
40 dni ciągłej wędrówki. A do przejścia – 1200 km! Rafał i Paulina zamierzają pokonać najdłuższą możliwą górską trasę w Polsce. Zaczęli w Bieszczadach. W ten sposób chcą zebrać fundusze na operację oraz rehabilitację małej wojowniczki – niepełnosprawnej Oliwki.
Ale pomóc może każdy z nas!
– Dwa lata temu wpadłem na pomysł, aby połączyć pasję z pomaganiem innym. Przeszedłem swój pierwszy szlak charytatywnie. Idąc Głównym Szlakiem Sudeckim (440 km) zbierałem fundusze na remont zabytkowej kaplicy.
Tak mu się spodobało, że 3 miesiące później wyruszył Głównym Szlakiem Beskidzkim (519 km), by pomóc GOPR i potrzebującym dzieciakom. A w zeszłym roku przeszedł Szlak Karpacki (445 km). Tym razem na rzecz najmłodszych z wrocławskiego hospicjum. Na swoim koncie miał trzy najdłuższe szlaki w kraju. Postanowił jednak to przebić.
Mała wojowniczka
– Planowaliśmy wyjazd za granicę, ale musieliśmy zorganizować wyprawę w marcu, a wtedy obowiązywały jeszcze obostrzenia covidowe. Mieliśmy ograniczone możliwości. I tak padło na najdłuższy szlak górski w Polsce – biegnący od granicy z Ukrainą do granicy z Niemcami – opowiadają podróżnicy. Cel marszu mógł być tylko jeden – charytatywny. – To daje nam ogromną motywację do stawiania kolejnego kroku, pocenia się i wchodzenia na kolejną górę, spędzania nocy w namiocie, czy radzenia sobie z mokrymi butami. Robimy to nie tylko dla siebie, ale także dla kogoś innego – dodają.
Tym razem wyciągnął życzliwą dłoń do Oliwki. Dziewczynka ma 2 lata. Nie siedzi i nie chodzi. – Jest wcześniakiem, urodziła się w 28. tygodniu ciąży, z wieloma wadami wrodzonymi. Ma mózgowe porażenie dziecięce, które uniemożliwia jej stawianie kroków. Oprócz tego cierpi na niedowład jednej rączki i ma zaburzenia mowy – opowiada Rafał. – Ale Oliwka jest cudownym dzieckiem. To mała wojowniczka, która mocno walczy! Codzienna rehabilitacja, zajęcia ze specjalistami, ćwiczenia w salach i na basenie, ciągłe badania, to chleb powszedni dziewczynki i jej mamy – Basi – podkreśla.
Aby Oliwka mogła samodzielnie postawić pierwszy krok, potrzebna jest również kosztowna operacja, która normalizuje napięcie mięśniowe. Jej koszt w Stanach Zjednoczonych to ok. 250 tys. zł.
Pomoc od Szybkich Podróżników już płynie. – Pokonane przez nas kilometry są realną wartością, ponieważ za każdy sponsorzy wpłacają na rzecz naszej podopiecznej 6 zł (szczegóły na fanpage’u Szybkie Podróże) – zaznacza Paula.
Ale wsparcie może okazać każdy! – Na stronie Siepomaga.pl założyliśmy skarbonkę Szybkich Podróżników, z której całość wpłat zostanie przekazana Małej Wojowniczce – podkreśla Rafał. Jest też druga forma wsparcia – aukcje na Facebooku w grupie – Licytacje serca dla Oliwki z MPD. – Szalenie do nich zachęcamy, bo nie wymagają pieniędzy. Można wystawić swoje rzeczy, nieużywane ubrania, książki, starą gitarę, albo usługi. Ostatnio na przykład zaoferowano namalowanie portretu. Ktoś, kto ma kawiarnię, może zaproponować kawę, a ktoś posiadający skład węgla – tonę węgla – wylicza wędrowiec. – Coś, co my mamy za darmo, inne osoby mogą zlicytować, a pieniądze trafiają do skarbonki na rzecz potrzebującej dziewczynki – tłumaczy.
Podróż w głąb siebie
Śmiałkowie wyruszyli 30 lipca. Trasa, jaką zamierzają pokonać, nie jest łatwa. Zaczyna się na zbiegu granic Polski, Słowacji i Ukrainy, a kończy na trójstyku granic Polski, Czech oraz Niemiec. Pierwsze 16 dni spędzają razem. Pozostałe Szybki przejdzie sam.
– Łącznie to 1200 km, a do tego jakieś 40 tys. metrów przewyższeń. Horrendalne wartości, które obciążają organizm. Wędrówka jest też trudna dla głowy. Na 1,5 miesiąca znikam z życia. Nie ma mnie dla przyjaciół, rodziny. Istnieje tylko szlak – zauważa Rafał.
Oboje muszą sobie poradzić z odosobnieniem i samotnością, a jak podkreślają, są ekstrawertykami, kochają ludzi. – Można powiedzieć, że to urlop od wszystkiego. Nie mamy Internetu. Kolejny dzień funkcjonujemy bez prądu. Nie ma radia, telewizji, reklam, innych ludzi. Niczego. Możemy lepiej poznać się nawzajem, ale też i siebie samych. Nie przeszkadzają nam żadne zagłuszacze. Jesteśmy tylko my i nasze myśli. Poza wsparciem Oliwki to prawdziwa wartość tego marszu – nie ma wątpliwości wędrowiec.
– Chodzi też o zobaczenie ciekawych miejsc. Zawsze można odkryć coś nowego. Góry za każdym razem się różnią, nawet jeśli kolejny raz idziemy w to samo miejsce. Bo inny jest krajobraz, inne towarzyszą nam emocje, czy w końcu pogoda – stwierdza Paula.
A ta daje im się we znaki od samego startu. – Praktycznie codziennie jest burza lub deszcz. To problem, bo pogoda nas stopuje. Nie możemy wyjść na szczyt – rozkłada ręce Rafał. Nie bierze jednak pod uwagę, że przerwą wyprawę. – Jestem szczęśliwie bezrobotnym po to, żeby – jeśli będą jakiekolwiek problemy – zatrzymać się nawet na kilka dni, wyleczyć kontuzję czy przeczekać pogodę, i ruszyć dalej, kiedy to będzie możliwe – uśmiecha się.
Można się tu zgubić, żeby się odnaleźć
Każdy dzień podróżników wygląda podobnie. – Wstajemy rano. Idziemy do wieczora i kładziemy się spać – śmieje się Szybki. – Musimy przejść minimum 30 km dziennie, żeby zmieścić się w czasie urlopowym Pauli.
– Wychodząc rano, nie wiemy, gdzie dojdziemy, ani gdzie będziemy spać i w jakich warunkach. Nie mamy planu, ale też nie chcemy go mieć, żeby odpocząć – tłumaczą. – Śpimy tam, gdzie przygarną nas dobrzy ludzie – w bazie namiotowej, w schronisku PTTK, a wcześniej w domu rekolekcyjnym – wyliczają. Mają określony budżet i postanowili, że to, co zaoszczędzą na trasie, np. na noclegach, „wrzucą” do wirtualnej skarbonki swojej podopiecznej. -Wszystko, co doniesiemy do mety, wpłacamy od siebie, więc każda pomoc na szlaku i każdy darmowy nocleg jest realnym wsparciem dla tej dziewczynki – przekonują.
Wierzą, że dobro przyciąga dobro. – Uśmiech i pozytywne nastawienie pozwala odkryć mnóstwo fantastycznych osób. Szczerze mówiąc, takie podróżowanie jest milion razy lepsze niż opłacenie hotelu, bo można poznać ludzi o wielkich sercach. To jak z autostopem. Możesz kupić bilet na pociąg i przejechać z punktu A do punktu B, albo korzystać z podwózki i spotkać po drodze kogoś, kto cię zabierze i opowie historię swojego życia. A ty się odwdzięczysz, zabierając kogoś innego. Staramy się oddawać te przysługi. Sam mam mieszkanie na głównym szlaku sudeckim i też czasami kogoś przyjmuję – zauważa Rafał. – Im więcej podróżujemy, tym bardziej się przekonujemy, że dobrzy ludzie są wszędzie, tylko trzeba ich znaleźć.
Niebawem opuszczają nasz region. Jak oceniają Bieszczady? – Poza burzami? Wspaniałe! Połoniny są absolutnie bezkonkurencyjne! Moim zdaniem, tu są najlepsze widoki na całym GSB – wyznaje Rafał. – Uwielbiam tu wracać. Robię to od 12 lat i za każdym razem jest super. Tu jest niepowtarzalny klimat. Piękne krajobrazy, niezwykłe miejsca. Cieszę się, że od tych gór zaczęliśmy – podkreśla Paula. A Szybki dodaje: – Spotkany przez nas niedawno wędrowiec powiedział nam, że Bieszczady są miejscem, gdzie można się zgubić, żeby się odnaleźć. Myślę, że to najlepsze podsumowanie.
Wioletta Kruk



4 Responses to "Maszerują 1200 km, by Oliwka zrobiła pierwszy krok"