
RZESZÓW. Dzięki 26-latkowi z Rzeszowa młody motocyklista z Lublina przeżył i walczy o zdrowie w szpitalu.
– Podszedł, podał dłoń i przytulając się z płaczem powiedział: „Dziękuję, dziękuję, że pan był, dziękuję, że uratował pan mojego brata, nigdy tego nie zapomnę”. Te słowa wypowiedziane przez brata poszkodowanego w koszmarnym wypadku motocyklisty z Lublina, wciąż dźwięczą w głowie 26-letniemu Mateuszowi Mokrzyckiemu, ratownikowi medycznemu z Rzeszowa, który ubiegłej niedzieli uratował go od tragicznej śmierci na drodze.
Była niedziela, 1 października. – To miał być piękny dzień, taki inny niż każdy wcześniej, taki pierwszy wolny od pracy od długiego czasu – opowiada pochodzący z Frysztaka w powiecie strzyżowskim, a mieszkający w Rzeszowie 26-letni Mateusz Mokrzycki. Nasz bohater razem ze swoją narzeczoną Olą postanowili wykorzystać jeden z ostatnich słonecznych weekendów i wyruszyli w Bieszczady.
Dochodziła godz. 14, byli na trasie Rzeszów – Brzozów, gdy w pewnym momencie ich oczom ukazał się koszmarny widok. – Przed nami jechały dwa samochody. W pewnym momencie kierowca pierwszego, przygotowując się do skrętu, zjechał nagle na lewy pas. Na łuku drogi w Domaradzu pojawił się motocyklista, za nim jechali dwaj kolejni. Zauważył samochód na swoim pasie, nie wiedział, co zrobić, dlatego najeżdżając czołowo na niego podłożył się przed maskę. Wszystko potoczyło się błyskawicznie: piski opon… i ciało motocyklisty wsunęło się pod osłonę silnika…
Spod opon wypływała krew…
Mateusz momentalnie zatrzymał samochód. – Podbiegłem bliżej, spod maski wystawały tylko buty. W tym momencie do kierowcy samochodu z lamentem i krzykiem podbiegł mężczyzna, jak okazało się później, brat poszkodowanego. „Zabiłeś mi brata” – krzyczał spanikowany. W przypływie emocji kierowca… wycofał auto. Zobaczyłem strumienie krwi, które zaczynają wypływać z okolic czaszki… – opisuje Mateusz. – To nie jest tak, że obwiniam tego kierowcę, w szoku nie myśli się racjonalnie. Większość ludzi zapewne automatycznie wycofałaby pojazd, mając świadomość, że ktoś pod nim ginie.
Na drodze umierał człowiek, o jego przeżyciu decydowały sekundy, nie było czasu na myślenie. Mateusz krzyknął do narzeczonej „Ola, zadzwoń po karetkę” i przystąpił do działania. – Ten człowiek leżał na wznak. Miał kask, pod nim kominiarkę, usta i drogi oddechowe wypełnione krwią – wspomina, nie kryjąc emocji. – Był nieprzytomny, tętno było ledwo wyczuwalne. Gdyby tak został bez pomocy, udusiłby się. Nie miałem ani chwili do stracenia. Z pomocą brata poszkodowanego i jego kolegi ściągnęliśmy kask, rozpocząłem działania ratunkowe.
Z każdą sekundą, minutą na miejscu wypadku przybywało ludzi. – Stali, przyglądali się. To było na zasadzie lamentu, płaczu, wszyscy byli zdezorientowani – opowiada Mateusz. – Nikt nawet nie podszedł, żeby zapytać, czy coś mógłby pomóc. Jedynie rozchodziły się krzyki, żeby wzywać pogotowie. W pewnym momencie podbiegł do mnie ratownik, pojawiła się też pielęgniarka, którzy akurat tamtędy przejeżdżali. Działaliśmy już razem do samego końca.
Rusza się!
W pewnym momencie Mateusz zauważył, że motocyklista, który dotąd nie dawał żadnych oznak życia, zaczyna się poruszać. – To był najpiękniejszy moment, kiedy wróciła mu przytomność, zaczął ruszać rękami, nogami. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że to co zrobiłem przyniosło efekt. Ten człowiek do nas wrócił – wspomina z przejęciem.
Niedługo później na miejscu pojawili się strażacy, następnie karetka pogotowia, która dojechało po 12 długich minutach. Motocyklista został przekazany ratownikom. W tym momencie do Mateusza podszedł brat poszkodowanego. – Uścisnął mnie i powiedział, że dziękuje za ocalenie życia brata, że nigdy nie zapomni tego, co zrobiłem. To było niewiarygodnie wzruszające, ugięły się pode mną nogi…
Gdy Mateusz wrócił do domu, na Facebooku opublikował post, w którym opisał całe zdarzenie. – Postanowiłem napisać go tylko i wyłącznie po to, by uświadomić ludzi, jak ważna jest wiedza z zakresu pierwszej pomocy – podkreśla nasz bohater. – Każdy z nas może znaleźć się w takiej sytuacji – zarówno jako poszkodowany i jako świadek. Tylko czy będziemy wiedzieli, co wtedy robić i czy znajdzie się ktoś, kto będzie umiał nas uratować? Najwięcej ludzi nie ginie w wypadkach przez obrażenia, których doznali, ale właśnie przez uduszenie się. I to tylko dlatego, że nie było na miejscu nikogo, kto wiedziałby jak pomóc.
Gdy po godzinie nasz bohater zaglądnął na Facebooka, nie wierzył własnym oczom. Zasypał go grad wzruszających wiadomości z gratulacjami i podziękowaniami. Rozdzwoniły się teflony od bliskich i znajomych.
Wśród podziękowań znalazły się szczególne – od żony człowieka, któremu uratował życie. – Wiem od niej, że ten człowiek przeszedł poważne operacje, ale jego stan się poprawia. To najlepsza wiadomość, jaką mogłem otrzymać.
Sam Mateusz przyznaje skromnie, że nie czuje się bohaterem. – Jestem ratownikiem medycznym, zrobiłem to, co do mnie należało – przyznaje.
Nie bądźmy bierni, uczmy się ratować!
Ma jednak świadomość, że gdyby nie udzielona pomoc, ta historia nie zakończyłaby się szczęśliwie. – Wydaje mi się, że tak po prostu miało być, to była moja misja do wykonania. Miałem pojawić się w tym miejscu o tym czasie. Głęboko wierzę, że ta historia zakończy się szczęśliwie, ten człowiek wyjdzie z tego. Myślę, że po to właśnie posłano mnie w to miejsce. Jako ratownikowi medycznemu nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić wszystkich do działania w takich przypadkach. Reagujmy! Jeżeli sami nie umiemy pomóc, a widzimy kogoś, kto prowadzi działania ratunkowe, podejdźmy do niego, zapytajmy, czy możemy cokolwiek zrobić. Często powtarzam na szkoleniach, które prowadzę, że największą karą za nieudzielanie pomocy nie jest pozbawienie wolności do lat 3, tylko wyrzuty sumienia, że ten ktoś odszedł, bo ja nie zrobiłem nic, żeby mu pomóc. Największy dramat będzie wówczas, gdy poszkodowanym będzie nasz najbliższy…
Katarzyna Szczyrek




5 Responses to "Mateusz uratował życie człowiekowi po koszmarnym wypadku"