Ktoś u nas dał ciała

Fot. Jakub Malec - Speedway Stali Rzeszów
Fot. Jakub Malec – Speedway Stali Rzeszów

ŻUŻEL. 2.LŻ. Rozmowa z IRENEUSZEM NAWROCKIM, prezesem Speedway Stali Rzeszów S.A.

– Po meczu w Poznaniu musiałem pojechać do Darłowa, a z całym tym pasztetem, którego sami nagotowali, został wiceprezes Marcin Janik. Jutro albo pojutrze wracam jednak do Rzeszowa i oczekuję, że do tego czasu sprawa będzie wyjaśniona – tak wpadkę Grega Hancocka z brakiem ważnych badań lekarskimi komentuje Ireneusz Nawrocki, prezes Speedway Stali Rzeszów S.A.

– O Stali Rzeszów znowu zrobiło się głośno, chociaż chyba nie o takim rozgłosie pan marzył…

– Ktoś mądry od marketingu powiedział kiedyś: Jest bardzo dobrze, jeśli o tobie mówią dobrze, jest dobrze, jeśli o tobie mówią źle i jest tragicznie, gdy o tobie nie mówią w ogóle (śmiech). A wracając do sytuacji z Poznania, to ktoś u nas dał ciała. Osoba odpowiedzialna za to niedopatrzenie, musi ponieść konsekwencje. To nie jest – nikomu nie umniejszając – jakiś LKS czy LZS, tylko zawodowa drużyna, na którą idą olbrzymie pieniądze i takie sytuacje nie mają prawa się przydarzyć.

– Kto jest winny całej tej sytuacji?

– To nie jest tak, jak niektórzy piszą, że to jest wina Hancocka. W zaświadczenie wkradł się po prostu „czeski błąd”. Badanie robione w 2018 roku, nie może przecież być ważne do 2017 roku, co potwierdził lekarz je wystawiający. Ktoś jednak powinien to sprawdzić przed zawodami, a tego nie zrobił.

– Ponoć gospodarze meczu w Poznaniu, nie chcieli pomóc Stali, by ta mogła pojechać w najsilniejszym składzie…

– Zachowali się bardzo nieładnie. Normalnie pomaga się w takiej sytuacji. Gdy tydzień temu sędzia zakwestionował Ostrovii dwa tłumiki, to pożyczyliśmy im swoje. W tym przypadku nie wpuszczono nawet na stadion mającego odpowiednie uprawnienia lekarza, którego ściągnęliśmy. Uważałem prezesa PSŻ za innego człowieka, jednak pomyliłem się co do niego. Gdy zwróciłem się prośbą o pomoc, to odpowiedział z lekceważącym uśmiechem, że nie i koniec. Gdy powiedziałem, że mamy niepełną drużynę, nie jedziemy i żeby nam wpisano walkower, to wówczas zostałem wyzwany od najgorszych. Grożono mi nawet pozwem i puszczeniem z torbami itd.

– Następstwem tych wydarzeń był fakt, że nawet ludzie z Poznania, kibicowali Stali…

– Miałem na meczu gości z Poznania, ludzi biznesu, wśród nich m.in. byłego prezesa klubu sportowego, którzy tak w żartach przed spotkaniem mówili: Sorry Ireczku, ale my będziemy kibicować swoim. Jednak gdy zobaczyli zachowanie prezesa PSŻ, kibiców oraz spikera zapowiadającego, że Greg Hancock nie będzie dopuszczony do startu, to byli bardzo zniesmaczeni. Jakieś yes, yes, yes i głupie uśmiechy – nie tak to powinno wyglądać. Najpierw sprzedaje się bilety na Grega Hancocka, a potem oszukuje ludzi.

– Mimo absencji Hancocka, Stal była bardzo bliska wywiezienia z Poznania kompletu punktów…

– Chłopaki dawali jednak z siebie wszystko. W całej tej sytuacji, bardzo fajnie zachował się Greg, który biegał po parku maszyn, służąc radą i pomocą. Biorąc pod uwagę fakt, że gospodarze nie mieli ani jednego problematycznego biegu – a przypomnę że u nas było wykluczenie i taśmy – to i tak zaprezentowaliśmy się bardzo dobrze.

– Brak Hancocka nie był jedynym problemem Stali w Poznaniu…

– Tak na dobrą sprawę jechaliśmy 5 na 7, bo wysypał nam się jeszcze Aureliusz Bieliński. On już wcześniej miał troszeczkę takie doły, bowiem chciał kończyć karierę. Próbowaliśmy mu pomóc m.in. organizując dodatkowe sesje z naszym trenerem mentalnym. Niestety, chłopak sobie z tym wszystkim nie poradził. Trochę się temu nie dziwię, bo miał on ostatnio trudny okres: przejście do nowego klubu i rodzinna tragedia, w postaci śmieci ojca. Jednak skoro zdecydował się jechać, to trzeba było jechać. A takich rzeczy, żeby specjalnie wjeżdżać w taśmę, nie wolno robić.

– Po meczu między Bielińskim a Mateuszem Rząsa, miało dojść w parku maszyn do małej scysji…

– Gdzieś tam od słowa do słowa, doszło do przepychanek. Nie była to jednak żadna bójka. Całe to zajście plus brak jazdy skutkowało zawieszeniem Bielińskiego w prawach zawodnika. Szkoda, bo chcieliśmy mu w Poznaniu dać jeszcze jedną szansę. Wprawdzie była opcja, żeby w jego miejsce desygnować Mateusza Rząsę, ale trener zdecydował, że będzie lepiej, gdy Mateusz pierwsze biegi pojedzie na torze w Rzeszowie.

– Co trzeba zrobić, żeby takie sytuacje, jak te w Poznaniu, w przyszłości się nie powtórzyły?

– Mogę kibicom obiecać, że jestem otwarty na ich uwagi i czytam wszystkie opinie. Planujemy całkowicie zmienić zarządzanie. Chcę, by w momencie kiedy nie ma mnie w Rzeszowie, wszystkim zarządzała osoba z zewnątrz, nie powiązana z tym środowiskiem Nie będzie zatem już żadnych znajomości, układów itd.

– Szykuje pan zatem małe trzęsienie ziemi w kierownictwie Speedway Stali Rzeszów S.A.?

Ciągle uczę się tego rzeszowskiego środowiska. Radzę sobie z zarządzaniem, jestem bardzo liberalny, ale do pewnego momentu. Obecnie nieco ustawiam mojego następcę, Marcin Janika, bo to przecież jeszcze młody człowiek, który – co pragnę podkreślić – bardzo mi pomaga i mocno działa. Podobnie zresztą jak Aurelia Wach. To są naprawdę cenni pracownicy. Cenię sobie też współpracę z Januszem Stachyrą. To, co mi o nim mówili i pisali wcześniej, okazało się nieprawdą. Fakt, że ma swój specyficzny sposób bycia, ale jest człowiekiem bardzo konkretnym, który zjadł zęby na żużlu. Tak więc są w Rzeszowie ludzie, których cenię i oni na pewno zostaną. Musimy jednak działać, bo nie może być tak, że sportowo mamy wszystko ustawione, a organizacyjnie przytrafiają nam się takie wpadki.

Rozmawiał Marcin Jeżowski

2 Responses to "Ktoś u nas dał ciała"

Leave a Reply

Your email address will not be published.