
wraz z najgroźniejszymi dla władzy działaczami opozycji niepodległościowej. Fot. Archiwum
Po publikacji na łamach dziennika Super Nowości tekstu pt.: „Zagadka tajemniczych zwłok rozwiązania”, w którym informowaliśmy, że szczątki mężczyzny znalezione w Bieszczadzkim Parku Narodowym w połowie 2020 roku należą do byłego opozycjonisty i solidarnościowca, Jacka Cieślickiego, z naszą redakcją skontaktował się jego kolega, dziennikarz miesięcznika „Wnet”, Jacek Zommer. Publikujemy fragment tekstu będący wspomnieniem zmarłego, który w oryginale ukazał się we „Wnet” we wrześniu tego roku.
W ostatnich dniach sierpnia 2020 roku w Bieszczadach, na szczycie Połoniny Wetlińskiej niedaleko szlaku, pracownicy remontujący tamtejsze schronisko „Chatka Puchatka” znaleźli w lesie ludzkie szczątki, a w ich pobliżu okulary, fragmenty kurtki, but, zegarek i australijskie prawo jazdy na nazwisko Jacka Cieślickiego, byłego opozycjonisty internowanego w stanie wojennym w Bieszczadach. Data na zegarku wskazywała, że zatrzymał się on w listopadzie 2019 roku.
Sprawę przyczyn śmierci znalezionego człowieka prowadziła Prokuratura Rejonowa w Lesku. Policjanci badający teren napotkali też pozostałości obozowiska i miejsce po wypalonym ognisku. Ślady i znalezione przedmioty zostały zabezpieczone przez policję. Wyniki badań genetycznych DNA szczątków odnalezionych w lesie zostały przesłane do stolicy Australii Canberry celem ich porównania z DNA zamieszkałego tam syna Jacka Cieślickiego. Po pół roku oczekiwania było już pewne, że ciało odnalezione w Bieszczadach to zwłoki byłego redaktora naczelnego pisma „Wolny Związkowiec”.
Jacek Cieślicki urodził się 4 listopada 1941 r. w Krakowie. Był absolwentem Politechniki Śląskiej w Gliwicach, Wydziału Technologii i Inżynierii Chemicznej. Od 1974 do 1981 roku pracował Hucie „Katowice” znajdującej się na terenie miasta Dąbrowa Górnicza. W sierpniu 1980 r. był kierownikiem – chemikiem w Dziale Ochrony Środowiska HK.
– Na początku września przebywałem w Gdańsku, gdzie dyskutowano o zasadach tworzenia nowych organizacji związkowych w zakładach pracy – wspomina Zbigniew Kupisiewicz, pierwszy naczelny „Wolnego Związkowca”. Nasza obecność była tam przyjmowana owacyjnie, bo już było wiadomo, że Śląsk nie zawiódł, a postawa górników i hutników przyspieszyła podpisanie porozumień gdańskich. Przed stocznią podeszły do nas dwie kobiety i powiedziały, że w Hucie Katowice pracuje ich brat i syn – Jacek Cieślicki. Dodały, że na nim można polegać i że nigdy nie zawiedzie. Na pożegnanie wręczyły nam kartkę z jego adresem. Po powrocie nawiązaliśmy kontakt z Jackiem, a dziś, po latach, mogę stwierdzić, że nigdy nie zawiódł.
Jacek zadebiutował w 6. numerze „Wolnego Związkowca”, po dwóch tygodniach od pierwszego wydania. Jego fenomen polegał na tym, że używał prostych słów, które robotnicy wreszcie rozumieli. Potrafił być krytyczny i często zachęcał, aby nie wytykać tylko innym ich wad, ale popatrzeć też w lustro. Jacek był bardzo pracowity i odważny. Serwisy informacyjne powstawały w dzień i w nocy, a on, przygotowany na wszystko, zawsze miał ze sobą szczoteczkę i pastę do zębów, witaminę C i zaszyte w nogawkach spodni pilniki i piłki do przecinania krat. Mówił – nigdy nic nie wiadomo. Choć był w samym centrum tamtej polityki, nie dał się wciągnąć w dość powszechne wtedy wiecowanie. Ciężko pracował i nie zmarnował ani jednego dnia.
Kiedy na początku sierpnia 1981 r. Jacek Cieślicki zdecydował się na przedruk w „Wolnym Związkowcu” materiałów z rysunkiem niedźwiedzia przypominającego ówczesnego I sekretarza KC PZPR, Leonida Breżniewa, trzymającego w łapach wycieńczonego człowieka – symbol Polski, nikt w redakcji nie przewidywał, że informacja ta postawi na nogi zarówno aparat partyjny w Moskwie, jak i w Warszawie.
– Była to spora awantura – mówi Zbigniew Kupisiewicz. Jacek otrzymał z Puław list, a w nim kilka ostatnich wydań biuletynu „Solidarności Puławskiej”. Koledzy z Puław opisali szczegółowo akcję, jaką przeciwko pismu prowadziła puławska milicja i prokuratura. Podobne informacje dotarły już do nas z innych rejonów kraju. Cała sprawa robiła wrażenie odgórnie nakręconej akcji, której efektem miało być rozprawienie się z prasą związkową.
W tym czasie mieliśmy problem z zamknięciem przygotowywanego nr. 30. „Wolnego Związkowca”. W trakcie druku okazało się, że pojawiła się wolna strona. Jacek postanowił wstawić tam rysunki. Przygotowane mieliśmy dwa: robotnika z krzyżem i wydrukowaną wcześniej w „Solidarności Ziemi Puławskiej” karykaturę z niedźwiedziami.
Fakt ten władze wykorzystały jako pretekst do rozpętania histerycznej kampanii propagandowej przeciwko Solidarności w Hucie Katowice, a Cieślickiemu – redaktorowi naczelnemu – do wcześniejszego zarzutu dodano jeszcze artykuł 283 par. 3 kk (obraza I sekretarza KC ZSRR Leonida Breżniewa).
Sprawa szkalowania przywódcy ZSRR bardzo rozsierdziła ówczesnego premiera Mieczysława Rakowskiego. Na jednym z posiedzeń w Komitecie Centralnym z furią wymachiwał biuletynem i krzyczał, że dostał to z ambasady radzieckiej. Rysunki z niedźwiedziami były jak policzek wymierzony przez Solidarność „wielkiemu bratu”.
Sprawa represji wolnej prasy związkowej w Polsce odbiła się szerokim echem daleko poza granicami kraju. Rozgłos nadały jej radiostacje Wolnej Europy, Głosu Ameryki, BBC i France Internationale. Pismo zyskało na popularności, a „Wolny Związkowiec” z podobizną „misia” jeszcze długo ukazywał się powielany przez wiele struktur związkowych w całym kraju.
13 grudnia 1981 r. po wprowadzeniu stanu wojennego Jacek Cieślicki został internowany wraz z najgroźniejszymi dla władzy działaczami opozycji niepodległościowej. Najpierw był internowany w Strzelcach Opolskich, następnie w: Zabrzu-Zaborzu, Nowym Łupkowie, Uhercach, Załężu k. Rzeszowa i ponownie w Nowym Łupkowie.
– Jacek Cieślicki był znany w regionie jako redaktor naczelny „Wolnego Związkowca”, a także autor satyrycznych tekstów – mówi jego przyjaciel Krzysztof Gosiewski. Poznałem go podczas internowania w Zabrzu-Zaborzu, gdzie przebywaliśmy w tym samym pawilonie.
Tam Jacek zasłynął wśród internowanych tym, że opracował technologię produkcji owocowego wina z marmolady, którą dość często dawano nam na kolację. Słowem: „niezły jajcarz”. Jako człowiek z otwartą głową, w dodatku specjalista od chemicznych technologii i inżynierii, zaczął interesować się niebudzącymi dotychczas szczególnej uwagi blokami marmolady, które w godzinach wieczornych klawisze wykładali na stojący w korytarzu stolik. Dość szybko załatwił dostawę drożdży winnych, które, o ile wiem, w małej paczuszce dostarczono mu podczas widzenia. Technologia Cieślickiego była stosunkowo prosta. Jacek zebrał starannie wyliczoną liczbę słojów, w których troskliwe rodziny dostarczały na widzeniach jakieś domowe delicje. Słoiki wypełniał mieszaniną marmolady z wodą, oczywiście z odpowiednim dodatkiem drożdży. Słoik zakręcał przykrywką. (…) Ustalono konieczne dyżury, by co kilka godzin – nawet w nocy – odkręcać na moment pokrywki słoików. W smutnym pawilonie wieczorami zrobiło się wesoło, a przynoszone przez klawiszy bloki dość marnej marmolady znikały natychmiast, przekazywane do alkoholowej produkcji. Znałem Jacka jako bardzo fajnego, może trochę złośliwego, ale świetnego kompana o dużym poczuciu humoru. Tak będę go zawsze wspominał.
– Z Jackiem byłem w celi od Łupkowa – mówi mieszkający w Kanadzie od 1983 r. Roman Walczak, przywódca od 1980 r. Solidarności Podbeskidzkiej. – Był to bardzo życzliwy, uśmiechnięty chłopak, nie wchodzący w ukryte „zachowawcze” zagrywki, których w więzieniu nie brakowało. W celi był rozmowny, nigdy nie ukrywał swoich poglądów. Jacek wzmacniał nas swoją postawą i wszechstronną wiedzą. Bywają ludzie mocni i łamiący się w takich przypadkach. Jacek dawał nam iskrę nadziei. To się wyczuwało, nie pchał się do „przodka”, w przeciwieństwie do innych.
– Kontaktował się z niewieloma kolegami z „Wolnego Związkowca” – mówi Zbigniew Kupisiewicz. Pierwszy raz do Polski przyjechał pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Spotykał się m.in. z Czesławem Świerczyńskim, z którym robił m.in. gazetę. Gdy rozmawiałem z Cześkiem, mówił, że jak się widział z Jackiem, to miał ostry, ale smutny dowcip. Ale to było kilkanaście lat temu.
Przeciwko Jackowi Cieślickiemu nie wszczęto procesu. Postanowiono go zastraszyć i przekonać do wyjazdu, grożąc konsekwencjami w razie powrotu. Z internowania Jacek Cieślicki wyszedł 15 października 1982 roku. Rok później wyjechał do Australii.
Od autora: Pod koniec lat 90. przez długi czas próbowałem nawiązać kontakt z Jackiem w Australii. Kiedy byłem już tuż-tuż, okazywało się, że zmieniał miejsca zamieszkania. Korespondencja miała trochę dziwny przebieg. Jacek zażyczył sobie, by pisać do niego faksem. Kartkowa rozmowa nie kleiła się – dało się wyczuć zgorzkniałość i rozżalenie po drugiej stronie. W hucie nadal był bohaterem i wielu oczekiwało, że wróci do zakładu. W porozumieniu z władzami Solidarności Huty Katowice zaproponowałem Jackowi powrót na stałe do kraju i pracę w dawnym wydziale ochrony środowiska, ale odmówił.
– Czy wiesz, że zamierzam napisać książkę?
– zapytał. – Wiesz, jaki będzie miała tytuł? Jak wypier… mnie Bolek.
Była to ostatnia nasza pisemna rozmowa.
Tekst Jacek Zommer (skrót pochodzi od redakcji Super Nowości)



One Response to "Ludzkie szczątki na Połoninie Wetlińskiej"