
RZESZÓW. Prof. Aleksander Bobko, rektor Uniwersytetu Rzeszowskiego, odpowiada na nasze pytania o powiązaniach rodzinnych na uczelni.
– Jak wyjaśnił pan Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego sytuację na Wydziale Prawa i Administracji UR po ujawnieniu przez media anonimu, zarzucającego dziekanowi wydziału, prof. Stanisławowi Saganowi, nepotyzm?
– Pani minister zadała pytanie w kontekście wymogów ustawowych, które zabraniają sytuacji bezpośredniego pokrewieństwa pomiędzy bezpośrednim przełożonym a jego podwładnym. Pani minister odpowiedziałem w piśmie, że litera prawa jest na Uniwersytecie przestrzegana, według mojej wiedzy nie ma przypadków naruszania tej ustawy. Dodatkowo stwierdziłem, że w 2011 roku, kiedy ten zapis wchodził w życie, poprzedni rektor, prof. Uliasz, wydał zalecenie, aby zostało sprawdzone, czy tego rodzaju sytuacje nie mają miejsca i w kilku przypadkach nastąpiło przesunięcie pracowników do innych jednostek. I na tym nasze zainteresowanie się tą sprawą wtedy skończyło. Natomiast teraz zobowiązany przez panią minister do ponownego analizowania, stwierdziłem, że właściwie nie jest sprawą oczywistą, w jaki sposób mam to zrobić i przy pomocy jakich instrumentów. Sytuacja w mojej ocenie jest dosyć delikatna. Jako rektor nie chciałbym zbierać w nadmiernej ilości informacji o pracownikach, a relacje rodzinne mogą się zmieniać. Gromadzenie wiedzy na temat grupy pracowników ze względu na powiązania rodzinne byłoby wyodrębnieniem mniejszości. W dzisiejszym świecie, wg standardów życia publicznego, jest niedopuszczalne, byśmy wyodrębniali jakieś mniejszości ze względu na kolor skóry, przekonania religijne, także ze względu na powiązania rodzinne.
– Co w takiej sytuacji?
– Znaleźliśmy takie rozwiązanie, które będziemy wprowadzać w ciągu najbliższego miesiąca. Każdy pracownik będzie składał pisemne oświadczenie, że jego sytuacja rodzinna nie narusza tego punktu ustawy. I że zobowiązuje się, gdyby się to miało zmienić, poinformować pracodawcę. To pozwoli mi z pełnymi przekonaniem odpowiedzieć, że ta ustawa nie jest naruszana. Bo teraz to przekonanie oparte jest na słowach.
– Ale przyzna pan rektor, że 25 osób o tak samo brzmiących nazwiskach na około 92 zatrudnionych w Wydziale Prawa i Administracji to nie jest mało?
– My mówimy o kwestii zgodności z ustawą. W moim przekonaniu ten zapis ustawy jest modelowym przykładem działań pozornych. Jest problem nepotyzmu, jak państwo to nazwaliście, czy powiązań rodzinnych w różnych instytucjach publicznych, ale w moim przekonaniu ten zapis ustawy niczego nie załatwia. W mojej ocenie, jedynym mechanizmem, który powinien zapewnić jakość na Uniwersytecie, są otwarte konkursy, i taki mechanizm funkcjonuje. Ustawa powiada, że pracownika naukowo-dydaktycznego nie można zatrudnić na uczelni w winnym trybie, niż w trybie otwartego konkursu: ogłoszenia tego konkursu w Internecie na stronie uczelni i ministerstwa. Dziekan powołuje komisję konkursową, określa kto ma się w niej znaleźć, a nad tym procesem nadzór ma rektor.
– A minister?
– Nie, ale od decyzji rektora można się odwołać do ministerstwa.
– Czy były takie przypadki na uniwersytecie?
– Nie. Było kilka przypadków, że osoby odwoływały się do rektora od decyzji komisji wydziału, której przewodniczy dziekan. I było kilka przypadków w ostatnich latach, że rektor nakazał powtórzenie konkursu. Moim zdaniem, nie ma innego mechanizmu, jak uczciwe przeprowadzenie konkursu.
– Panie rektorze, skoro pan stwierdził, że prawo nie zostało złamane, to należałoby zadać pytanie, czy jakość pracy na tym wydziale jest zadowalająca. Sprawdziłem ranking wydziałów prawa sporządzony przez Rzeczpospolitą i opublikowany w czerwcu br., niestety, rzeszowski wydział jest na szarym końcu.
– Rankingów jest dużo. Sytuacja na wydziale prawa nie jest w pełni satysfakcjonująca, natomiast nie jest znowu jakoś dramatycznie zła. Bardzo obiektywnym elementem oceny była ewaluacja, czyli parametryzacja jednostek, ogłoszona miesiąc temu przez Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych KEJN. W tej ocenie wydział prawa wypadł przyzwoicie. Na trzy kategorie A, B, C otrzymał środkową kategorię B, jak większość jednostek na uniwersytecie.
– Co się kryje pod tą kategorią?
– To jest średnia, przede wszystkim dorobku naukowego jednostki.
– Na tę kategorie nie miało wpływu to, że wydział nie ma jeszcze uprawnień do nadawania doktoratów?
– Uprawnienia są elementem, który jest punktowany przy tej ocenie, ale nieraz tak bywa, co prawda rzadko, że jednostki, które mają uprawnienia do doktoryzowania, mają kategorię C. Np. nasz zamiejscowy wydział biotechnologii nie ma uprawnień doktorskich, a ma kategorię A. Jest to skomplikowany system oceny. Wydział prawa ma swoje sukcesy, jeśli chodzi o kształcenie studentów. Studenci zdobywali prestiżowe nagrody najlepszego studenta, absolwenta.
– Można to w ten sposób tłumaczyć, że dziś, jeśli młody człowiek nie jest ambitny i sam nie pracuje ciężko, to niewiele zdobędzie.
– Tak. Natomiast niewątpliwe mankamentem wydziału jest brak uprawnień doktorskich, i tu mobilizujemy dziekana i środowisko naszych prawników. Nie widzę związku między tym, że wydział nie ma uprawnień doktorskich a tym zjawiskiem, o jakim rozmawiamy. Jest tradycją i w zawodach prawniczych, i w akademickich, że tytuły i kariery przechodzą z pokolenia na pokolenie. I w naszym uniwersytecie mogę przywołać rodzinę Ożogów, trzech profesorów. Jesteśmy dumni, że Kazimierz Ożóg jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych profesorów naszego uniwersytetu. I co z tego, że jego brat jest też profesorem. Czy to coś złego? Problem nie polega na tym, że w jednej instytucji pracują przedstawiciele powiązani rodzinnie, ale w ewentualnym nepotyzmie. W tym, że do konkursu stają określeni kandydaci i że konkurs ewentualnie rozstrzygany jest nieobiektywnie. W ostatnich dwóch latach był tylko jeden przypadek konkursu na asystenta, kiedy wygrała osoba, której rodzic pracuje także na wydziale. Natomiast był niestety przypadek, kiedy osoba, której rodzic pracuje na tym wydziale, zrobiła habilitację i odeszła z uniwersytetu, bo znalazła lepszą pracę w Krakowie. Ja nad tym boleję, próbowałem zachęcić tę osobę do pozostania u nas.
– Z tego wydziału odeszło wiele osób.
– Zjawisko, że pracownicy po habilitacji odchodzą, jest niestety powszechnym. Boleję nad tym. To jest przyczynek do tego, że nie udaje się wydziałowi uzyskać tych praw do doktoryzowania. Ale powiedzmy sobie szczerze, prawnicy mają więcej ofert pracy niż inni, w większym ośrodku prawnik z habilitacją może otworzyć kancelarię.
– Pan to tłumaczy rynkiem?
– Tak. Z drugiej strony rolą dziekana jest tworzyć taki klimat, by ludzie czuli się związani z wydziałem nie tylko finansowo, ale też jakąś emocją. Ale żyjemy, niestety, w świecie, gdzie panuje prymat czynnika finansowego nad czynnikiem emocjonalnym. I oczekiwanie, że ktoś zrezygnuje z lepszej pensji i pozycji w większym ośrodku na rzecz emocjonalnego związania z uniwersytetem, jest niestety iluzoryczne. Rzeczywistość to pokazuje. W ostatnich latach bardzo dużo cennych, często młodych naukowców odeszło z uniwersytetu.
– Panie profesorze, 31 października, już po ujawnieniu anonimu, prof. Sagan otrzymał od senatu UR nominację na stanowisko profesora zwyczajnego, które nadaje się w uznaniu zasług. Jakie to zasługi?
– Zwyczajem na uniwersytecie jest, że gdy naukowiec otrzyma wcześniej tytuł profesora, to w dopełnieniu jego kariery nie tyle naukowej, co akademickiej nadaje się mu tytuł profesora zwyczajnego. Po uzyskaniu tego tytułu trzeba się jeszcze czymś wykazać, np. wypromować doktorów. Nie nadajemy tego tytułu automatycznie, proces ten trwa od roku do kilku lat. Z tego, co pamiętam, prof. Sagan otrzymał tytuł profesora ok. 2008 r., czyli awans na prof. zwyczajnego nastąpił dopiero po kilku latach. W międzyczasie poszerzył swój dorobek. Jest dziekanem. Zupełny przypadek, że jego nominacja zbiegła się z “ostrzałem” ze strony mediów.
– Z tego co wiem, córka profesora Sagana pracuje na wydziale, którym kieruje jej ojciec.
– Dodam, że zapis wspomnianej ustawy nie dotyczy stanowisk z wyboru. Jeśli dziecko rektora czy dziekana pracuje, to nie narusza to litery ustawy. Czy w tym przypadku jest jakiś problem? Nie jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć. To na pewno nie jest patologia. Patologią byłoby, gdyby ktoś protekcyjnie, stronniczo zatrudniał swoich krewnych na uniwersytecie. Nie można powiedzieć, by w historii uczelni takich sytuacji nigdy nie było. Pewnie były, ale ja mogę zapewnić, że jestem bardzo wyczulony na to, by obecnie takie sytuacje zdecydowanie eliminować.
Rozmawiał Piotr Samolewicz



3 Responses to "Litera prawa jest na Uniwersytecie przestrzegana"