
– Pamiętasz pierwszy grób, a może cmentarz żydowski, na który natrafiłaś?
– To było ponad 10 lat temu. Wędrując po Bieszczadach, kiedy prowadziłam fotodokumentację dziedzictwa kościołów wschodnich, czyli cerkwi. Tam, najczęściej tuż obok cmentarzy grekokatolickich czy prawosławnych, znajdowały się te z macewami. Były niezwykłe – przepięknie zdobione, zupełnie nieznanym liternictwem, a jednocześnie potwornie zaniedbane. Miejsca grozy. Tak dotarłam na cmentarz w Lutowiskach, który 12 lat temu zagościł w moim sercu i który co roku odwiedzam. Ale ponieważ mieszkałam w Jaśle, gdzie też jest cmentarz żydowski, od dziecka miałam świadomość, że tu była społeczność żydowska. Aczkolwiek w szkole już o tym nie wspominano. Do tej pory znajomość lokalnej historii w tej kwestii jest marna.
– Zniszczone macewy to dziś jedyne ślady po żydowskich sąsiadach?
– Absolutnie nie. To są domy, synagogi, cmentarze, ale też osoby znane z działalności w danej społeczności. Na każdym kroku, w każdej wsi czy miasteczku to dziedzictwo żydowskie – zarówno materialne, jak i niematerialne – jest. Natomiast w świadomości społeczeństwa już nie bardzo.
– Ludzie zapominają, a może wypierają z pamięci, że Żydzi byli ich sąsiadami?
– To coś takiego, jak zamrożenie bólu na stłuczonym kolanie. I nieważne, czy zostało stłuczone w wyniku naszej głupoty, nieuwagi, albo celowego działania, np. zadania odwetu. Zamrożenie bólu wprawia nas w chwilowe zadowolenie, koi poczucie odpowiedzialności za wybór, którego dokonaliśmy, tyle że później konsekwencje mogą być daleko poważniejsze. Po wojnie w tym kraju nie przepracowano bycia świadkiem zbrodni zza firanki. Nie przepracowano współudziału, współwiny, ani zaniechania, czy przejęcia żydowskiego majątku zaraz po tym, jak żydowska społeczność zniknęła z miasteczek i wsi. I nie przepracowano jeszcze jednej bardzo ważnej rzeczy – poczucia bezsilności, bezradności i tęsknoty za swoimi utraconymi żydowskimi sąsiadami. W wielu rodzinach to była bardzo mocna trauma, kiedy na ich oczach ginęli przyjaciele, kiedy widziano egzekucje dzieci, z którymi ich własne, chodziły do szkoły. Gdy tylko wojna się skończyła i próbowano dojść ze swoim głosem cierpienia straty po żydowskich sąsiadach, to od razu przypinano łatkę prokomunisty, żydofila, zdrajcy wyznania katolickiego. Dlatego ludzie woleli trzymać w sobie ten ból. Potem przyszedł 68 rok i znowu zaczęły się czystki…
– Od dawna mówi się, że trauma Holokaustu przechodzi na kolejne pokolenia Żydów. Ale Polacy też noszą ciężar…
– Uważam, że cały czas siedzi to w naszym kraju. A poza tym nie musiano się wstydzić podłych, nieludzkich odruchów, bo nie było przed kim. Z jednej strony nieżydowscy Polacy słyszą nakaz wyznania grzechów, pokuty, zadośćuczynienia, ale z drugiej przez dziesiątki lat odmawia się żydowskiej społeczności godności do bycia ofiarą największej zbrodni. W jednej i drugiej grupie byli: i źli i dobrzy, i sprawiedliwi i podli. Być może ciężar życia na największym cmentarzu Europy, jakim jest nasz kraj, gdzie na każdym kroku napotykamy się na miejsca przesiąknięte krwią, powoduje wyparcie oraz odrzucenie. Widać tendencję do wysuwania na pierwszy plan bohaterstwa Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, cierpienia nieżydowskich Polaków, budowania instytucji narodowej, w której nie ma pamięci o Żydach. Ja zawsze podkreślam, że odwaga, miłość do człowieka i odpowiedzialność za jego życie, którymi byli wypełnieni Sprawiedliwi to ich cecha osobista, ale nie cecha narodowa nieżydowskich Polaków. To nie jest gen występujący w każdym z nich.
– Podczas obchodów 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz dr Piotr Cywiński, dyrektor Muzeum Auschwitz-Birkenau mówił m.in: „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata nie dawali lajków, nie pisali protest-songów, nie podpisywali petycji on-line. Oni dokonywali nieskończonego dobra w dramatycznych warunkach, ratując konkretnego człowieka. Ale tylko dlatego zachowali twarz i godność. Jakże my, z całą naszą kulturą pamięci, wypadamy na ich tle dzisiaj?”
– U nas miłość bliźniego zeszła do teatru pamięci, który odbywa się raz czy dwa razy do roku. Jest złożenie kwiatów pod pomnikami, zapalenie zniczy, relacja w mediach i tyle. Co z edukacją, umożliwieniem młodym ludziom przepracowania Holokaustu? W końcu to była próba wymordowania wszystkich europejskich Żydów, zniszczenia ich kultury i podważenie fundamentów ludzkich wartości. To były działania zaplanowane dużo wcześniej. Jak mówi Marian Turski, „to przez lata tuptało”. Z antysemityzmem, pogardą, homofobią, ksenofobią, rasizmem wchodziło w grupy społeczne coraz głośniejszymi i odważniejszymi krokami. Holokaust jest wynikiem ludzkiego działania i instytucji, które są za to odpowiedzialne. Przecież strach, chciwość, mściwość, obojętność, czy w końcu presja to ludzkie cechy, które doprowadziły do Holokaustu i które dziś są równie mocne. To, co działo się po wojnie w krajach Afryki, byłej Jugosławii, czy ostatnio na granicy polsko-białoruskiej to dowód na to, że ludzkość nie odrobiła lekcji. Mowa nienawiści przeszła w czyn nienawiści, a to doprowadza do zbrodni.
– Jak dziś opowiadać o Holokauście i samych Żydach?
– Na przykład poprzez przywracanie szacunku do miejsc, w których są pochowani, mówienie o nich z imienia i nazwiska. Zbierając świadectwa mówione od starszych osób, wielokrotnie dostrzegałam w nich ulgę, że wreszcie mogą opowiedzieć o swoich sąsiadach, wykrzyczeć ból po ich stracie. Niektóre relacje były przejmujące, bo ktoś po 70 latach opowiedział, jak bardzo tęskni za żydowską koleżanką ze szkolnej ławki.
– Sama organizujesz spacery pamięci, prowadzisz warsztaty dla najmłodszych dotyczące kultury żydowskiej…
– Opowiadam im o zwyczajach świątecznych, obrzędach, ale też o dziecięcych zabawach, o tym jak wyglądało życie codzienne, kuchnia. I jak to wszystko jest podobne do naszego obecnego życia. W końcu przez 10 wieków przenikania się kultury i tradycji nie ma możliwości, żeby jedna z drugiej nie korzystała. Chrześcijaństwo wywodzi się bezpośrednio z judaizmu i widać, jak wiele przeniesiono z tej religii. Dzieci są bardzo otwarte na te informacje. Dostrzegam w nich ciekawość i zaskoczenie. Myślę, że obowiązkiem edukatorów, nauczycieli, badaczy, czy historyków jest prawdziwe opowiedzenie o żydowskim i nieżydowskim życiu przed wojną.
– A jak rozmawiasz z dorosłymi?
– Staram się im uświadomić, jak wiele osiągnięć intelektualnych, artystycznych, jak wiele dziedzictwa żydowskiego jest w historii państwa polskiego nieżydowskiego. Zależy mi, by zrozumieli, że wspólnie budowane, wielokulturowe państwo ma ogromną wartość.
– Twoje własne odkrycia?
– Tak naprawdę na każdym kroku dowiaduję się czegoś nowego. To są wspomnienia o tym, jak rozmawiano sobie popołudniami na ulicy, jak w czasie świąt wzajemnie się odwiedzano i dzielono chałką, gdy przychodził szabat, albo obdarowywano prezentami w Boże Narodzenie. To historia synagogi w Jaśle, która otwierała się przepięknym koncertem dla wszystkich – żydowskich i nieżydowskich jaślan. Była miejscem kultury. Oczywiście, są świadectwa mówiące o czynach haniebnych. To są te najtrudniejsze momenty, kiedy ja odczuwam lęk i zobojętnienie wobec ofiar. Za każdym razem, kiedy wyglądam w zimie przez okno, czuję zmarznięte dzieci, które ukrywają się w jamach. Kiedy w lecie, idziemy w Marszu Pamięci z Rymanowa do Wróblika Szlacheckiego czuję skwar palący ludzi, którzy przez kilka godzin siedzieli na otwartym słońcu bez wody, czekając w przerażeniu na transport do Bełżca. Tamci ludzie nie mieli żadnego wyboru, bo i jaki – zginąć przez kulę na miejscu czy zginąć w komorze gazowej? My mamy dziś tyle wyborów jak żyć. Tylko trzeba przestać nakręcać spiralę podziału, starać się żyć ze sobą i cieszyć tym, co się ma. Czasy koronawirusa sprawiły, że ja bardzo to doceniłam. Wszyscy mogliśmy się poczuć jak ludzie w czasie wojny – zamknięci w mieszkaniach, albo getcie, pozbawieni praw, które do niedawna były oczywiste.
– Która z historii była dla Ciebie najbardziej bolesna?
– Walka o dziewczynki, które zaadoptowałam sercem jak własne dzieci. Do momentu, w którym nie doprowadziłam do ich godnego pochówku w Tarnowie, czułam niesamowity kamień i odpowiedzialność za to, co się wydarzyło (patrz ramka). Zdecydowanie pochówek Salomei i Racheli zawsze będzie najbardziej znaczącym wydarzeniem, jeśli chodzi o ochronę pamięci ofiar Holokaustu. Natomiast moi znajomi mówią, że staję się osobą od spraw beznadziejnych. Kolejna historia dotyczy nowego cmentarza żydowskiego w Jaśle, przez który w 2021 r. przeprowadzono drogę. Pomimo protestów wykopano stamtąd szczątki pochowanych w pochówkach rytualnych 11 żydowskich jaślan. Później były przechowywane nie wiadomo gdzie i nagle pojawiły się w drewnianych skrzyniach z krzyżem z Chrystusem. Ich pogrzebu na Cmentarzu Ofiar Terroru Niemieckiego w Warzycach dokonał ksiądz rzymskokatolicki. Nie było tam rabina, ani nie zachowano zasad halachicznych. Już bardziej nie można było okazać pogardy albo obojętności…
– Oficjalnie to nie byli Żydzi.
– Początkowe informacje były takie, że szczątki są wykopywane poza granicami cmentarza i są nieżydowskie. Jednocześnie podawano, że znaleziono przy nich np. fragmenty macew, że szczątki i macewa należały do kobiety. Mnóstwo sprzeczności, które miały na celu ochronę dalszych działań inwestycyjnych i odwrócenie uwagi od skandalicznego procederu. Kiedy o tym myślę, kolejny raz nachodzi mnie refleksja, że nie dokonano rewizji podejścia do ofiar Holokaustu do społeczności żydowskiej. Jestem pewna, że ta sytuacja nie miałaby miejsca, gdyby ktoś próbował wybudować drogę przez katolicką nekropolię. W całej Polsce cmentarze żydowskie są traktowane jako miejsca pod inwestycje i składy budowlane. W końcu i tak nie było nikogo, kto by się o to upomniał.
– Nie w tym przypadku…
– Od roku staram się, żeby miejsce pochówku tych 11 skrzyń ze szczątkami żydowskich mieszkańców Jasła zabezpieczyć. Ustawiłam tam drewnianą macewę, bywam kilkanaście razy w roku, organizuję spotkania z lokalnymi mieszkańcami, lekcje z dziećmi, żeby o nim nie zapomniano. Równolegle z komisją rabiniczną i przyjacielem z Izraela zwróciliśmy się do wojewody z petycją o umożliwienie postawienia tam pomnika. Z kolei Stowarzyszenie Ahawas Tora z Poznania na czele z rabinem Marcinem Natanjehuda Dudek-Lewin, założyło sprawę w sądzie przeciwko Podkarpackiemu Zarządowi Dróg Wojewódzkich o bezprawne prowadzenie działań na terenie cmentarza, ekshumowanie i pochowanie ich bez zachowania prawa halachy. Dysponujemy przedwojennymi mapami, z zaznaczonymi granicami nowego cmentarza. Strona żydowska ma nadto argumentów, by udowodnić, że doszło do zbrodni…
– Ludzie często potrafią powiedzieć: „W tym domu ten i ten ukrywał Żydów”, albo „Tam za drogą tamten zabił”. Pamiętają, kto i gdzie to zrobił, ale o owych ocalonych albo zamordowanych wiedzą niewiele? To spłycanie tego dramatu?
– Tak, bo w momencie, kiedy ci, którzy przeżyli wchodzą na żydowskie pola, domy, przestają myśleć o tym, gdzie są. Nagle schodzi na dalszy plan imię, nazwisko, odczucia. Super, my przeżyliśmy A tamci? Trudno, są ofiarami. Musieli. To jest przerażające. Ale bierze się z braku poczucia, że to swoi, to jesteśmy my, a nie obcy. Bez względu na to, komu natniemy skórę, wypływająca krew, zawsze ma ten sam kolor. I serce też mamy po jednej stronie. Czyli musi być jakiś czynnik, który nas wiąże. Nieważne, jak się nazywa, ale niesie ze sobą odpowiedzialność za życie drugiego człowieka.
– Każda rodzina ma swoją wojenną przeszłość. Jaka była Twoich bliskich? Czy miała wpływ na to, co dziś robisz?
– Myślę, że jestem obarczona strachem przed wojną, ponieważ od dzieciństwa wychowałam się na historiach wojennych, jakie doświadczyły rodziny ojca mojej matki. W wieku 16 lat wraz ze czworgiem rodzeństwa i rodzicami uciekali nocnym pociągiem przed rzezią wołyńską. Zostawili wszystko – majątek, żydowskich i nieżydowskich sąsiadów – całe swoje życie. Zostało im tylko kilka walizek. Mój pradziadek w Stanisławowie był kierownikiem stacji kolejowej. Już za samą funkcję był skazany na wyrżnięcie przez ukraińskich morderców, ale ktoś go ostrzegł: „Antoni, ty musisz uciekać! Po was przyjdą jutro!” To był ukraiński sąsiad. Mój dziadek przeżył straszną traumę i nigdy o tym nie opowiadał. On nauczył mnie miłości i tolerancji do innych. Był rolnikiem, bardzo twardym, ale miał szacunek do każdego człowieka. Wyobraź sobie, że po przyjeździe tutaj, w czasie wojny ciągle słyszał: „Ty rusku!” Dlaczego? Bo w Stanisławowie mieli zaśpiew, jak we Lwowie. Ich mowa była od razu do rozpoznania. Ludzie, którzy żyli tutaj, traktowali uciekinierów z polskich ziem, jako „tych ruskich”. Dziadek przez pierwsze lata się z tym zmagał.
– A rodzina Twojego ojca?
– To Węgrzy, którzy przeżyli swój Holokaust. Ojciec mojego taty był oficerem wojska polskiego, którego chciano wsadzić do transportu do Katynia. Ale aby go ocalić, umieszczono go w węgierskiej rodzinie. Kiedy dziadek zakochał się w mojej 17-letniej babci Margi, przywiózł tę nieznającą języka dziewczynę do Polski. Było jej bardzo trudno. Tęskniła do sióstr, rodziców. Babcia, matka mojej mamy, też cudem uniknęła śmierci. „Ja przeżyłam, bo moja mama miała zły sen i powiedziała: Jańcia, ty dziś nie pójdziesz na pański grabić” – powiedziała. Chodziły odrabiały pańszczyznę do dworu, ale tamtego dnia została w domu. Pięć jej koleżanek poszło, nadleciał niemiecki samolot i zbombardował dziewczęta grabiące siano. Trzy z nich zginęły. Kiedy człowiek słucha takich wspomnień, nie tylko wyrasta w miłości do historii. To rodzi też pytania. Myślę, że ta trauma wojenna rosła razem ze mną. Czy to szczęście czy nieszczęście? Myślę, że to pierwsze, dlatego, że mogę teraz uczyć moje i inne dzieci tego, czego robić w życiu nie wolno.
– Towarzyszą Ci we wszystkim, co robisz dla przywracania pamięci?
– Kiedy Hava, która za chwilę będzie miała 10 lat, skończyła 2 miesiące, zabrałam ją na sprzątanie żydowskich mogił. Od samego początku ze mną jeżdżą. Uwielbiają to. Mikołaj, jako chłopak, również z powodów czysto fizycznych – może nauczyć się używać różnych sprzętów. Hava podchodzi do tego z większym zaangażowaniem emocjonalnym. Uczymy się o symbolach na macewach, rytuałach pochówku. Gdybyś dziś zadzwoniła, że jutro czekasz na nas na cmentarzu 300 km dalej, budzę moje dzieci o godz. 2 rano one są w pełnej gotowości, chętne, świadome tego, gdzie jadą i jak mają wykonywać pracę. Mają wiedzę, jak zachowywać się na cmentarzu żydowskim, czego nie robić. To było dla mnie bardzo ważne, żeby były wyedukowane. Uczę je o społeczności żydowskiej, jak o własnej historii, części dziedzictwa, za które jesteśmy odpowiedzialni.
– Wyobrażam sobie, że Twoje dzieci będą uczyć inne, bo w szkole raczej się tego nie dowiedzą.
– Hava od 3 lat na świetlicy prowadzi małe kółko informacyjne na temat judaizmu (śmiech).
– Nie!
-Tak. I opowiada przeróżne rzeczy – gdzie była, co robiła, albo jak coś wygląda w judaizmie. Miałam ciarki, kiedy była w 3 klasie i powiedziała mi, że dyskutuje z księdzem, albo panią na religii na temat różnic w judaizmie. „Zapytałam panią, dlaczego w Nowym Testamencie 10 przykazań jest inaczej napisane niż te, które Mojżesz dostał na Górze Synaj. A pani mi powiedziała: Dziecko, to nie jest dla nas istotne Czyli dla kogo?” – oburzała się. Moje dzieci są odważne. Nie wyczuwają zagrożeń takich dyskusji i chcą rozmawiać. Choć czasem to monologi…
– Zabierzesz je ze sobą na upamiętnienie Żydów z Lutowisk?
– No pewnie. Pójdziemy pod pomnik masowej zagłady żydowskich i romskich sąsiadów pochowanych w jednej mogile, potem do ruin synagogi. Nie wejdziemy na cmentarz, ponieważ będzie szabat. Ale mam też nadzieję spotkać się z lokalnymi władzami, działaczami, ponieważ Lutowiska przed wojną były w Bieszczadach miejscem z największym skupiskiem społeczności żydowskiej. Jest tam tablica informacyjna, ale pamięć, jak w wielu miejscach, została amputowana. Moim marzeniem jest jej przywrócenie, zaangażowanie lokalnej szkoły, a w lecie przypominanie o kulturze i tradycji żydowskiej na zasadzie koncertów, warsztatów. Dla mnie jest ważne, aby sami lokalni o to dbali. Żeby te miejscowości same zaczęły walczyć o pamięć swoich żydowskich sąsiadów. To powinno się tak odbywać – przez spokojne przywracanie pamięci, odwoływanie się do serca, współczucia czy po prostu uporządkowanie cmentarza.
– Ile razy słyszałaś: „Po co Ci to? Przecież To nie Twoja sprawa?”
– Swoją postawą nie dopuszczam do tego, by ludzie zadawali takie pytania! Jestem tak zdeterminowana w działaniu, że gdy ktoś zaczyna zmierzać w tym kierunku, nie pozwalam mu zapytać: „Po co Ci to?” Dla mnie to oczywiste. To mój obowiązek. To jest moja sprawa.
Rozmawiała Wioletta Kruk



15 Responses to "Ludzkość nie odrobiła lekcji"