to tylko dziecko – nie kupi jabłka, tylko żelki, lizaki, batony, chipsy. Kupi „cuksy”. Teraz córka dostaje 1-2 zł i to nie codziennie. Głodna nie chodzi, bo kanapki nieraz wracają do domu.
Reszta w cukierkach
– Moja córka po pierwszym dniu w szkole poprosiła o kieszonkowe na zakupy w sklepiku, bo „wszyscy kupują”. Dałam jej 2 zł, kupiła batonik i gumy do żucia. Jak przyznała, kolejka była tak duża, że stałą całą przerwę – mówi pani Agnieszka, mama 7-letniej Julii. – Córka dostaje kanapki, jabłko, słodki wafelek i ma wykupione obiady. Naprawdę wydaje mi się, że nie powinna być w szkole głodna, bo jak się zresztą okazało, jej zakupy nie były niezbędne do życia. Chodziło o samą frajdę z zakupów. Co ciekawe, zapytana o to, ile co kosztowało – nie potrafiła odpowiedzieć. To śmieszne, żeby dzieci, które nie znają się na pieniądzach robiły codziennie zakupy w szkolnych sklepikach. Reszty zresztą córka nie przyniosła, bo pani wydała jej ją w cukierkach…
Łatwy dostęp do śmieciowego jedzenia
Z badań Instytutu Żywności i Żywienia wynika, że dzieci w Polsce źle się odżywiają. W ich diecie powszechnie występują niedobory takich składników odżywczych jak: wapń, witamina D, potas, magnez i foliany. Dotyczy to aż 74-98 proc. młodzieży. Lista niedoborowych składników jest niestety znacznie dłuższa. Często w diecie młodzieży brakuje też witamin: E, C, A czy B12, kwasów tłuszczowych omega-3, a także żelaza, cynku i jodu. Powodów do niepokoju jest jednak więcej. Ważnym problemem jest też obecnie nadmierne spożycie przez dzieci i młodzież różnych składników niepożądanych, w tym m.in. cukru, tłuszczu i soli. Ich nadmierna podaż w diecie jest m.in. skutkiem przyzwolenia społecznego na spożywanie tzw. żywności śmieciowej. W efekcie, na tle wadliwego, nieregularnego i niezbilansowanego żywienia rozwijają się u dzieci i młodzieży różne dolegliwości i choroby, w tym m.in. niedowaga, nadwaga oraz otyłość. Aż 28 proc. chłopców i 22 proc. dziewcząt w ostatnich klasach szkoły podstawowej ma nadmierną masę ciała – wykazało wstępne badanie stanu odżywienia, poziomu aktywności fizycznej i nawyków żywieniowych polskich uczniów zrealizowane w 2013 r. w 16 województwach przez Instytut Żywności i Żywienia we współpracy z warszawską Akademią Wychowania Fizycznego.
Menu szkolnych sklepików pod lupą
Choć największy udział w kształtowaniu nawyków żywieniowych dzieci mają ich rodzice i dom rodzinny, to jednak trzeba pamiętać, że drugą najważniejszą „instytucją” wpływającą na to, co dzieci jedzą, jest szkoła.
– Sklepiki szkolne odgrywają ważną rolę w żywieniu dzieci i młodzieży, zwłaszcza obecnie, w obliczu narastania epidemii otyłości. Dlatego działalność sklepików szkolnych powinna być jak najszybciej uporządkowana i uregulowana, tak aby sprzyjały one zdrowiu. Wiele krajów szuka rozwiązań, które zagwarantują, że w sklepikach szkolnych sprzedawane będą tylko te produkty spożywcze, które nie zwiększają ryzyka powstania otyłości i innych przewlekłych chorób niezakaźnych. Również w Polsce konieczne jest rozwiązanie tego problemu, najlepiej poprzez wypracowanie wspólnego stanowiska przedstawicieli nauki, przemysłu i polityki. Jednym z możliwych rozwiązań jest opracowanie listy produktów, które mogą być sprzedawane w sklepikach szkolnych. Wybór tych produktów musi się jednak odbywać w oparciu o jasne kryteria, takie jak: normy żywienia człowieka, oficjalne zalecenia żywieniowe czy tworzone obecnie przez naukowców systemy profili żywieniowych. Taki model działania został wypracowany m.in. w Danii i Szwecji – mówi prof. dr hab. Mirosław Jarosz, dyrektor IŻŻ.
Dekalog szkolnego odżywiania
Eksperci Instytutu Żywności i Żywienia opracowali w tym roku propozycję listy kategorii produktów spożywczych, które powinny być dostępne w sklepikach szkolnych oraz te, których dzieciom sprzedawać się nie powinno. Poniższa lista rekomendowanych przez IŻŻ grup produktów została przygotowana w oparciu o aktualny, poparty dowodami naukowymi stan wiedzy na temat zdrowego odżywiania. Warto się z nią zapoznać, porozmawiać o niej z dzieckiem i dyrekcją szkoły. W końcu chodzi o to, co najważniejsze – o zdrowie naszych dzieci.
Małgorzata Rokoszewska



8 Responses to "Koszmary ze szkolnych sklepików"