SuperWywiad z Urszulą Polanowską, dyrektor Centrum Administracyjnego do Obsługi Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych Dom Dziecka „Mieszko”, „Dobrawa” i „Bolesław” w Rzeszowie.
– „Matkowała” Pani blisko półtora tysiącu dzieciom. Które szczególnie zapadły w pamięć?
– Największe szczęście to wychowankowie, którzy się usamodzielnili, a nie zapominają o nas i wracają. Za moich czasów było ich już 20. Żadne nie zeszło „na manowce”. Do kilku byłam zaproszona na ślub, wesele i chrzciny. Nasze dzieci, choć urodziły już własne dzieci, wciąż przyjeżdżają do nas na wieczerze wigilijne, jak do rodzinnego domu. Np. trzech braci, którzy trafili do nas wkrótce po urodzeniu, mieli ojca alkoholika i matkę chorą psychicznie. Jeden jest żołnierzem, drugi skończył samochodówkę, obaj już się usamodzielnili, mają rodziny, trzeci ma dziewczynę. Żaden nie chciał iść do rodziny zastępczej. Wszyscy się wychowali u nas i zawsze do nas przyjeżdżają.
– A co Panią najbardziej bulwersuje?
– To, że często do domu dziecka trafia dwoje, troje starszych dzieci, a następne wychowują się w domu z rodzicami. Dla tych dzieciaków to niewiarygodna trauma.
– Dlaczego tak się dzieje?
– Bo sąd odbiera dwoje, troje zaniedbanych czy bitych dzieci, a kolejne wciąż się w rodzinie rodzą. W stosunku do kolejnych sąd nie ma podstaw do odebrania… Prawdą jest, że to nie matki oddają dzieci. One zawsze mówią, że wszystkie kochają i żyć bez nich nie mogą. Rodzice z reguły nie widzą swojej winy, że piją, biją albo pozwalają bić, czy wykorzystywać dzieci seksualnie przez ojców lub konkubentów. Jest wina kuratora, sądu, sąsiada, który doniósł, pomocy społecznej, nigdy ich. Tymczasem dochodzi do zaniedbań. Często trafiają do nas dzieci skrajnie zaniedbanie, bez jakikolwiek badań, szczepień, w trzeciej czy czwartej klasie, które nie znają liter, podstawowych pojęć…
– Próbujecie dotrzeć do takich rodziców?
– Na bieżąco utrzymywany jest kontakt wychowawcy bezpośrednio opiekującego się dzieckiem z jego rodzicami przy współpracy pedagoga, psychologa i pracownika socjalnego. Co pewien czas organizujemy spotkania z rodzicami, w trakcie których uświadamiamy im, co powinni robić, by odzyskać swoje pociechy. Niejednokrotnie próbowałam im to nawet wprost powiedzieć. Nigdy nie udało mi się tego zrobić tak trafnie jak jednej z naszych wychowanek, Justynce. Dziewczyna usamodzielniła się, a jej młodsza siostra została u nas. W tym czasie zorganizowaliśmy spotkanie z rodzicami i wymyśliłam temat pogadanki „Wpływ pobytu w domu dziecka na rozwój emocjonalny i psychikę wychowanka”. Tymczasem na spotkanie zamiast rodzica przyszła ta dziewczyna, która spędziła u nas 12 lat. Wtedy, poprosiłam ją żeby powiedziała zgromadzonym na świetlicy, co chciałaby powiedzieć swoim, a także wszystkim rodzicom. To, co powiedziała wycisnęło mi łzy. Na szczęście nie tylko mnie.
– Co powiedziała?
– Żałuję, ale nie nagrałam tego. Brzmiało to mniej więcej tak: „Całe życie, które spędziłam w domu dziecka myślałam, że to ja jestem zła, że byłam niegrzeczna i dlatego mama mnie oddała, dlatego jestem tu, gdzie jestem. Nie mieściło mi się w głowie inne tłumaczenie. Byłam przekonana, że to ja jestem winna, że winna jest moja siostra, a nie mama. Teraz już jednak wiem. To nie była moja wina, ani wina mojej siostry, to nie jest wina innych przebywających tu dzieci. To, że wasze dzieci są tu, w domu dziecka, to WASZA wina. Są pozbawione waszej miłości, zagubione, nieszczęśliwe. Zróbcie coś ze swoim życiem, zróbcie wszystko, żebyście te dzieci zabrali do domu, żeby one nie musiały tu być”. To była pogadanka, jakiej nigdy byśmy nie wymyślili. Przejmująca. Te słowa zresztą tak mi utkwiły w głowie, że teraz za każdym razem mówię to dzieciom. „Pamiętajcie, to, że tu jesteście, to nie jest wasza wina”. To okropne, że one żyją ze świadomością, że zostały tu oddane karnie, a rodzice często chcąc usprawiedliwić swoje zachowanie, w takim mniemaniu ich utwierdzają. Nawet wychodząc z rzadkich widzeń mówią im: „Zachowuj się dobrze, bądź grzeczny, bo…”, jakby mogło ich spotkać coś jeszcze gorszego. Dramatyczne jest także to, że dochodzi u nas do odwrócenia ról. Jeżeli rodzic ma przyjść, to dzieci odmawiają sobie zjedzenia np. deseru, gromadzą słodycze, żeby go poczęstować, gdy ten łaskawie do nich przyjdzie. A to przecież rodzic powinien dbać o dobro i przyjemności dziecka. W tych relacjach widzę coś niebywałego, coś, czego nie dostrzegam w miłości moich synów do mnie/czyli do zwykłego rodzica. Może trzeba coś stracić, żeby coś docenić? A może im mniej, znaczy tym więcej?
– Każda forma opieki rodzinnej wydaje się lepszym rozwiązaniem niż dom dziecka. Czy zawsze i dla każdego?
– Nie. Są dzieci, które nie chcą iść do rodziny zastępczej, jak wspomniani wcześniej bracia. Są takie, których nie chce żadna rodzina, ani zastępcza, ani adopcyjna. Chodzi o duże rodzeństwa liczące 3 – 5 dzieci, w różnym wieku, dzieci chore, niepełnosprawne, z obciążeniami. A takich jest większość. Mamy też dzieci, które trafiały do rodzin zastępczych i zostały oddane… z powrotem. To jest dla nich wielką traumą, a my nie potrafimy im wytłumaczyć dlaczego tak się stało. Przykład? Małgosia, poszła do rodziny zastępczej i po kilku miesiącach wróciła do nas. Podobno nie potrafiła się dogadać ze swoją rówieśniczką, córką rodziców zastępczych. Jaka jest prawda, wie tylko ona, pewnie ich córka, a może i oni sami. Faktem jest, że dziewczynka powróciła do nas, kolejny raz w życiu mocno zraniona. Jakby mało było tego, co spotkało ją w domu rodzinnym, a to koszmar, o którym nikomu się pewnie nie śniło i lepiej żeby nikogo nie spotkał. Swoją drogą uważam, że rodziną zastępczą powinni być rodzice nie mający własnych dzieci, bo wtedy zawsze dochodzi do tzw. konfliktu interesów. W przypadku problemów rodzice biologiczni stają po stronie swoich, a nie przysposobionych dzieci, a i od przybranego rodzeństwa nasze dzieci słyszą nieraz wiele słów, których nigdy nie powinni usłyszeć…
– Co jest mniejszym złem jest rodzina zastępcza czy adopcja?
– Poza rodziną biologiczną rozwiązaniem optymalnym jest adopcja dziecka, do tego potrzebne jest jednak zrzeczenie się przez rodziców praw do dziecka lub odebranie im tych praw sądownie. Faktem jest jednak, że dzieci o uregulowanych papierach jest mało, w dodatku sądy często odraczają tę decyzję, co, według mnie, jest niekorzystne dla dziecka. Im mniejsze trafi do adopcji tym lepiej dla niego, mniej ma za sobą złych wspomnień.
– Zdarzają się ucieczki z domu dziecka?
– Kiedy pracowałam w pogotowiu opiekuńczym, gdzie trafiały dzieci starsze, bardzo często dochodziło do ucieczek. W naszym domu dziecka nigdy ich nie było. Z czego to wynika? Może z tego, że trafiają tu przeważnie rodzeństwa (od roczku do kilkunastu lat), które dźwigają ze sobą bagaż bardzo trudnych doświadczeń, ale które są często bardzo związane ze sobą. A może dlatego, że im nie pozwalamy na nudę, rozpamiętywanie tego co było? Nie wiem. Faktem jest, że dom dziecka to nie „bidul”, w rozumieniu tego słowa. Mamy wychowawców, specjalistów, którym zależy na tych dzieciakach, którzy często poświęcają swój prywatny czas, by być z nimi, spędzić wigilię, czy dzień dziecka, wyjechać na wycieczkę. Na co dzień zresztą organizujemy masę zajęć rozwijających ich zdolności. U nas nie zamyka się placówki na noc, ferie świąteczne czy wakacje. Bo domy dziecka, a mamy trzy odrębne placówki: „Mieszko”, „Dobrawę” i „Bolesława” są całodobowe, jak szpital. A w każdym jest 14 dzieci, w każdym są dzieci, małe dzieci, których według ustawy nie powinno tu być. Najmłodsze ma tej chwili blisko roczek, a gdy trafiło miało kilka miesięcy. Tymczasem przepisy mówią, że wychowankowie domu dziecka nie powinny mieć mniej niż 10 lat. Tylko, że przepisy tworzą urzędnicy nie mający pojęcia, że małych dzieci potrzebujących opieki jest dużo więcej niż rodzin zastępczych. Jak mam jednak nie przyjąć maluchów, które powinny trafić do rodziny zastępczej skoro jej nie ma? To, że urzędnicy w ustawie tak zapisali, nic nie znaczy. Takie dzieci po prostu są. I potrzebują opieki. Na przykład w czasie rozmowy z panią, zadzwonił telefon, że dwójka dzieci w wieku dwu i czterech lat nie ma gdzie trafić, co miałam zrobić? Nie przyjąć, bo mam komplet? Odesłać na drugi koniec Polski? Oczywiście przyjęłam.
– Dlaczego?
– Naszym zadaniem jest nie tylko praca z dzieckiem, ale i jego biologiczną rodziną, poznając ją, chcemy lepiej zrozumieć wychowanka. Pamiętam chłopca, którego dom rodzinny odwiedziłam, gdy uciekł z placówki wychowawczej, ojca siedzącego przy stole, na której stała butelka wódki i chłopaka w stodole, zakopanego po uszy w sianie, na klepisku, wtórnego analfabetę z czwartej klasy. Albo chłopca w szóstej klasie szkoły podstawowej mieszkającego w lepiance, w lesie. Gdy udało mi się mu przemówić do rozsądku, przywiozłam go z tego lasu do pogotowia opiekuńczego, skąd trafił do zakładu wychowawczego. Gdy za kilka lat został wojskowym, przyjechał i powiedział: „Dzięki pani jestem tym, kim jestem”. Byłam autentycznie szczęśliwa i spełniona. Takich przykładów jest zresztą całą masa. I choć uważam, że „gena” się nie wydłubie (oprócz środowiska na przyszłość dziecka mają wpływ geny), to ciężką pracą udało nam się wychować bardzo dużo wartościowych osób. Jeden z chłopców jest kucharzem, inny listonoszem, kolejny wojskowym. Satysfakcją dla mnie i wszystkich wychowawców jest, jeżeli ktoś, np. 16-letnia Marysia, już matka, pod naszym wpływem kończy szkołę, zdobywa zawód i jest w stanie sama zajmować się dzieckiem. Czego więcej oczekiwać? Jeżeli jeszcze uda się ją skojarzyć z niewiedzącym o niczym biologicznym ojcem? To prawie cud. U nas takie cuda się jednak nie zdarzają.
– Na wychowaniu macie rocznego malucha, a ile ma najstarszy podopieczny?
– 23 lata. To chłopiec niepełnosprawny więc nie ma szans na usamodzielnienie się i wyjście z domu dziecka. Obecnie kończy szkołę specjalną, w której uczy się na kucharza. W lipcu pożegnamy go, bo ma już zapewnione miejsce w Domu Pomocy Społecznej (DPS) w Rzeszowie. Mamy też pełnoletnią wychowankę, studentkę Politechniki Rzeszowskiej. Nie mieszka już z nami. Wynajmuje mieszkanie, ale odwiedza nas regularnie, bo ma tu jeszcze brata. W ogóle mamy tu dużo rodzeństw, 5-, 4-, 3-osobowych. I proszę nie mówić, że trafiają do nas dzieci z rodzin biednych, bo wielodzietnych, to nieprawda. Trafiają z rodzin patologicznych, gdzie jest alkoholizm, choroba psychiczna, niedojrzałość społeczna, niewydolność wychowawcza, a czasem wszystko naraz.
– Co dzieje się z wychowankami, które dorośleją?
– Dostają specjalną wyprawke w wysokości zależnej od okresu pobytu dziecka w placówce, w miarę możliwości staramy się też im kupić, a to sprzęt AGD, a to meble, a to kołdrę czy poduszkę, jak rodzice dzieciom, które wychodzą z domu. Oczywiście pieniądze na to mamy od darczyńców, których na szczęście udaje nam się nieustająco pozyskiwać. Wychowankom pochodzącym z Rzeszowa prezydent miasta zawsze zapewnia mieszkanie na start. Gorzej jest, gdy nasz wychowanek pochodzi z innej, niż Rzeszów gminy. W takich przypadkach niejednokrotnie jeżdżę do wójta czy burmistrza i proszę, jeżeli nie o lokal socjalny, to może choć remont starego domu po rodzicach czy dziadkach. Zwykle się udaje.
– Zawsze chciała Pani pracować z dziećmi?
– Tak. Po ukończeniu studiów i powrocie do Rzeszowa z Wrocławia (nie wyobrażałam sobie wtedy życia tak daleko od rodziców, a pochodzę z Siedleczki koło Kańczugi) chciałam pracować w policyjnej izbie dziecka. Niestety, tam preferowano mężczyzn. Pracę udało mi się dostać w domu dziecka w Kielnarowej, gdzie były dziewczynki od 7 do 18 lat i pierwszy dzień pracy tam, pamiętam do dziś. Przyszłam na godzinę 6, weszłam, a tam trzy sale, w każdej z nich w łóżeczkach/łóżkach po 12 dziewcząt. Z domu pamiętałam, że mama najpierw robiła śniadanie, a potem budziła dzieci. Tu wiedziałam, że muszę je obudzić, bo same muszą zaścielić łóżka, umyć się, ubrać, przygotować śniadanie. To było trudne. Tym bardziej, że ja miałam 24 lata, a niektóre moje podopieczne 18. Wtedy też zrozumiałam, że żeby zachować autorytet, muszę zachować dystans. I tego też uczę moich wychowawców. Trzeba po prostu tak jak w rodzinie – kochać i wymagać. Musimy przecież te dzieci wychować do dorosłego życia, bo one nie mogą liczyć, ani na mamę, ani na tatę. Na nikogo. Wyjdą z domu dziecka i muszą mieć ukształtowany kościec.
Rozmawiała Anna Moraniec



3 Responses to "Mają wszystko… oprócz mamy i taty"