
Protest ratowników medycznym, z różnym nasileniem, trwa już od końca czerwca, ogólnopolski z wypowiadaniem umów o pracę czy rezygnacją z dodatkowymi dyżurami rozpoczął się 1 września. Mimo podpisania przez komitet protestacyjny ratowników ugody z Ministerstwem Zdrowia (21 września) trwa nadal (nie wszyscy zgodzili się na zaproponowane warunki). Jak szacuje resort – wciąż ok. 25 proc. zespołów pozostaje nieobsadzonych. Efekt? Do chorych wciąż wzywane jest lotnicze pogotowie ratunkowe (LPR). Przykład? Na początku października w centrum Warszawy lądował śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, zadysponowany przez dyspozytora medycznego do mężczyzny, który zasłabł. „Taką decyzję podjął dyspozytor medyczny, który – jak zakładam – prawdopodobnie nie miał dostępnej karetki, czyli naziemnego zespołu ratownictwa medycznego” – tłumaczyła Justyna Sochacka, rzecznik LPR. No właśnie, tylko dlaczego nie miał? Przecież przez ostatnie półtora roku ratownicy wyjeżdżali w stolicy i okolicach średnio po 800 razy na dobę, od 30 do 40 proc. tych interwencji dotyczy osób zakażonych COVID-19. W porywach nawet 1200 razy. I dawali radę. Niestety, za tak wytężoną pracę oczekiwali nie tylko oklasków. W czerwcu, kiedy już „padali na twarz”, a epidemia zwolniła, postanowili się upomnieć o „swoje”. Zamiast „paragonów grozy”, które pokazywali turyści znad pobytu nad morzem, pokazali „umowy grozy” – dzieląc się w sieci tym, ile wynoszą ich płace. Średnie stawki z pasków mogły powalić niejednego: 21 – 25 zł brutto za godzinę ciężkiej fizycznie i psychicznie, w dodatku odpowiedzialnej, bo ratującej ludzkie życie, pracy. „Jesteśmy gośćmi od przyjmowania porodów na dworcach. Jesteśmy gośćmi od zbierania czyichś wnętrzności do kupy. Jesteśmy gośćmi od mycia bezdomnych, od zmieniania pampersów osobom starszym. Od walki z sepsą, udarami, zawałami serca. Jesteśmy ogniwem ochrony zdrowia, które zawsze łatało dziury, braki, niedociągnięcia reszty. Jesteśmy Twoją (pacjencie) ostatnią szansą” – pisał na swoim Instagramie ratownik medyczny pod pseudonimem Yanek43. W innym poście podał, że za kilka dni kończy się jego umowa, którą wypowiedział na początku protestów, opiewająca na kwotę 2773 zł brutto (!). Dlatego teraz do zwykłego zasłabnięcia w stolicy wzywany jest LPR, który latał dotychczas do najtrudniej dostępnych miejsc lub osób w ciężkim stanie, które wymagały szybkiego przewiezienia do szpitala w jak najkrótszym czasie. A trzeba wiedzieć, że o ile za świadczenia udzielane przez podstawowe zespoły ratownictwa medycznego przez dwóch ratowników (karetka P) przez całą dobę NFZ płaci, po zapowiedzianej podwyżce – 4187 zł, a z dwoma ratownikami i lekarzem 5583 zł, wyjazd lotniczego pogotowia wyceniony jest dużo drożej. Godzina lotu śmigłowca HEMS kosztuje średnio aż 8900 zł. Zakładając, że każdy z dodatkowych lotów we wrześniu 2021 r. trwał godzinę i był skierowany do osób, którym pomoc mogłaby zostać udzielona przez karetkę, to miesięczny koszt braku porozumienia na linii MZ – ratownicy medyczni kosztuje 738 700 zł. Skąd to wiadomo? Jak wynika z danych przekazanych przez Justynę Sochacką, we wrześniu 2021 r. śmigłowce HEMS wykonały 1521 akcji ratunkowych. To o 83 więcej niż w 2020 (1438) i o 135 więcej niż w 2019 (1386). Najwyższy czas dać ratownikom to, co im się należy jak przysłowiowa „psu buda”.
Redaktor Anna Moraniec


