Lekarz odpowie za śmierć pacjenta

Ustalenia śledczych przeczą wersji lekarza, który utrzymuje, że w chwili, gdy na oddziale (mieści się w widocznym na zdjęciu budynku) rozgrywał się dramat, był na terenie placówki. Fot. Martyna Sokołowska
Ustalenia śledczych przeczą wersji lekarza, który utrzymuje, że w chwili, gdy na oddziale (mieści się w widocznym na zdjęciu budynku) rozgrywał się dramat, był na terenie placówki. Fot. Martyna Sokołowska

SANOK. Biegli uznali, że gdyby lekarz natychmiast wykonał zabieg tracheotomii (tylko on miał do tego uprawnienia), mężczyzna miał szansę na przeżycie.

Do Sądu Rejonowego w Krośnie została przeniesiona sprawa Marka D., ordynatora sanockiej laryngologii. Lekarz usłyszał zarzuty w sprawie śmierci 73-letniego pacjenta, który podczas jego dyżuru zmarł na oddziale. Za narażenie na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia grozi mu do pięciu lat więzienia.

Sprawa miała toczyć się przed Sądem Rejonowym w Sanoku, ale sędziowie wnioskowali o wyłączenie ich z orzekania, dlatego została przeniesiona do Krosna. Pierwszą rozprawę zaplanowano na 9 grudnia.

Ordynator sanockiej laryngologii Marek D. usłyszał zarzuty narażenia pacjenta na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. – Jeżeli na sprawcy ciąży obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo, a tak było w tym przypadku, oskarżony podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5 – informują śledczy.

Lekarz nie przyznaje się do winy
Przypomnijmy. Tragedia wydarzyła się 9 maja 2014 roku. 73-letni pacjent sanockiej laryngologii zakrztusił się mięsem podanym na szpitalny obiad. Zespół reanimacyjny wezwany na oddział przez pielęgniarkę przez blisko godzinę walczył o jego życie. Gdy udało się przywrócić krążenie, mężczyzna został przewieziony na oddział intensywnej terapii, gdzie zmarł kilka godzin później.

Z ustaleń śledczych wynika, że w feralnym momencie lekarza nie było na oddziale, co zdaniem biegłych miało bezpośredni wpływ na śmierć pacjenta. Biegli uznali, że gdyby lekarz natychmiast wykonał zabieg tracheotomii (tylko on miał do tego uprawnienia), mężczyzna miał szansę na przeżycie.

Jeździł rowerem?
Ordynator z kolei twierdzi, że był na oddziale i brał udział w ratowaniu mężczyzny. Sęk w tym, że według zeznań personelu medycznego i rodziny, pojawił się dopiero kilkunastu minutach, kiedy na wykonanie zabiegu ratującego życie było już za późno.

Kontrowersji sprawie dodaje anonimowy list, do którego dotarliśmy. Jego autor twierdzi, że tego dnia lekarz opuścił szpital, aby pojeździć na rowerze. Biegli analizujący połączenia telefoniczne z telefonu ordynatora ustalili, że w chwili, kiedy na oddziale rozgrywał się dramat, nie było go w obrębie szpitala, co może potwierdzać tę wersję.

Martyna Sokołowska

Leave a Reply

Your email address will not be published.