
Był chory i pogryziony. Na całym ciele miał kleszcze. Ostatnim przypływem sił albo instynktu samozachowawczego przeskoczył przez ogrodzenie na przyleśną posesję. Upadł i już nie dał rady się podnieść. Przed czym lub przed kim uciekał koziołek? Liczył na ludzką pomoc? Miał pecha.
W środę, 30 czerwca o godz. 7 zwierzę znalazł mężczyzna i zadzwonił na 112. – Ok. godz. 8 rano policjanci z Komendy Miejskiej w Rzeszowie zostali powiadomieni, że na posesji w Siedliskach jest ranna sarna – informuje podinspektor Marta Tabasz-Rygiel, rzecznik prasowy Komendanta Wojewódzkiego Policji w Rzeszowie – Właścicielka posesji w obecności policjantów skontaktowała się telefonicznie z leśniczym, który zobowiązał się, że przyjedzie na miejsce i zajmie się zwierzęciem. Na tym policyjna interwencja się zakończyła.
Świadkowie zdarzenia opowiadają, że na miejsce przybył nie leśniczy, ale myśliwy. – Słyszałem o tym przypadku – mówi Mariusz Jenczalik, prezes Koła Łowieckiego Bielik-Budziwój. – Był tam jeden z naszych członków. Z tego, co mi powiedział rogacz leżał z poszarpanym zadkiem, ale miał szansę przeżyć.
W tym czasie jedna z mieszkanek zadzwoniła do Super Nowości: – Zróbcie coś! Ratujcie tego biedaka – zaapelowała zdenerwowana. – Tu chyba czekają aż to zwierzę zdechnie i skończy się problem.
Zadzwoniliśmy do gminy, połączono nas do jednego z pracowników. Sprawdził, na jakiej posesji rozgrywa się dramat. Stwierdził, że to prywatna działka. Zapewnił, że będzie monitorował sprawę, zadzwoni do właścicieli, podpowie, co mają robić. Miał powiadomić weterynarza.
Czas jednak mijał, a nic się nie działo. Koziołek jak leżał, tak leżał. Kolejny raz skontaktowaliśmy się z gminą, a potem następny i następny… W ciągu kilku rozmów pan stawał się coraz mniej miły. W końcu poirytowany rzucił, że „ma mnóstwo innych spraw”, a nie tylko zajmowanie się kozłem. Pewnie miał. Ale zwierzę cierpiało, a czas uciekał. W końcu udało nam się dodzwonić do weterynarza, który w gminie zajmuje się takimi przypadkami. Wydawał się zdziwiony i nieświadomy dramatu. Gdy obiecał, że pojedzie na miejsce, minęło już południe.
W międzyczasie udało nam się nawiązać kontakt z Ośrodkiem Zwierząt Chronionych w Przemyślu. Mieliśmy szczęście. Akurat dwie pracownice były w Rzeszowie. Od razu zapytały „Gdzie jest koziołek?”. Zamiast wracać pojechały po niego. Tym samym zniknął problem kosztów transportu, który wcześniej zniechęcił do pomocy właścicieli posesji. Ci wystraszyli się, że za przewiezienie kozła do ośrodka w Przemyślu będą musieli sami zapłacić. To przecież nie było ich zwierzę. Co z tego, że przypadkiem wylądowało na ich posesji. Gdyby zwierzę było na terenie należącym do gminy, ta zapłaciłaby za wszelkie procedury związane z zabezpieczeniem.
Panie z przemyskiego ośrodka dojechały na miejsce tragedii tuż po weterynarzu. Ten przygotował sarnę do podróży. – Poczułam niesamowitą ulgę. Wiedziałam że koziołek wreszcie dostał szansę na życie – podkreśla Agnieszka Lewicka, która była cały czas na miejscu i walczyła o niechciane stworzenie.
Walka o Życie trwa
Następnego dnia dzwonimy do Urzędu Gminy w Lubeni, prosząc o oficjalne stanowisko. – Wszystko odbyło się zgodnie z procedurami. Weterynarz był na miejscu zaraz jak gmina otrzymała zgłoszenie – zapewnia wójt Adam Skoczylas.
Los koziołka, który przyplątał się na prywatną posesję w podrzeszowskiej gminie, poruszył już setki serc internautów którzy obejrzeli filmiki nakręcone przez przemyski Ośrodek. „Jest już z nami. Koziołek walczy o życie. Od 7 rano Koziołek pod Rzeszowem kona w męczarniach. Pomóżcie temu Zwierzęciu…wołają? załamani ludzie. Dzwonią, zgłaszają proszą. W słuchawce znieczulica i szantaż. Zapłacicie z własnych kieszeni, niech „zdycha” – można było przeczytać na FB.
Po południu (1 bm.) dowiedzieliśmy się, że: – Stan koziołka jest stabilny. Otrzymał środki przeciwbólowe – mówi Radosław Fedaczyński prezes fundacji przemyskiego ośrodka. – Leży w pomieszczeniu na sianku i dostaje kroplówkę. Niestety, ma zainfekowany układ nerwowy. Nasi lekarze mówią jednak, że ma szansę na przeżycie.
Jak podkreśla, ich misją jest ratowanie zwierząt, nie mają jednak żadnego wsparcia ze strony państwa. – W tym krótkim obrazie widać, że są to zwierzęta wykluczone. Nie mają dostępu nie tylko do usług medycznych, ale nie obejmuje ich system humanitarnego odejścia. Brakuje przepisów, a państwo nie reaguje. Nie można tak okrutnie traktować dzikich zwierząt – podkreśla weterynarz.
Czy gdyby pomoc pojawiła się wcześniej, koziołek miałby większe szanse na przeżycie? – Podobnie jak w przypadku ludzi jest „złote 5 minut” albo „złota godzina” na ratunek. Jeśli ratunek przychodzi później, rokowania są gorsze. Im szybciej „pacjent” trafi w ręce lekarzy, tym mniej narządów zostanie zainfekowanych – uważa Radosław Fedaczyński. – Nie można wymagać od przypadkowych weterynarzy, żeby ratowali dzikie zwierzęta np. sarny. Ich gabinety najczęściej są zbyt małe i niewyposażone w odpowiednie aparatury. Dlatego mówimy, że dzikie zwierzęta są wykluczone.
Kto więc odpowiada za cierpienie sarny w podrzeszowskich Siedliskach? Jak puentuje weterynarz: – Koziołek musiał czekać kilka godzin, by uzyskać pomoc, bo system nie istnieje…
bes



One Response to "Koziołek ofiarny?!"