Lepiej żyć jeden dzień jak tygrys niż sto dni jak owca

Fot. Archiwum prywatne Barbary Wrzos i Piotra Śliwińskiego
Barbara Wrzos i Piotr Śliwiński z legendą podróżników, Aleksandrem Dobą.

Kochał życie, ludzi i wyzwania. Nie bał się marzyć, a przekraczanie granic ludzkich możliwości miał we krwi. Zarażał optymizmem, młodością ducha i poczuciem humoru. Zaskakiwał dystansem do siebie. Aleksander Doba zdobył 22 lutego 2021 r. Kilimandżaro i zmarł na szczycie, dając nam wszystkim ostatnią lekcję życia.

Olek. Tak mówili o nim przyjaciele, koledzy i towarzysze wypraw. Od tych ostatnich był zazwyczaj o wiele starszy, ale nikt tego nie odczuwał. Wrodzony optymizm, pozytywne nastawienie do świata i młodość ducha – trzy znaki rozpoznawcze Olka Doby. Z czasem czwartym stała się także typowa dla podróżników broda. Nie rzucał się w oczy i nie narzucał. Nie chwalił się swoimi wyczynami. Jeśli o nich mówił to po to, aby dodać odwagi innym, podzielić się wrażeniami, których niewielu było dane doświadczyć i znaleźć wsparcie potrzebne do organizacji kolejnych wypraw. Kajakarz i podróżnik miał w sobie to coś, co sprawia, że spotkanie z nim otwierało głowę i pokazywało inną życiową perspektywę. Pomagało spojrzeć o wiele dalej niż dotąd sięgał wzrok.

Granice istnieją tylko w naszej głowie

– We wrześniu 2018 roku miałam okazję uczestniczenia w dwudniowym spływie kajakowym, na którym Olek był honorowym gościem – wspomina Barbara Wrzos, właścicielka firmy graficznej i pomysłodawczyni projektu „Pracuj pod palmami”. – Wcześniej już oglądałam kilka wywiadów z Olkiem i byłam na premierze filmu „happy Olo”. Wiedziałam, że osiąga on niesamowite rzeczy, ale wtedy miałam możliwość dowiedzieć się i doświadczyć kim jest i jak to robi. Rozmawialiśmy przy ognisku prawie do rana. Opowiadał o swoich wyprawach, o tym, jak się do nich przygotowywał i jak pokonywał różne przeciwności. Rozmawialiśmy o tym jak można się przygotować mentalnie na 150 procent, a podczas sztormu na oceanie albo spotkania z rekinem „psychika spada najwyżej o 20 procent, ale nigdy poniżej 114!”. Olek cierpliwie odpowiadał na wszystkie moje pytania, a ja zastanawiałam się jak mogę jego doświadczenia wykorzystać w swoim życiu. Zobaczyłam i zrozumiałam wtedy, że granice istnieją tylko w naszej głowie, że bardzo dużo zależy od nas, od determinacji i otwartości na to, co się dzieje, i wtedy świat nam pomaga. Najbardziej niesamowite, że niedługo po tym spotkaniu zaczęłam doświadczać, że to działa. Spotkanie zainspirowało mnie do podróżowania. Wiedziałam, że chcę podróżować, ale nie bardzo wiedziałam jak zacząć. Kupiłam mapę. A wkrótce po tym, w sprawie grafiki na event po powrocie z Mount Everest, zadzwonił do mnie podróżnik Piotr Śliwiński, od którego dostałam wiele kolejnych wskazówek w kwestii podróżowania i nie tylko. Wracanie do tych chwil dodaje mi niesamowicie dużo siły i przypomina, że bardzo wiele jest możliwe. A już z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że dzień spędzony z Olkiem ponad dwa lata temu był lekcją nie tylko z pływania kajakiem, ale przede wszystkim z życia. Jestem ogromnie wdzięczna za to spotkanie.

Zaćmienie Słońca i opłynięcie Bajkału

– Poznałem Olka 13 lat temu. Celem naszej wyprawy była Syberia i obserwacja pełnego zaćmienia Słońca, które można było podziwiać w rosyjskim Ałtaju latem 2008 roku podczas mojej trzeciej wyprawy dookoła świata – wspomina pochodzący z Podkarpacia Piotr Śliwiński, podróżnik i himalaista, który dwunastokrotnie okrążył świat i zdobył osiem szczytów Korony Ziemi. – Większą grupą z Jerzym Arsobą podróżowaliśmy przez tydzień koleją transsyberyjską. Olek jechał wówczas nad Bajkał z kajakiem, którym planował opłynąć najgłębsze jezioro świata. Przy wielokrotnym wsiadaniu i wysiadaniu z pociągu pomagałem mu dźwigać ciężki kajak, który na szczęście był składany. To była fantastyczna wyprawa przez Syberię. Będąc już na miejscu, wspinaliśmy się na szczyty tamtejszych gór, które przypominały mi Bieszczady. Poruszaliśmy się samochodami po dzikich i niezamieszkałych bezdrożach. Nie mieliśmy lodówki, więc woziliśmy ze sobą kilka żywych baranów, które co kilka dni zjadaliśmy. Olek zawsze bardzo lubił wodę i lubił się kąpać w każdym jeziorze i rzece, ale jak wychodziliśmy w góry, to też nam zawsze towarzyszył. Gdy dotarliśmy do Irkucka i potem nad Bajkał, przyszedł czas pożegnania. Olek został pływać kajakiem dookoła jeziora, Jurek Arsoba z przyjaciółmi zawrócił do Polski, a ja kontynuowałem swoją kolejną wyprawę dookoła świata przez Mongolię, gdzie mieszkałem z lokalnymi ludźmi w jurtach i przez Chiny gdzie odbywała się letnia Olimpiada w Pekinie w 2008 r. Potem przez Hong kong i Meksyk dotarłem do Stanów Zjednoczonych. Z tamtej wyprawy pozostała mi z Olkiem pamiątkowa fotografia. Siedzimy na jednym kamieniu. Ostatnio z Olkiem spotkałem się rok temu w Krakowie i żartował, że zanim wspiąłem się na Mount Everest, to na Syberii on wchodził wyżej ode mnie i mamy to udokumentowane na wspólnych pamiątkowych zdjęciach. Sprawdziłem archiwum i faktycznie na jednym z nich nad Bajkałem wspiął się wyżej o pół metra.

Kamień z Mount Everestu

Piotr Śliwiński zapamiętał Olka Dobę jako człowieka bardzo optymistycznego, pełnego energii, wesołego, lubiącego żartować i pomagać innym.
– Uwielbiał ludzi, był bardzo towarzyski. Po tamtej wspólnej wyprawie spotykaliśmy się w Polsce jeszcze wiele razy, przyjaźniliśmy się i pomagaliśmy sobie. Organizowałem dla niego spotkanie autorskie w moim podróżniczym barze Buszek w Krakowie. Dedykował mi wówczas słowa, które pasowały życiowo do nas dwóch, że „lepiej przeżyć jeden dzień jako tygrys niż sto dni jak owca”. To było jego ulubione powiedzenie, które przekazywał innym i które sam realizował. W roku 2018 spotkaliśmy się w Warszawie tuż po tym, jak wróciłem z mojej dwunastej podróży dookoła świata po wyprawie na Mount Everest, na którą Olek pożyczył mi swoje spoty, czyli urządzenia służące do lokalizacji. On używał ich podczas przeprawy przez Atlantyk. To dzięki nim można było z każdego miejsca na Ziemi przez Internet sprawdzać jego położenie na morzu. Gdy ja wchodziłem na Mount Everest, także można było śledzić każdy mój krok i atak szczytowy. W podziękowaniu za tę pomoc przywiozłem Olkowi kamień z tego szczytu oraz baner z jego logo, który mi towarzyszył na Evereście. To była niespodzianka, którą udało się uwiecznić dzięki obecnemu na spotkaniu dziennikarzowi Grzegorzowi Czepułkowskiemu…

Małgorzata Rokoszewska

 

 

One Response to "Lepiej żyć jeden dzień jak tygrys niż sto dni jak owca"

Leave a Reply

Your email address will not be published.