
Jeden z ulubieńców Winstona Churchilla miał specjalne krzesło w gabinecie na Downing Street. Wielopalczasty kot Ernesta Hemingwaya pił whisky z mlekiem. Do swoich mruczków dzwonił z tras koncertowych Freddie Mercury. Ze stadkiem futrzastych indywidualistów zdecydowała się dzielić swój dom Brigitte Bardot. Zresztą nie tylko oni dostali „kota” na punkcie kotów…
Dziś są najczęściej kochane i hołubione, jednak przed wiekami koty nie miały łatwo – szczególnie czarne. Padały ofiarą zabobonnych zwyczajów, dręczono je i katowano. Aleksander Wielki ponoć tak ich nie znosił, że mdlał na sam ich widok. Juliusz Cezar kazał zabijać każdego kota, którego zobaczył. Jak ognia unikał tych zwierząt także uczulony na sierść Napoleon. Na szczęście wraz z upływem czasu mruczącym czworonogom udało się wkupić w łaski zarówno zwykłych ludzi, jak i znanych person.
U boku premiera
Ich urokowi nie oparł się nawet Włodzimierz Lenin, co można zobaczyć na filmach oraz fotografiach. A jego sekretarz wspominał w książce, jak dyktator bawił się z kotkiem córki.
Ze słabością do mruczących czworonogów nie krył się Winston Churchill. Długi czas jego pupilem był czarny Nelson, który zagościł w życiu polityka niedługo po objęciu przez niego posady premiera. – Kiedy ujrzałem go po raz pierwszy, przeganiał właśnie z dziedzińca admiralicji ogromnego psa. Wtedy postanowiłem zabrać go do siebie i nazwać imieniem naszego najznamienitszego admirała – wspominał Churchill. Odtąd stali się niemal nierozłączni. – Kot asystował mu podczas wielu posiedzeń gabinetu, premier rozmawiał z nim, przecierał mu oczy chusteczką, karmił baraniną (…) – piszą Heike Reinecke i Andreas Schlieper w „Sławnych kotach i ich ludziach”. Nelson spał też ze swym właścicielem, służąc mu za termofor.
Winston Churchill miał też m.in. Pana Kota, którego przygarnął z ulicy, a ostatnim, wiernym towarzyszem był rudowłosy Jock. Jak na członka rodziny przystało, zawsze miał własne miejsce przy stole. To on właśnie pożegnał swego pana na łożu śmierci.
Na salony wprowadzali koty także amerykańscy przywódcy. Gdy w środku zimy Abraham Lincoln podczas wizyty w kwaterze gen. Granta niespodziewanie natknął się na trzy maleńkie kocięta, postanowił je ocalić i zabrać do Białego Domu. Także Theodore Roosevelt miał kocich pupili. Byli nimi: sześciopalczasty Slippers oraz Tom Quartz, który nie bał się nawet prezydenckiego teriera. Tom Kitten oraz Misty Malarky Ying to z kolei ulubieńcy Johna F. Kenneddy’ego. Kilka mruczków miał też Ronald Reagan. Prawdziwym celebrytą okazał się jednak kot Billa Clintona – Socks. Zwierzak cieszył się tak dużą popularnością, że dostawał worki pełne listów.
Pogawędki z Freddiem
Jak prawdziwe gwiazdy z pewnością czuli się, pochodzący głównie ze schronisk, podopieczni Freddiego Mercury’ego. Bywało, że artysta miał ich ponad 10. Wokalista uwielbiał chodzić w kurtce z ich wizerunkami, rozpieszczał prezentami. Gdy wyjeżdżał w trasy, dzwonił do nich „pogawędzić”. Wnętrza domu zdobiły zaś ich zdjęcia w ramkach. Koty są obecne też w jego twórczości. Tomowi, Jerry’emu, Oscarowi i Tiffanny zadedykował album z 1985 r. „Mr Bad Guy”. Ukochanej, trójkolorowej kotce poświęcił piosenkę „Delilah” z ostatniej płyty Queen „Innudendo”. Śpiewa jej:
– Dzięki tobie się uśmiecham, choć właśnie miałem się rozpłakać. Przynosisz mi nadzieję, rozśmieszasz mnie, lubisz to. Umykasz jak zabójca, tak niewinnie.
Z zamiłowania do kotów znana była także inna gwiazda muzyki
– Violetta Villas. Diva przygarniała je do swojego domu prosto z ulicy. – Słuchały wyłącznie Villas, która zachowywała się tak, jakby była ich szefową, a one zachowywały się tak, jakby były jej gangiem; tylko wobec niej nie okazywały agresji – czytamy w „Sławnych kotach i ich ludziach”. Gwiazda odstąpiła „domownikom” całe piętro willi. Ile ich było? Nie wiedziała nawet sama właścicielka. Gdy się przeprowadzała, mruczki musiały zostać przewiezione ciężarówką. W nowym domu koty miały opanować już nie tylko jedno piętro, ale cały dom.
Także Zbigniew Wodecki uwielbiał ich towarzystwo i to z wzajemnością. – Kropka łazi często po klawiaturze i to nie jest fajne, odganiam ją, ale za chwilę w najmniej odpowiednim momencie, kiedy muszę napisać na przykład grupę szesnastek, znowu wskakuje – opowiadał w wywiadach. Futrzaki (drugi nazywał się Szarak) nie tylko towarzyszyły mu podczas pracy, ale i lubiły chodzić po plecach, co traktował jako wspaniały masaż. Nawet gdy wyjeżdżał na wieś na wakacje, zabierał koty ze sobą. O swoich pupilach mówił z przymrużeniem oka: – Okazało się, że jestem o nie zazdrosny, co najmniej jak o kobietę. Szarak łasi się do każdego, kto nas odwiedza. Strasznie mnie tym denerwuje, bo w końcu to ja łożę na jego utrzymanie i powinno bydlę mnie traktować wyjątkowo. Kropka jest księżniczką mającą wszystko w nosie – mówił w magazynie „Kocie Sprawy”. – Kiedyś myślałem, że każdy dachowiec jest taki sam, tymczasem ze zdziwieniem odkryłem, że koty bywają ładne i brzydkie. Jedne mają bliżej, inne dalej osadzone oczy, różne nosy, inne kształty pyska. Moje koty są oczywiście przepiękne.
Gąbki miłości
Nie oparli im się i pisarze. Charles Dickens zakochany był nie tylko w kotce Williaminie. Ogromną słabość miał też do głuchego Master’s Cata, który najczęściej towarzyszył autorowi „Opowieści wigilijnej” w gabinecie. Ponoć gdy jego pan był już bardzo zmęczony, to zwierzak gasił łapką świecę na biurku.
– Posiadanie jednego kota prowadzi do posiadania następnego – twierdził Ernest Hemingway. Nie rzucał słów na wiatr, bo sam był właścicielem aż 40 miauczących czworonogów. Mieszkał z nimi oraz żoną na wyspie Key West na Florydzie. Jego pupile były wyjątkowe, bo wielopalczaste (miały po 7 palców). Zresztą do dziś takie koty, czyli mające polidaktylię nazywane są kotami Hemingwaya. Pisarz rozpieszczał ulubieńców – niektórym pozwalał jeść z talerzy przy stole, a by nie zabrakło im mleka… kupił krowę. Określał swoje zwierzęta „gąbkami miłości” i „fabrykami pomruków”. – Boise spacerował z nim krok w krok niczym pies, towarzyszył w trakcie pracy pisarskiej, siedział na kolanach podczas lektury, spał ułożony na jego piersiach albo u boku, dzielił z nim każdy posiłek – piszą Heike Reinecke i Andreas Schlieper. Nawet po śmierci literata koty pozostały w jego domu. Do dziś w utworzonym tam muzeum żyje od 40 do 60 przedstawicieli tego gatunku. Wciąż też wyzierają z kart jego twórczości…
Vivien i syjamy
Podczas gdy miliony kobiet wzdychały do Jamesa Deana, ten swoimi uczuciami dzielił się z kotem Marcusem. Tak bardzo się o niego martwił, że wyjeżdżając zostawiał odręczne instrukcje co do sposobu karmienia pupila. Niestety, trudno było mu pogodzić opiekę nad zwierzakiem z karierą, postanowił więc dla dobra kota oddać go w ręce przyjaciela. Zwierzak uciekł z nowego domu już następnego dnia – w dniu tragicznej śmierci Jamesa Deana…
Ze słabości do kotów syjamskich, których w życiu miała aż 16, słynęła Vivien Leigh. Nie lubiła się z nimi rozstawać, stąd często zabierała je w podróże. Ostatnim pupilem gwiazdy był Poo Jones, który towarzyszył jej aż do śmierci.
Także zdjęcia Brigitte Bardot z kotami to żadna nowość. Odkąd przed „40” porzuciła gwiazdorskie życie, sprzedając cały majątek, zwierzęta są jej najlepszymi przyjaciółmi. – Urodę i młodość oddałam mężczyznom. Mądrość i doświadczenie zamierzam oddać zwierzętom – podkreśla gwiazda. Mieszka z nimi w domu La Madraque pod Saint Tropez, który stał się siedzibą fundacji na rzecz zwierząt. Ilu jej współlokatorów to koty, oficjalnie nie wiadomo.
Wśród sławnych „kociarzy” są jeszcze: Fred Astaire, Elizabeth Taylor, Robert De Niro, John Lennon, Mark Twain, Alexander Dumas, Victor Hugo, Pablo Picasso czy Andy Warhol. To oczywiście tylko niektórzy. Jak widać, zwierzęta te są zdolne rozmiękczyć każde serce…
anja
Źródła inf.: Heike Reinecke, Andreas Schlieper
„Sławne koty i ich ludzie”, Madeline Swan,
„Historia kotów”, kociesprawy.pl



3 Responses to "Koty sław"