Maszt na działce, której nie ma

– Nie zgadzamy się na maszt telekomunikacyjny w środku naszej wsi – mówią twardo mieszkańcy podprzemyskiej wsi Ostrów. – Czujemy się oszukani przez wójta i starostę, a fakt, że są trudności w uzyskaniu od nich dokumentów tylko utwierdza nas w przekonani, że coś „kręcą” – dodają. Tymczasem ich prawnik zajmujący się sprawą ujawnia szereg nieprawidłowości przy wydawaniu zgód na lokalizację i budowę masztu.

Aby dobrze zrozumieć co tak naprawdę wydarzyło się w Ostrowie spróbujmy cofnąć się nieco w czasie. Mamy rok 2018 i jedna z czołowych sieci telefonii komórkowej zwraca się do wójta gminy Przemyśl, Andrzeja Huka o zgodę na lokalizację na prywatnej działce we wsi Ostrów ponad 50- metrowego masztu telekomunikacyjnego. Choć ma stanąć w pobliżu dwóch przedszkoli, szkoły i kościoła, w centrum wsi, wójt, który sam w Ostrowie mieszka, żadnych przeszkód nie widzi. Wystarczy mu zupełnie, że inwestor napisał, iż maszt w tym miejscu nie wymaga opinii środowiskowej. Wydaje zgodę na lokalizację inwestycji celu publicznego w listopadzie 2018 r. i zawiadamia o tym na stronie internetowej Urzędu Gminy Przemyśl oraz na zebraniu wiejskim. Jednak, jak się okazuje po niemal dwóch latach, większość ostrowian o tym, że ktokolwiek zwracał się o zgodę na usytuowanie tu masztu, nie wiedziała. – Powiadamiać się powinno w sposób zwyczajowo przyjęty w danej społeczności – przypominają mieszkańcy. – Myśmy się o tym dowiedzieli, gdy już wykopano pod maszt głęboki dół, z tablicy wiszącej na ogrodzeniu placu budowy, kilka tygodni temu – alarmują. Wójtowi rzecz jasna od mieszkańców się dostało, ale ten tłumaczył się przepisami. – Muszę działać w granicach prawa, a to zabrania mi nieudzielenia zgody na lokalizację inwestycji celu publicznego – podkreślał i wciąż podkreśla Andrzej Huk. Włodarz gminy wprost mówił swoim sąsiadom z Ostrowa, że kluczowe było tu pozwolenie na budowę masztu, a to wydał przecież starosta przemyski, a nie on. – Chcieliśmy zaskarżyć tę decyzję, ale wojewoda nie uznał, nas jako Urzędu Gminy Przemyśl za stronę w tej sprawie – wyjaśniał wójt. – Kierujemy zatem sprawę na drogę sądową – poinformował.

O dziennikarzach uprzedzać 2 dni wcześniej?

Bardzo podobna sytuacja miała miejsce we wsi Młodowice Osiedle w gminie Fredropol lezącej także na terenie powiatu przemyskiego. Tamtejszy wójt też wydał zgodę na lokalizację inwestycji celu publicznego, a starosta zgodę na budowę masztu sieci telefonii komórkowej. Maszt stanął, ale mieszkańcy Młodowic Osiedla za wygraną nie dawali. W kolejnych instancjach przekonywali skutecznie sądy, że zgody zostały wydane z rażącym naruszeniem prawa. Sprawa jest jeszcze w toku, ale wszystko wskazuje na to, że sąd w końcu nakaże rozróbkę masztu w Młodowicach Osiedlu. Mieszkańcy Ostrowa nie chcą u siebie dopuścić do tego, by maszt stanął w środku ich wsi. Dlatego zawiązali Społeczny Komitet „Stop budowie masztu we wsi Ostrów”. Jego przewodniczącą została Łucja Leja, osoba energiczna i nie dająca się łatwo zbyć. – A chciał mnie wójt zbyć, chciał – opowiada kobieta. – Z trudem otrzymałam od niego niektóre dokumenty dotyczące masztu – wspomina. – Pan wójt oczekiwał ode mnie, co wprost mi powiedział, że o ile wybieram się doń z dziennikarzami, to mam dać mu o tym znać 2 dni wcześniej – opowiada Łucja Leja. Koniec końców społeczniczka część dokumentacji od wójta otrzymała.

Osobliwe standardy

O ile można powiedzieć, że z uzyskaniem dokumentów z Urzędu Gminy Przemyśl były problemy, o tyle o przemyskim Starostwie Powiatowym rzec można, że jest dosłownie „zamurowane” przed Leją i dziennikarzami. Szefowa komitetu złożyła 24 września pismo z żądaniem wydania jej dokumentów dotyczących masztu w trybie dostępu do informacji publicznej. Jakiś tydzień później poszła do starostwa, a towarzyszyli jej dziennikarze, w tym dziennikarz Super Nowości. Nader niechlujny i opryskliwy pan, który okazał się być, o zgrozo, ochroniarzem w tej instytucji, zrazu nie miał nic przeciwko temu, by kobieta z dziennikarzami weszła do holu starostwa i poczekała na naczelnika Wydziału Architektury, Urbanistyki i Budownictwa, Jerzego Władykę. Z racji pandemii bowiem interesanci nie odwiedzają sami urzędników, a są przez nich obsługiwani w holu. Naczelnik Władyka pofatygował się do Łucji Lei i z wyraźnym lekceważeniem powiedział społeczniczce, że żadnych dokumentów dać jej nie może, bo wszystkie „poszły” do wojewody w związku ze skargą wójta. Wszystkie bowiem kopie dokumentów wydawane w trybie dostępu do informacji publicznej są potwierdzane za ich zgodność z oryginałem. A oryginały dotyczące sprawy masztu zostały przesłane do wojewody, o czym naczelnik Władyka z widoczną satysfakcją poinformował Leję i dziennikarzy. Rzecz jednak w tym, że przyznał, iż wysłał je 30 września, miał zatem kilka dni na sporządzenie kopii dla przewodniczącej komitetu. Gdy ta i dziennikarze zaczęli dopytywać o szczegóły wydania zgody na budowę masztu, naczelnik Władyka zaczął być coraz bardziej arogancki w widoczny sposób „przykrywając” tym coraz bardziej rosnące, widoczne zdenerwowanie. Powtarzał wciąż, że nie mógł podjąć innej decyzji niż wydanie zgody na budowę masztu w Ostrowie, bo była zgoda wójta na tę lokalizację, nie było sprzeciwu Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska i w ogóle nic nie mógł zrobić. Z pomocą przyszedł mu niechlujny ochroniarz, który nagle stwierdził, że dziennikarze muszą mieć specjalną zgodę starosty na przebywanie w urzędzie, nagrywanie oraz robienie zdjęć! A gdy ci z oczywistych przyczyn ignorowali te uwagi pan ochroniarz usiłował jednego z nich…popchnąć. Doprawdy nikt nie spodziewał się takiego zachowania w tym gmachu.

W Ostrowie „jest” działka, której …nie ma

Ostrowianie od początku mieli świadomość, że sami nie poradzą sobie w gąszczu przepisów dotyczących takiej sprawy, jak budowa w środku ich wsi masztu, zdecydowali się więc powierzyć ją prawnikowi. Ich wybór padł na mecenasa Grzegorza Wybranowskiego, który od razu zabrał się do studiowania dokumentacji, którą Lei udało się uzyskać. Na spotkaniu z mieszkańcami Ostrowa w miniony wtorek (13 października) przekazał pierwsze wnioski wynikające z analizy dokumentów. – Wbrew temu co mówią pan wójt i pan naczelnik ze starostwa, nie jest wcale tak, że gdy chodzi o zgodę na lokalizację inwestycji celu publicznego, a potem zgodę na budowę, to urzędnicy mają związane ręce i nic nie mogą zrobić – wyjaśniał prawnik. – Zadziwiające jest też to, że zgody na lokalizację, a następnie na budowę wydane są na działkę, na której ma stanąć maszt, ale cała specyfikacja projektu dotyczy działki o innym numerze, w dodatku takiej, której w Ostrowie nie ma – zdradził nieprawdopodobną wręcz informację mec. Wybranowski. Prawnik dopatrzył się jeszcze kilku innych poważnych uchybień w całym urzędniczym procesie zmierzającym do wydania zgody na budowę masztu.- Jest spora szansa na udowodnienie, iż zgody zostały wydane z rażącym naruszeniem prawa – poinformował ostrowian. Mowa była o tym, że nikt nie dokonał wyliczeń jakiej mocy będzie promieniowanie masztu skumulowane z promieniowaniem z innych nośników fal elektromagnetycznych.- A taka kalkulacja powinna zostać zrobiona – podkreślał mec. Wybranowski. Ponadto, jak zauważył prawnik, maszt i jedno z przedszkoli dzieli faktycznie odległość mniejsza niż podana w specyfikacji inwestycji i wynosząca mniej niż 70 metrów. Mieszkańcom pomaga też poseł z Przemyśla, Marek Rząsa (PO). – Rozmawiałem z naczelnikiem Wydziału Ochrony Środowiska Starostwa Powiatowego i był zdumiony – relacjonował Rząsa. – Nikt się doń o opinię w sprawie tego masztu nie zwracał!

Łucja Leja na razie w imieniu komitetu zwróciła się do starosty przemyskiego o udostępnianie w trybie informacji publicznej dokumentów dotyczących uzgodnienia projektu. Czy starostwo i tego dokumentu nie zechce wydać? A może go nie ma, bo jakiś urzędnik podjął decyzję, by projektu nie uzgadniać? O to też Leja pyta w swym piśmie. Ponadto przewodnicząca komitetu zwróciła się do Podkarpackiego Wojewódzkiego Inspektora Nadzoru Budowlanego o wstrzymanie prac przy budowie masztu. – Nie dopuścimy, by w środku wsi postawiono ten maszt – zapowiada przy wtórze innych mieszkańców Ostrowa. Jak deklarują: – Będziemy protestować, drążyć, badać dokumenty, a jak trzeba to i do sądu pójdziemy!

Monika Kamińska

5 Responses to "Maszt na działce, której nie ma"

Leave a Reply

Your email address will not be published.