
Rozmowa z dziennikarką Super Nowości, Martyną Sokołowską, która za tekst „Na tropach zbrodni” otrzymała nagrodę
14. edycji konkursu dziennikarskiego dla mediów lokalnych SGL Local Press 2021 w kat. DZIENNIKARSTWO ŚLEDCZE.
– Sprawą Marka Pomykały i Krzysztofa Pyki zajmujesz się od blisko dwóch lat.
– Tak. Na przełomie wiosny i lata 2020 roku zadzwonił do mnie mężczyzna, przedstawiając się jako bliski znajomy rodziny Marka. Zapytał, czy interesuje mnie „dobry temat”. Spotkaliśmy się, opowiedział mi o sprawie. Okazało się, że jest ona bardzo zawiła i wielowątkowa. Pokazał mi też uzasadnienie umorzenia śledztwa w sprawie zabójstwa Marka Pomykały i Krzysztofa Pyki, które w latach 2014 – 2015 prowadziła Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie. Już pobieżna lektura dokumentu wprawiała w osłupienie. Odniosłam wrażenie, że zrobiono wszystko, aby obu tych spraw nie wyjaśnić. Pochodzę z Sanoka, tak samo jak Marek. Kiedy zaginął, miałam 13 lat, wtedy o sprawie nie słyszałam. Po latach okazało się, że mimo różnicy wieku mamy wspólnych znajomych. Zaczęłam
więc pytać i drążyć temat.
– Co do tej pory udało się ustalić?
Przede wszystkim udało mi się dotrzeć do osób, które potwierdzają, że Marek Pomykała zajmował się sprawą śmierci milicjanta Krzysztofa Pyki i śmiertelnego wypadku, do którego w 1985 roku doszło w Łączkach w powiecie leskim.
– Dlaczego to ważne?
Bo wbrew temu, co ustaliła rzeszowska prokuratura, były policjant Tadeusz P. miał motyw, aby pozbyć się sanockiego dziennikarza.
– Sprawa zaginięcia Marka musi być rozpatrywana łącznie ze śmiercią Krzysztofa Pyki. Co łączy te sprawy?
– Postać byłego policjanta Tadeusza P. Już teraz wiemy, że był on sprawcą wypadku w Łączkach w 1985 r. Zostało to ustalone przez Prokuraturę Okręgową w Rzeszowie w 2015 r. To on spowodował wypadek, w wyniku którego zginął Edward Krajnik. Wtedy na miejsce zdarzenia przywieziony został ojciec Tadeusza P. Przebywał on wtedy w odwiedzinach u syna, bo na co dzień mieszkał na Śląsku. I to właśnie ojciec Tadeusza P. wziął na siebie winę za spowodowanie wypadku, prawdziwy sprawca nigdy nie poniósł odpowiedzialności. Pechem Krzysztofa, jeśli tak możemy powiedzieć, było to, że wracał do domu autobusem i najechał na ten wypadek. Wysiadł z pojazdu i chciał pomóc w czynnościach.
– I to go zgubiło?
– Można tak powiedzieć. Widział, co się naprawdę stało na miejscu wypadku, był świadkiem tuszowania jego prawdziwych okoliczności. Później miał opowiadać swoim znajomym, że jest naciskany, aby podpisał nieprawdziwe protokoły, korzystne dla sprawcy. Odmówił i to go zgubiło.
Od odnalezienia ciała Krzysztofa w Jeziorze Solińskim minęło 11 lat,
a sprawą wypadku i śmierci Pyki zainteresował się Marek Pomykała. Parę miesięcy przed swoim zaginięciem wypytywał policjantów o tamte wydarzenia. Zdradził też znajomemu, że pracuje nad sprawą wypadku w Łączkach. Zatem sprawę Edwarda Krajnika, Krzysztofa Pyki i Marka Pomykały łączy osoba Tadeusza P.
– Kim on jest?
– To nie jest człowiek stąd. Pochodzi ze Śląska, w Bieszczady przyjechał po szkole oficerskiej w Szczytnie. W wieku 24 lat został zastępcą komendanta milicji w Lesku, po 1989 roku pozytywnie przeszedł weryfikację i do emerytury pracował sanockiej komendzie policji. To osoba, która w pamięci swoich współpracowników została zapamiętana jako apodyktyczna, agresywna, nielubiąca sprzeciwu, mściwa. Pierwszy kontakt mieliśmy przez telefon, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Podczas pracy nad wspólnym reportażem z dziennikarzem Onetu pojechaliśmy do niego do domu, ale nie otworzył nam drzwi, mimo, że był wówczas w mieszkaniu.
– Tadeusz P. przez te wszystkie lata nigdy nie został przesłuchany.
– Dla mnie jest to niepojęte. Do dziś pracują tutaj na Podkarpaciu dzieci
i bliscy osób, które w przeszłości tuszowały tę zbrodnię. Niektórzy policjanci z Sanoka robili bardzo wiele, aby wyjaśnić tę sprawę, ale nie mieli łatwo. Dlatego dobrze, że ta sprawa trafiła do śledczych spoza regionu.
– Ciekawe są te rodzinno-osobiste relacje osób zaangażowanych w każdą z tych spraw.
– Kiedy na początku poznawałam detale tych spraw, jedna z osób mówiła mi o panującej zmowie milczenia, która utrudnia ich rozwiązanie. Wtedy wydawało mi się to nieprawdopodobne. Niemożliwe przecież, żeby po upływie tylu lat te osoby nadal się bały. Byłam zaskoczona, kiedy zaczęłam docierać do ludzi, których wcześniej znałam z kręgów zawodowych i oni mówili, że o tych sprawach nie będą ze mną rozmawiać. Mówili „nie drąż tego, bo coś może się wydarzyć”. Zaczęłam się zastanawiać, co tu się dzieje. Dotarłam do policjanta z jednego z małych, bieszczadzkich posterunków, który potwierdził, że Marek pytał go o tajemniczą śmierć Krzyśka Pyki. I ten policjant też powiedział, żebym uważała, bo „coś może się wydarzyć”. Minęło ponad 36 lat od śmierci Edwarda Krajnika, 35 lat od śmierci Krzysztofa Pyki i 24 od zaginięcia Marka Pomykały, a ludzie do dziś boją się mówić.
– A ty podczas pracy nad tą sprawą bałaś się?
Bywały momenty, że tak. Zdarzało się, że jechałam do moich rozmówców, których przecież nie znałam, późnym wieczorem, sama. Wsiadałam w samochód i jechałam w Bieszczady.
– Niektórzy ludzie nadal boją się mówić o wydarzeniach, jakie miały miejsce w Bieszczadach w połowie lat 80. Jak sądzisz, dlaczego tak jest?
– To są małe społeczności, gdzie nie jesteś anonimowy. Wioski w Bieszczadach liczą kilkadziesiąt osób, jeśli ktoś coś powie, to od razu będzie wiadomo kto. Taka osoba naraża się na ostracyzm, a być może i zemstę. Lata płyną, a policjant, który łączy te trzy sprawy, do dziś nie został przesłuchany. To też ma wpływ na to, że ludzie nie chcą rozmawiać.
– Ciekawe jest też to, że nazwiska osób zaangażowanych w sprawę śmierci Krzysztofa Pyki występują też w sprawie Marka Pomykały.
– To pokazuje te lokalne powiązania. Sanocka komenda jest mała. Policjantów w tamtym czasie pracowało stu kilkudziesięciu. To nie jest wielki gmach, a oni przecież ze sobą wtedy rozmawiali, wychodzili na papierosa. Zaginął dziennikarz, co też nie zdarza się każdego dnia. Dziennikarz, którego znali, bo jeździł razem z nimi np. na materiały. Nie wierzę, że nie dyskutowali o tym. To było 11 lat po śmierci Krzysztofa Pyki, a Tadeusz P. pracował w ich komendzie jako szef wielu z nich. Zresztą niedawno udało mi się dotrzeć do jednego z sanockich policjantów, który opowiedział mi, że kilka miesięcy przed zaginięciem Marek prosił go, aby pogrzebał przy sprawie wypadku w Łączkach i śmierci Krzysztofa Pyki. Pytał też o Tadeusza P.
– Bliscy Marka na początku myśleli, że popełnił samobójstwo.
– Marek był zafascynowany śmiercią, miewał myśli samobójcze. W przeszłości podjął też dwie próby odebrania sobie życia. Jednak rodzice zaczęli dostrzegać takie szczegóły, jak np. to, że samochód Marka znaleziony przed zaporą był zamknięty, podczas gdy on nie miał w zwyczaju go zamykać. Wychodząc feralnego wieczoru z domu, nie zabrał ze sobą torby, bez której właściwie nigdzie się nie ruszał, a notes, dyktafon i aparat fotograficzny zniknęły i do dzisiaj nie wiadomo, co się z nimi stało. Na tych nośnikach mogły znajdować się ważne informacje i tropy. Śledczy nigdy nie sprawdzili też komputera dziennikarza.
Marek w wieczór swojego zaginięcia dzwonił też do redakcyjnego szefa, prosząc o przygotowanie wypłaty, po którą miał przyjechać nazajutrz, oraz do komendanta i zastępcy komendanta wojewódzkiego policji. W jakim celu? Co takiego im powiedział? Tego do dzisiaj nie udało się ustalić, bo obaj zasłaniają się niepamięcią.
Przełomem miały być zeznania kochanki Tadeusza P., która miała powiedzieć, że były policjant opowiedział jej, iż miał zabić Marka Pomykałę, wskazał też miejsce ukrycia zwłok. Śledztwo wszczęte po jej zeznaniach zostało po niespełna roku umorzone. Prokurator prowadząca sprawę nie przesłuchała byłego policjanta nawet w charakterze świadka, nie zleciła też przeszukania posesji, na której sanocki dziennikarz, według słów kochanki P., miał zostać zamordowany. Posesja została przeszukana dopiero przez śledczych z Krakowa w maju ubiegłego roku.
– Twoim zdaniem, Marek Pomykała mógł popełnić samobójstwo?
– Nie. Osoby, z którymi rozmawiałam, mówiły, że to nie był okres, w którym Marek mógłby popełnić samobójstwo. Był w niezłej formie, złapał pół etatu w „Gazecie Bieszczadzkiej”, wrócił do „Tempa”. Miał też sporo planów na najbliższe dni i tygodnie – wypad w Bieszczady w długi majowy weekend, wspólne wakacje z kolegą, zakup nowego samochodu. Tak nie zachowuje się osoba, która planuje swoją śmierć.
– A Krzysztof Pyka został zamordowany, twoim zdaniem?
– Tak. Rozmawiałam z mężczyzną, który pracował z nim w jednym posterunku milicji. Wyciągał ciało Krzysztofa z Jeziora Solińskiego. On też nie wierzy w przypadkową śmierć, samobójstwo czy wypadek. Opowiadał mi o okolicznościach znalezienia ciała młodego milicjanta, mężczyzna miał dziurę w głowie, która wyglądała jak ślad po uderzeniu, ponoć wyłamane palce w dłoni. Nie możemy tego potwierdzić, bo cała dokumentacja, wyniki sekcji zwłok i inne zaginęły lub zostały zniszczone.
– Myślisz, że kiedyś ta zmowa milczenia zostanie przełamana i uda się wyjaśnić te sprawy?
Myślę, że tak. Zresztą, to już się poniekąd udało, bo osoby z najbliższego otoczenia domniemanego sprawcy zaczęły mówić. To, co się wydarzyło, to tragedia trzech rodzin. Każda z nich czeka na sprawiedliwość. Rozmawiałam niedawno z ojcem Marka. Powiedział, że on pragnie już tylko odnaleźć szczątki syna i pochować je w grobowcu.



2 Responses to "Ludzie nie chcą rozmawiać"