
Kluby ledwie zipią, dzieci nie mają gdzie trenować, ale w rzeszowskim ratuszu problem jest ledwo dostrzegalny – w mieście innowacji sport wciąż traktuje się jak zło konieczne.
Ciężko znaleźć w Polsce miasto, które przeznacza na sport tak mało pieniędzy jak Rzeszów. Porównywalne ze stolicą Podkarpacia Kielce, Gliwice czy Bielsko-Biała zostawiły nas daleko w tyle.
Miasto dotuje rzeszowskie kluby kwotą ok. 600 tysięcy zł, choć prezydent Tadeusz Ferenc i niektórzy radni upierają się, że to aż 20 milionów. To jednak nieporozumienie, bo miliony idą głównie na infrastrukturę – na budowę przyszkolnej hali czy rozbudowę stadionu przy ul. Hetmańskiej. W temacie finansowania sportu wyczynowego na głowę biją nas nie tylko uważane za prymusa Kielce, ale też mniej dynamicznie rozwijające się Bielsko-Biała i Olsztyn. To, co rzeszowskie kluby otrzymują od miasta, nie jest pomocą, ale jałmużną.
Poniedziałkowe spotkanie przedstawicieli komisji sportu, którzy przygotowali uchwałę o zwiększeniu finansowania daje nadzieję, ale nic ponadto. Po pierwsze, zobaczymy czy radni zgodzą się na początku lipca podczas głosowania na przetasowanie w budżecie, po drugie – pieniędzy wciąż będzie za mało. Zaledwie 1 mln zł rocznie być może pozwoli klubom zgłosić się do rozgrywek, ale włączyć się do walki o medale już nie.
Sukces za prywatne pieniądze
Urzędnicy na czele z prezydentem i jego zastępcą regularnie prężą muskuły podczas siatkarskich spotkań Asseco Resovii. Gdyby jednak Adamowi Góralowi, szefowi informatycznego giganta znudziło się sponsorowanie drużyny, rzeszowska siatka w błyskawicznym tempie z księżniczki przemieniłaby się w kopciuszka. Ten sam los spotkałby żużlowców PGE Marmy. Drugi z topowych naszych klubów również utrzymywany jest wyłącznie z prywatnych pieniędzy.
W ratuszu mało kto zna się na sporcie, mało kto go lubi i mało kto zdaje się rozumieć, że to potężna machina propagandowo-promocyjna. Pojął to choćby Wojciech Lubawski, prezydent Kielc, który utrzymuje ekstraklasowych piłkarzy Korony, a ostatnio wydał pół miliona zł na nagrody dla szczypiornistów Vive Targi za zajęcie 3. miejsca w Europie. Piłkarze Jagiellonii grają w koszulkach z napisem „Wschodzący Białystok” i otrzymują w zamian ok. 1,5 mln zł. Pod taką nazwą funkcjonuje również ekstraliga pingpongistów, mimo że stolica Podlasia nie posiada swojej drużyny!
Rzeszów swoje ukochane dziecko czyli siatkarzy Asseco Resovii wspiera rocznie 450-tysiącami zł. Sęk w tym, że ok. 300 tysięcy miasto zabiera z powrotem, bo tyle siatkarze płacą za wynajem hali na Podpromiu.
Kilka lat temu trener Startu Rzeszów, mistrzów Polski w koszykówce na wózkach, po kolejnym triumfie i spotkaniu w ratuszu pytał mnie z przekąsem. – Masz w domu kubek i album o Rzeszowie? Ja mam już pięć, ale na symboliczne stypendia dla chłopaków chyba się nie doczekam.
Zagrają w palanta
Na znikomą pomoc z miasta narzekali niedawno, o czym pisaliśmy szeroko, tenisiści stołowi AZS Politechniki Rzeszowskiej, piłkarze Resovii i Stali Rzeszów, koszykarki AZS Rzeszów. Na spotkaniu w ratuszu przyznawali, że stoją nad przepaścią i jeśli dotacje nie będą większe, grozi im upadek. W najlepszym razie zejście na poziom zarezerwowany dla amatorów. Czy właśnie tego chcą rządzący niemal 200-tysięcznym miastem? – Prezydent Ferenc powinien się określić, czy chce mieć w Rzeszowie futbol na przyzwoitym poziomie, czy nie. Oczywiście można chwalić się Orlikami, ale zaraz okaże się, że będą tam grać w palanta, a nie w piłkę nożną – opowiadał kilka dni temu w Radiu Rzeszów poirytowany Aleksander Bentkowski, prezes CWKS Resovia.
Dramat już się dzieje. Choćby w Walterze, który szkoli młodzież w pięciu sekcjach, a za chwilę zostanie wyrzucony z hali. Problem ciągnie się od lat, ale miasto nie ma pomysłu, jak go rozwiązać.
Tomasz Szeliga




One Response to "Kubek i album nie wystarczą"