Mam bzika na punkcie siatkówki

- Mam swoje spojrzenie na siatkówkę. I bardzo się cieszę, że szefowie klubu mi zaufali, przekazując stery nad drużyną - mówi Stanisław Pieczonka, nowy trener siatkarek Developresu SkyRes Rzeszów. Fot. Wit Hadło
– Mam swoje spojrzenie na siatkówkę. I bardzo się cieszę, że szefowie klubu mi zaufali, przekazując stery nad drużyną – mówi Stanisław Pieczonka, nowy trener siatkarek Developresu SkyRes Rzeszów. Fot. Wit Hadło

SIATKÓWKA. ORLEN LIGA. Rozmowa ze Stanisławem Pieczonką, nowym trenerem Developresu SkyRes Rzeszów.

Stanisław Pieczonka w niedzielę zadebiutuje w roli samodzielnego trenera siatkarek Developresu SkyRes. Rzeszowianki we własnej hali podejmą mocny Aluprof Bielsko-Biała.

– Jakie to uczucie, być tym pierwszym. Wydawać polecenia?
– Spokojnie, przede mną dopiero pierwszy trening (rozmawialiśmy we wtorek wieczorem – red.). Sumiennie się do niego przygotowałem (śmiech).

– Humor, jak widzę, dopisuje.
– Cóż, nie mam powodów, by się smucić.

– Praca z kobietami to bardzo specyficzne zajęcie. Panie mają swoje wahania nastrojów…
– Współpracujemy już półtora roku, więc zdążyliśmy się z dziewczynami poznać. W końcu drugi trener też posiada jakieś obowiązki. Sytuacja może się zmienić o tyle, że mam inny charakter od poprzednika i zobaczymy, czy dziewczynom moje metody będą odpowiadać.

– Marcin Wojtowicz w bardzo ekspresyjny sposób reagował na to, co działo się na boisku. Pan chyba krzyczeć nie będzie?
– Byłem zawodnikiem i wiem, że krzyk nie zawsze pomaga. Zamiast ruszyć z miejsca, człowiek jeszcze bardziej się zacina.

– Będzie miał pan teraz jeszcze mniej czasu dla rodziny. Żona nie protestowała?
– Jesteśmy razem kilkanaście lat, wystarczająco długo, aby żona poznała wszystkie plusy i minusy życia z zawodowym sportowcem. Czasem nie było mnie w domu pół roku, co to jest wobec dodatkowych dwóch godzin, które poświęcę teraz na analizę gry przeciwnika, ustalenie taktyki czy przygotowanie zajęć.

– Zarząd postawił przed panem konkretne cele?
– Wiadomo, działacze chcą, żeby zespół pokazał się z jak najlepszej strony. Ale o konkretach nie rozmawialiśmy. Przecież nie jest pewne, czy pozostanę na stanowisku do końca sezonu.

– Właśnie. Nie irytuje się pan, czytając w prasie, że jest opcją tymczasową?
– Nie mogę się gniewać na dziennikarzy za to, że wykonują swoje obowiązki (śmiech). A tak na serio, nie myślę o tym, co będzie jutro, pojutrze. Na niektóre rzeczy nie mam bowiem wpływu. Co do moich kompetencji – postaram się przenieść na zespół własne doświadczenia. Trochę lat w siatkówkę grałem, pamiętam, po których treningach czułem się lepiej, a po których gorzej. Zapału do pracy mi nie brakuje, ale czy to wystarczy? Wkrótce się przekonamy.

– Developres wygrał 4 z 19 meczów. Nie dało się wycisnąć więcej z tej drużyny?
– Gdyby nie kontuzje, mielibyśmy kilka punktów więcej, jestem o tym przekonany. Ze składu wypadły nam przecież kluczowe zawodniczki.

– Statystyki nie wyglądają źle, poza jedną rubryką: błędy własne. Skąd biorą się te pomyłki?
– Na początku można się było zasłaniać tremą i niedoświadczeniem, potem to usprawiedliwienie brzmiało mało wiarygodnie. Nie wiem, skąd tak duża liczba błędów. Może przez nadmierną dekoncentrację? Najgorzej, że mylimy się w newralgicznych momentach, w końcówkach setów. Można świetnie przyjmować zagrywkę i atakować na wysokim procencie do stanu 23-20, a potem zepsuć dwie, trzy piłki i przegrać. Nam się to, niestety, przytrafia zbyt często.

– Nad czym będzie pan pracować w tym pierwszym okresie? Co można poprawić w krótkim czasie?
– Skupimy się nad dokładnością zagrywki. Żeby ona była posyłana w określone miejsce, w jedną zawodniczkę. To szalenie istotne przy wypełnianiu taktyki. Poza tym, mam nieco inne spojrzenie na ustawienie się w przyjęciu. Zobaczymy, czy mój pomysł się sprawdzi. W tak krótkim czasie nie dokonam rewolucji, ale swoją koncepcję posiadam. I bardzo się cieszę, że szefowie klubu mi zaufali, przekazując stery nad drużyną.

– Mówi się, że siatkówka męska i żeńska to dwie różne dyscypliny. Długo panu zajęło, żeby się przekonać do kobiecego sposobu rozgrywania meczów?
– Tempo akcji, liczba przebić z jednej strony siatki na drugą – to są rzeczy, do których trzeba przywyknąć. Nie, nie było tak, że zamykałem oczy, by tego nie widzieć, bo jednak zawsze grałem z dziewczynami. Nie uzewnętrzniam emocji, ale w środku wszystko się we mnie gotuje. Mimo wszystko trochę czasu musiało upłynąć, żebym przestał porównywać siatkówkę męską i żeńską.

– W niedzielę pana debiut. Od razu w hali Podpromie i od razu z rywalem z najwyższej półki. Ma pan tremę?
– Jest lekki stres. Taki, który mobilizuje i pobudza, ale nie deprymuje.

– Rozumiem, że już pan główkuje, jak „ugryźć” piąty zespół tabeli?
– Pod tym kątem oglądałem ostatni mecz Aluprofu z MKS-em Dąbrowa Górnicza. Analizuje, przeglądam statystyki, dowiaduję się różnych rzeczy o przeciwniku. Staram się niczego nie zaniedbać.

– Ale to chyba dobrze, że wskakuje pan na głęboką wodę? Developres jeszcze nie odniósł spektakularnego zwycięstwa, więc jeśli znów się nie uda, nikt nie będzie miał do pana pretensji.
– Można podchodzić do tematu w taki sposób, ale to jednak pójście na skróty. Zespoły z czołówki mają w składzie doświadczone zawodniczki. One w decydujących momentach obijają blok albo atakują nad blokiem, zdobywając bezcenne punkty. Lecz my też mamy możliwości, by tak grać. Dziewczyny muszą uwierzyć, że dadzą radę. Powinny sobie przypomnieć mecz sprzed roku, gdy w Pucharze Polski gładko, 3-0, ograliśmy zespół z Bielska-Białej. Moja rola polega też na tym, by zaszczepić w zawodniczkach pewność siebie.

– Lubi pan inne dyscypliny sportu?
– Od 10. roku życia mam bzika na punkcie siatkówki. Trenowałem też piłkę ręczną i koszykówkę, ale gdy trzeba było wybrać, nie wahałem się ani chwili.

– Hobby, coś co pozwala złapać dystans do otaczającego świata?
– Hobby nie posiadam, ale w domu się nie nudzę. Dbają o to moje córki, 7-letnia Emilia i 4-letnia Alicja (śmiech).

Rozmawiał Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.