
na ulicy Królowej Marysieńki
w Rzeszowie mieści się
tajny schron. Fot. Marcin Jeżowski
W Polsce brakuje miejsc, gdzie można się schronić, gdyby rosyjska armia przekroczyła granicę ukraińsko-polską i zaatakowała zbrojnie nasz kraj. Jedynym regionem, który „obfituje” w budowle przeciwatomowe jest Podkarpacie. Takich schronów w Polsce jest 91,
z czego 90 w naszym województwie. Co do schronów, które ochroniłyby mieszkańców przed ostrzałami konwencjonalnymi i zrzucaniem tradycyjnych bomb, to takich miejsc jest więcej. Jednak budowle są zaniedbane technicznie i nie są w stanie spełnić swojej roli.
Schrony, które są na Podkarpaciu trzeba podzielić na dwa rodzaje: przeciwatomowe i przeciwlotnicze. Tych przeciwatomowych w całej Polsce jest 91. Najwięcej jest ich na Podkarpaciu – 90, a jeden w województwie opolskim. Zdaniem ekspertów od spraw bezpieczeństwa, takich przeciwatomowych schronów powinno być w naszym kraju kilka tysięcy. Takie zapotrzebowanie było jeszcze kilka lat przed wybuchem wojny w Ukrainie. Teraz tym bardziej trzeba ich wiele, biorąc pod uwagę atak Rosjan na Ukrainę. Tym bardziej że Rosja posiada 6250 głowic jądrowych, a prezydent Władimir Putin ostatnio mówił, że część z nich może użyć.
11,5 tys. miejsc w schronach przeciwatomowych
Ile osób w naszym regionie może się ukryć w schronach przeciwatomowych? Łącznie w dwóch na szesnaście województw może ukryć się 11 tys. 602 osoby, w tym na Podkarpaciu 11,5 tys. Tak więc w jednym schronie w woj. opolskim może przebywać… 102 osoby. 14 województw nie dysponuje ani jednym schronem, który ochroniłyby cywili przed bronią atomową. Budowle te powstały w czasach PRL-u, jednak po zakończeniu zimnej wojny niszczały. Kilkanaście tysięcy miejsc w woj. podkarpackim, gdzie można ukryć się przed „atomem” to kropla w morzu potrzeb, biorąc pod uwagę, że na Podkarpaciu mieszka ponad 2 mln osób.
Właścicielami lub zarządcami schronów przystosowanych do ochrony ludności w czasie ataku nuklearnego są zakłady pracy oraz gminy. Jednak rzadko w miarę posiadanych środków finansowych realizują one remonty oraz prace porządkowo-konserwacyjne w tych obiektach.
Obiekty te pochodzą z drugiej połowy XX wieku – z lat 50. i 60. Obecnie są własnością przede wszystkim zakładów pracy działających na terenie województwa podkarpackiego, a także wspólnot mieszkaniowych, urzędów i szkół.
W Rzeszowie 150 miejsc ochronnych przed bombami
Tylko w Rzeszowie schronów przeciwlotniczych jest 150, z czego 120 pod budynkami mieszkalnymi. Pozostałe są pod firmami i zakładami pracy. Są one zlokalizowane m.in. przy ul. Hetmańskiej, Chrobrego, Staszica, Dąbrowskiego, Żwirki i Wigury oraz Batorego. Jednym z takich schronów jest ten przy ul. Królowej Marysieńki (osiedle Wilkowyja) zwany „Marysieńką”. Mieści się pod domem i ma około 380 mkw. powierzchni. Jego podziemia są wyposażone w studnię głębinową, agregaty prądu i centralne ogrzewanie. Na wypadek wojny nuklearnej może tam przebywać 58 osób.
Na terenie dawnego WSK PZL jest 12 takich miejsc, w przypadku wojny można się schronić w urzędach: wojewódzkim, w ratuszu, w ZUS-ie w Zakładzie Energetycznym oraz w piwnicach w szkołach. Powierzchnie tych schronów są różne i mają od 60 do 100 mkw. Jak informuje Piotr Jarosz, dyrektor Wydziału Zarządzania Kryzysowego i Ochrony Ludności Urzędu Miasta w Rzeszowie, średnio w jednym miejscu może się schronić około 80 osób.
Rzeszowskie schrony z „usterkami”
Gdy 24 lutego Rosja zaatakowała Ukrainę, to miejski Wydział Zarządzania Kryzysowego w Rzeszowie poprosił zarządców budynków, aby posprzątali te schrony i przywrócili choćby w części do dawnych funkcji ochrony ludności.
Okazuje się jednak, że żaden z dawnych tego typu rzeszowskich schronów nie spełnia warunków, które zabezpieczyłby ludzi np. podczas nalotu bombowego. Brakuje odpowiedniej wentylacji, kilku wejść, które są konieczne, gdyby któreś podczas ewentualnych działań wojennych zostały zawalone. Typowych schronów w Rzeszowie więc nie ma – podkreśla dyrektor Wydziału Zarządzania Kryzysowego i Ochrony Ludności UM – są to jedynie miejsca ukrycia. Czy więc w przypadku inwazji wojsk rosyjskich na Podkarpaciu, mieszkańcy Rzeszowa w takich miejscach mogliby się bezpiecznie schronić? Raczej małe są na to szanse, bo przez lata nie modernizowano takich miejsc. Inaczej jest ze schronami w Ukrainie, czego dowodzi bombardowanie z środy na czwartek Teatru Dramatycznego w Mariupolu, w którym ukrywali się Ukraińcy. – Schron bombowy pod teatrem przetrwał. Ludzie żyją, a gruzy zaczęto usuwać
– przekazał w czwartek na Facebooku Siergiej Taruta.
Mariusz Andres



7 Responses to "Mamy za mało czynnych schronów"