
– To był najważniejszy mecz w Europie, wyjątkowy finał, który wygraliśmy. Jestem bardzo dumny z tej drużyny. Mam pełne zaufanie do tej grupy. To bardzo, bardzo silna grupa – powiedział po zwycięskim finale Ligi Mistrzów trener Chelsea Londyn, Thomas Tuchel. Jego podopieczni pokonali w Porto Manchester City, a zwycięskiego gola dla „The Blues” zdobył Kai Havertz.
MANCHESTER City 0
CHELSEA Londyn 1
(0-1)
0-1 Havertz (43.)
MANCHESTER: Moares – Walker, Stones, Dias, Zinczenko, Silva (64. Fernandinho), Guendogan, Foden, Mahrez, de Bruyne (60. Jesus), Sterling (77. Aguero)
CHELSEA: Mendy – James, Azpilicueta, Silva (39. Christensen), Rudiger, Chilwell, Havertz, Kante, Jorginho, Mount (80. Kovacic), Werner (66. Pulisic).
Sędziował Antonio Mateu Lahoz (Hiszpania). Żółte kartki: Guendogan, Jesus – Rudiger. Widzów 16500.
Finałowe spotkanie od początku toczone było w szybkim tempie. Oba zespoły gościły w polu karnym drużyny przeciwnej, ale nieco groźniej wyglądały akcje Chelsea. W pierwszym kwadransie dwie dogodne okazje zmarnował Timo Werner. Kluczowa dla losów meczu okazała się sytuacja z 42. min. Wówczas świetnym podaniem z głębi pola popisał się Mason Mount. Dzięki niemu Havertz znalazł się sam na sam z bramkarzem Manchesteru, Edersonem Moaresem, i umieścił piłkę w siatce. Niespełna 22-letni niemiecki pomocnik trafił do Chelsea z Bayeru Leverkusen we wrześniu ubiegłego roku za ponad 70 mln funtów. Długo nie mógł się odnaleźć w nowym klubie. Sobotni gol był jego pierwszym w tej edycji Ligi Mistrzów. – Naprawdę nie wiem co powiedzieć. Czekałem na to bardzo długo – wydusił z siebie zaraz po spotkaniu strzelec jedynej bramki w finale. W drugiej połowie stroną dominującą był Manchester. Podopieczni trenera Josepa Guardioli na różne sposoby starali się zagrozić bramce londyńczyków, ale ich obrona spisywała się rewelacyjnie. Zwykle w kluczowym momencie podania były przecinane, a uderzenia blokowane. W efekcie „The Citizens” oddali tylko jeden celny strzał. Najbliżej wyrównania nowo koronowany mistrz Anglii był tuż przed końcem spotkania, kiedy minimalnie nad poprzeczką piłkę posłał Riyad Mahrez. – Starałem się wybrać najlepszy możliwy skład. O grze decydowały te same kryteria co przeciwko PSG oraz Borussii Dortmund. To był ciężki mecz. Mieliśmy swoje szanse, ale defensywa Chelsea była świetna. Przez większą część meczu zmagaliśmy się z długimi piłkami. To był nasz kłopot. W kluczowych momentach zabrakło nam natomiast jakości. To był dla nas wyjątkowy sezon, ale niestety nie udało nam się osiągnąć końcowego triumfu. Wrócimy za rok – przyznał po końcowym gwizdku opiekun klubu z Manchesteru. Schowana za podwójną gardą Chelsea była z kolei blisko podwyższenia prowadzenia, ale Christian Pulisic nie trafił w bramkę. – Nie byliśmy faworytami, ale kiedy jesteśmy razem, wszystko jest możliwe. Wygraliśmy z City dwa razy – w lidze i w Pucharze Anglii, a teraz zrobiliśmy to po raz trzeci – podsumował sobotni finał Thomas Tuchel. Przed rokiem prowadził on w finale LM drużynę PSG, która w Lizbonie przegrała z Bayernem Monachium 0-1. – To był inny mecz niż przed rokiem. Czułem to. Zawodnicy byli bardzo zdeterminowani. Chcieliśmy być kamyczkiem, na którym oni się wywrócą – przyznał opiekun Chelsea. Ta powtórzyła swoje osiągnięcie z 2012 r., kiedy to również triumfowała w najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie. Przed obecnym sezonem raczej nikt nie wierzył w powtórzenie tego osiągnięcia. Zespół odmieniło dopiero styczniowe przyjście trenera Thomasa Tuchela, który przede wszystkim poprawił grę „The Blues” w obronie.
mj



2 Responses to "Magiczna noc „The Blues”"