„Marzenia psa przy budzie” – Józef Godzic
Ach, gdybym potrafił mówić,
tak jak człowiek do człowieka,
to w tym Dniu swojemu panu
dosłownie bym tak wyszczekał:
„Witam mego Pana mile!
Długom czekał na tę chwilę.
Pewnie zdziwi Cię po pierwsze,
że pies mówi, nawet wierszem?
Świat sekrety ma i to, że
człowiek pojąć je nie może.
My psy czarne, białe, płowe
także mamy własną mowę.
Kiedy w nocy śpią już ludzie,
Wtedy wszystkie psy przy budzie
małe, duże; wilki, burki
rozmawiają – bez komórki.
Jeden szczeka, drugi wyje,
inny skomli i nie kryje,
czemu nie zamyka japy –
to są wieści z pierwszej łapy.
Jak któremu się powodzi,
wiemy wszystko i na co dzień.
Wyszło na to (tak być może),
że wśród psów mam najgorzej.
Przy okazji spytać muszę:
Za co cierpię te katusze?
Jeśli to tak dalej pójdzie,
to wnet zdechnę przy tej budzie.
Zewsząd wieje, z góry kapie –
to nie to, co na kanapie.
Gdy mróz ściśnie i śnieg spadnie,
zwijam w kłębek się dokładnie,
mordę chowam w ciepłe wnęki,
by mi nie zamarzły szczęki.
Kto by wtedy, jeśli nie ja,
mógł zaszczekać na złodzieja?
Nie mam co jeść przede wszystkim,
za to pchły mnie gryzą wszystkie.
Czasem mi się uda, Panie,
złapać kilka na śniadanie.
Łańcuch tylko u tej budki
jest solidny: gruby, krótki,
a mocny, że, w razie czego,
byk by się nie urwał z niego.
Plusem jest to, przyznam tutaj,
żem nie zaznał twego buta.
Miewam chwile też przyjemne,
ale wtedy, gdy się zdrzemnę.
Gdy przez wpół otwarte oczy
jakiś sen się napatoczy,
wtedy jestem w siódmym niebie.
Sny podobne mam do siebie:
Śni mi się zazwyczaj ścieżka,
gdzie dokoła nikt nie mieszka,
ścieżka gładko udeptana,
a ja idę obok Pana
i ogonkiem merdam zgranie –
tym, co żeś mi uciął, Panie.
Co do góry ja podskoczę
zaglądając Tobie w oczy,
Ty, po miłym dla mnie słowie,
czule głaszczesz mnie po głowie.
A na pniach drzew na poboczu
wącham zapach psiego moczu. –
każdy pies, co idzie z panem,
zostawia tu swoje dane.
Gdy odczytam ich przekazy,
sam też siknę parę razy.
Wzrokiem za suczkami błądzę,
ale idę przy Twej nodze.
Zając czmychnie, bo się boi,
a ja idę z Panem swoim.
Słońce świeci, wietrzyk wieje…
Czy naprawdę to się dzieje…?
Wtem… usłyszę kroki cudze
i się zrywam, i się budzę.
Muszę warknąć na obcego,
niech wie, że ja widzę jego.
I znów ciągnie się ta nuda:
miska pusta, zimna buda,
obok leżą zgniłe słupy
i w pobliżu moje kupy.
Ja w tym wszystkim tkwię bez ruchu,
albo drapię się po brzuchu. –
wtedy łańcuch, przez obcierkę,
dzwoni jakby na pasterkę.
Dzisiaj pełna moja miska,
będzie włożyć co do pyska.
Pragnę Ci polizać ręce
za te pyszności w podzięce.
Pozwól liznąć na ostatek
Twe oblicze za opłatek.
Idź już Wodzu, bo już wszędy
rozlegają się kolędy.
Nie będę Cię dłużej nudzić.
Idź do siebie, idź do ludzi,
tam Cię przecież każdy ceni.
Chyba że… się chcesz zamienić?”
Józef Godzic jest 84-letnim emerytowanym elektrykiem i kinooperatorem, mieszka w Rzeszowie i jest znany przede wszystkim jako wybitny twórca palindromów – zdań, które można czytać wspak. Nagrania tego wiersza w wykonaniu samego autora można wysłuchać tutaj:


