Chory na ciężką odmianę padaczki sześcioletni Max dzięki marihuanie medycznej zaczął reagować na bodźce. Wcześniej pomimo stosowania różnych leków chłopiec miewał po kilkaset napadów dziennie. Sytuacja była tak zła, że trzeba było go wprowadzić w stan śpiączki farmakologicznej. Olejem konopnym z sukcesem leczony jest cierpiący na glejaka czwartego stopnia Jakub Bartol. Na lecznicze właściwości marihuany natrafił jego ojciec, kiedy lekarka powiedziała mu, że dalsze leczenie syna jest bezcelowe. Skontaktował się wtedy ze specjalistami z USA, Kanady i Izraela, którzy specjalnie dla Kuby ułożyli plan leczenia. Efekty są spektakularne. Chłopak jest bliski wyleczenia glejaka.
Można by powiedzieć: cudownie, tak trzymać. Nareszcie mamy lek pomagający chorym, których medycyna konwencjonalna skazuje na śmierć. Rodzice ciężko chorych dzieci byli szczęśliwi i cieszyli się, że to ich dziecko trafiło w ręce lekarza z otwartą głową, niebojącego się zastosować terapii stosowanej na całym świecie, ale nie u nas. Podjął wysiłek wdrożenia specjalnej procedury importu docelowego, czyli sprowadzenie leku z zagranicy dla konkretnego pacjenta. W przypadku Maksa wniosek musiał być potwierdzony przez konsultanta krajowego w dziedzinie neurologii oraz zatwierdzony przez ministra zdrowia, a to szczeble wysokie i trudno dostępne. Lekarz pokonał wszystkie stopnie i po 10 miesiącach leczenia i fantastycznych efektach kuracji nagle został oskarżony o nie mniej ni więcej tylko o „nielegalny eksperyment medyczny”. Leczenie zostało przerwane, a lekarz odsunięty od pracy. Co zaproponowała lecznica Maksowi? Leczenie Sativeksem, lekiem stosowanym w stwardnieniu rozsianym, na ulotce którego producent ostrzega, by nie stosować go u dzieci i osób z padaczką, bo w eksperymentach na zwierzętach zwiększa liczbę napadów padaczkowych! Czy to nie absurd? W dodatku kuracja tym specyfikiem jest gigantycznie wysoka w stosunku do ceny leczenia marihuaną. Kto więc macza w tym palce. Co można jeszcze dodać, by nie oskarżać?
Mówią, że tonący brzytwy się chwyta. Wielu chorych nie widząc dla siebie ratunku w proponowanym im leczeniu godzi się na różnego rodzaju alternatywy: leczenie eksperymentalne czy niekonwencjonalne. I trudno się im dziwić. Bo jak patrzeć bezczynnie na cierpienie najdroższej na świecie istoty, wiedząc, że jest lek, który jeżeli nie przywróci mu zdrowia, to przynajmniej uśmierzy ból? Niestety, w stosunku do marihuany mamy jakąś zakorzenioną głęboko fobię. Lekarze ograniczają leki na bazie marihuany umierającym na raka, choć te znoszą ból nowotworowy, który potrafi być tak intensywny, że uznano go za chorobę, nie leczą dziecka, bo to narkotyk, a więc uzależnienie. Tylko co to obchodzi umierającego na nowotwór lub rodzica dziecka skazanego na cierpienie. A niech się uzależni.
Redaktor Anna Moraniec



8 Responses to "Marihuana – dla jednych narkotyk, dla drugich lek ratujący życie i od niego… wara"