Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz zapowiedział kontrole wszystkich oddziałów ginekologiczno-położniczych w Polsce w kontekście przeprowadzania procedury cesarskiego cięcia, a także opieki okołoporodowej nad noworodkami, które urodziły się ze skalą apgar poniżej 4. Decyzja ta jest wynikiem niepokojących informacji napływających z różnych szpitali w Polsce, a także sytuacji we Włocławku, gdzie doszło do śmierci nienarodzonych bliźniąt. Śledztwo w tej sprawie potwierdziło bowiem nieprawidłowości, które w dodatku usiłowano w szpitalu zatuszować.
To nie pierwsza śmierć, która uruchomiła kontrole wszystkich nadrzędnych organów. Tak było wtedy, gdy skrzydlata karetka odmówiła wyjazdu do umierającego dziecka, które trzeba było przewieść ze szpitala do szpitala (bo zabraniają tego procedury!). Tak było, gdy pogotowie ratunkowe odmówiło przyjechania do ciężko chorego dziecka w nocy, i dziewczynka po kilku godzinach zmarła (następstwem była kontrola obowiązujących procedur, opracowanie algorytmu pytań dla dyspozytorów medycznych i obowiązek nagrywanie ich rozmów z pacjentami, także w przychodniach świadczących nocną i świąteczną opiekę medyczną). Podobne pasmo kontroli wywołał personel z Zakładu Opiekuńczo-Pielęgnacyjnego w Strzyżowie, który poskarżył się mediom na mobbing i działania kierownictwa mogące zagrażać życiu pacjentów. Sprawą zainteresował się wtedy rzecznik odpowiedzialności zawodowej i NFZ i nawet prokuratura. A jak jest na innych odcinkach ochrony zdrowia, innych oddziałach szpitali? Czy wszystko funkcjonuje tak jak powinno? Czy lekarze i pielęgniarki z pełnym profesjonalizm i empatią robią wszystko dla dobra pacjenta, którego traktują z należytym szacunkiem, z poszanowaniem jego praw, wykorzystując najlepszą, dostępną wiedzę medyczną i wszystkie dostępne urządzenia diagnostyczne? Chciałabym wierzyć, że tak. Niestety, jak to w życiu bywa, łyżkę dziegciu dolał mi Czytelnik, który zadzwonił w czwartek, by podzielić się ze mną wątpliwościami dotyczącymi śmierci swojej mamy, w szpitalu.
– Oddałem mamę do szpitala „na chodzie”, w celu wzmocnienia jej kroplówką i ustawienia leczenia, może wyeliminowania kilku chociaż leków. Po tygodniu została wypisana do domu – mówił. – Słaniała się na nogach, była słabsza i bardziej chora niż przed pójściem do lecznicy. Po dwóch dniach, tracącą przytomność, pogotowie zawiozło ją z powrotem na oddział wewnętrzny, ten sam, który 24 godziny wcześniej opuściła. Tam poleżała bez żadnych badań czy jakiejkolwiek diagnozy (są na to dowody w karcie chorobowej) jeszcze dwa dni i zmarła. Na sepsę, czyli ogólny stan zapalenia organizmu. A przecież każdy ma prawo do życia. I noworodek, i dziecko, i kobieta po 70. Każdy idąc do szpitala liczy na pomoc i bezpieczeństwo pobytu. Wierzy, że lekarz czy pielęgniarka nie potraktuje ich jak kolejnego numerku kodu do rozliczenia z NFZ, że zostanie zbadany i zdiagnozowany na tyle, by być leczony na to, na co choruje. To dużo? Widocznie tak. Widocznie trzeba poczekać na kolejną śmierć. Musi być tylko medialna.
Anna Moraniec



2 Responses to "Ktoś musi umrzeć, żeby żyć mógł ktoś?"