
110 LAT RESOVII. Rozmowa z Marcinem Pietryką, bramkarzem rzeszowskiej drużyny.
33-letni Marcin Pietryka to symbol i najstarszy zawodnik Resovii, która w sobotę o godzinie 12 zagra towarzysko z Lechią Gdańsk z okazji 110. urodzin rzeszowskiego klubu.
– Ponoć jest pan ostatnio bardzo zajęty, bawiąc się w budowlańca?
– Ładna mi zabawa. Nie buduję z klocków, tylko z prawdziwych materiałów (śmiech). Stawiamy dom na Słocinie, będę sąsiadem Oliega Achrema, a moja córka, która właśnie zaczęła szkołę, jest w klasie z synem siatkarza. Będzie więc okazja, by się bliżej poznać.
– Budowa domu to poważna sprawa. Ma pan do tego smykałkę?
– Nie mam, ale jestem w tej komfortowej sytuacji, że teść to fachowiec jakich mało. On wszystkim kieruje, ja staram się nie przeszkadzać (śmiech).
– W sobotę na stadionie Resovii spore wydarzenie – mecz z Lechią na 110-lecie. Co pan zapamiętał z ostatniego jubileuszowego spotkania z Wisłą Kraków na 105-lecie Resovii?
– Obroniłem kilka strzałów Macieja Żurawskiego, a to już było coś. Pamiętam Piotra Brożka, holenderskiego trenera „Białej Gwiazdy” Roberta Maaskanta i to, że goście kręcili nosem na stan murawy. Mieli prawo, dziury były straszne (śmiech). Dla nas, piłkarzy z niższej półki, takie mecze to wyjątkowy zastrzyk adrenaliny. Jest okazja, by porównać swoje umiejętności na tle topowych drużyn i przy okazji czegoś się nauczyć.
– Gdy sprawdziłem składy z tamtego meczu, nie mogłem uwierzyć, że z 25 zawodników Resovii ostał się tylko pan i Piotr Szkolnik.
– Był jeszcze Konrad Domoń, ale wtedy grał chyba w drugiej drużynie. Nie pamiętam dokładnie. No cóż, w tamtych czasach rotacja w kadrze Resovii była ogromna. Zawodnicy przychodzili i odchodzili dziesiątkami. W takich warunkach ciężko jednak stworzyć zgraną paczkę. Z żadnym piłkarzem z tzw. armii zaciężnej nie utrzymuję kontaktów.
– Byłem przekonany, że grał pan też z Górnikiem Zabrze na 100-lecie Resovii. Okazuje się jednak, że bronił Mateusz Szyszko.
– Tydzień przed meczem doznałem kontuzji barku. Nie mogłem podnieść ręki, więc wylądowałem na trybunach.
– Teraz też walczy pan z przykrym urazem. Zdąży się pan wykurować?
– Cztery dni po meczu z Lechią jest liga i nie wiem, czy zaryzykujemy pogłębienie kontuzji. Chciałbym jednak zagrać, bo to prestiżowa potyczka. W najgorszym razie pokażę się choćby na chwilę, by mieć satysfakcję. Mam kłopot z lewą nogą, tam gdzie styka się ona z biodrem. Przechodzę terapię laserową, oby okazała się skuteczna.
– „Żurawia” pan powstrzymał, miło byłoby zagrać na nosie Milosowi Krasicowi, który swego czasu błyszczał w CSKA Moskwa, Juventusie Turyn i reprezentacji Serbii.
– Ano właśnie. Nie mamy przecież zbyt wielu okazji do rywalizacji z tej klasy piłkarzami. Fajnie, że Lechia przyjeżdża najmocniejszym składem. Zabraknie tylko kadrowiczów.
– Tak się składa, że symbolami obu klubów są bramkarze. Pana vis a vis Mateusz Bąk przeszedł z Lechią drogę z A-klasy do ekstraklasy.
– Bardzo cenię „Bączka”, choć go nie znam. W tamtym roku byłem na wakacjach w Sopocie i wybrałem się na mecz Lechii z Piastem Gliwice. Z zaciekawieniem obserwowałem grę Mateusza. Mam nadzieję, że na stare lata i ja poprowadzę jeszcze Resovię do wyższej ligi (śmiech).
Rozmawiał Tomasz Szeliga


