Mieli widzieć lepiej…

Leczenie w Wojewódzkim Szpitalu w Przemyślu miało pomóc cierpiącym na zwyrodnienie plamki żółtej. Dla siedmiorga pacjentów stało się przekleństwem. Zamiast poprawy widzenia, zafundowano im stany zapalne i konieczność dalszego leczenia.

Tymczasem niedawno, szefowa przemyskiego szpitala, Barbara Stawarz, i odpowiedzialny za lecznictwo w regionie – wicemarszałek województwa, Stanisław Kruczek, chwalili placówkę w Przemyślu, twierdząc, że jest na najwyższym europejskim poziomie.

Czytelniczka z Przemyśla (dane znane redakcji) cierpi na zwyrodnienie plamki żółtej w jednym oku. Leczyła się w przemyskim Wojewódzkim Szpitalu. – Korzystałam z takiego programu, w ramach którego mniej więcej dwa miesiące otrzymywałam zastrzyk w gałkę oczną – wyjaśnia. – Trwało to od 2018 roku, a wraz ze mną z programu korzystało około 30 osób – tłumaczy. – Dotychczas nie było żadnych komplikacji, aż do feralnego poniedziałku, 27 stycznia – wzdycha. Właśnie wtedy nasza Czytelniczka przyjęła kolejny zastrzyk w oko. Wróciła do domu i wkrótce zaczął się dramat. – Oko najpierw zaczęło boleć, potem spuchło i pojawił się wysięk – wspomina pacjentka. – W końcu ból stał się nie do wytrzymania i postanowiłam jechać do szpitala – mówi. Było to wieczorem we wtorek (28 stycznia).

Tymczasem w przemyskim Wojewódzkim Szpitalu już od dłuższego czasu nie ma w godzinach popołudniowych dyżuru okulistycznego. Wcześniej działał „na żądanie”, ale okazał się „niepotrzebny”. Teraz trzeba z okiem „spokojnie” poczekać do rana, albo jechać na własną rękę do… Rzeszowa. Właśnie taką radę, zgodnie z procedurą placówki, otrzymała od rejestratorki na SOR-ze nasza Czytelniczka. – Na szczęście ktoś z personelu SOR-u skontaktował się chyba z panią ordynator okulistyki i ta przyjechała z Zamościa – wyjaśnia pacjentka. – Czekałam tak z tym bolącym i lejącym okiem – dodaje. Ordynatorka oddziału zaaplikowała pacjentce antybiotyk do oka, a potem wysłała ją karetką do Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie.

A w Lublinie lekarze „złapali się za głowy”. Przepłukali komorę przednią oka, usunęli masy zapalne i wykonali operację zaćmy oraz pobrali do badania próbki z oka, by stwierdzić, skąd wziął się stan zapalny. – Wkrótce ma być wynik, ale z tego co mówili, wygląda to na zakażenie bakterią, najpewniej szpitalną – mówi nasza Czytelniczka. – Powiedziano mi też, że nie gwarantują, że po tym zakażeniu stan widzenia będzie choćby taki, jak przedtem, nie wspominając o poprawie – dodaje.

Razem z naszą Czytelniczką z przemyskiego szpitala do Lublina trafiło jeszcze 5 osób. – Tyle znam z widzenia z leczenia w Przemyślu – podkreśla kobieta. – Z Lublina każdy miał wracać na własną rękę. Dobrze, że po mnie przyjechała rodzina, to mogłam zabrać z nami jeszcze jedną pacjentkę – zauważa.

Teraz przemyślanka analizuje całą sytuację: – Nie wiem, jak do tego doszło, ale podczas tych zabiegów nie zachowywano sterylności – wspomina. – Pacjenci wchodzili na salę zabiegową w butach, pielęgniarki zakrapiały nam oczy w ciemnym korytarzu – mówi kobieta.

Tymczasem niedawno na spotkaniu poświęconym stanowi przemyskiej służby zdrowia z udziałem marszałka Senatu, prof. Tomasza Grodzkiego, szefująca przemyskiemu szpitalowi Barbara Stawarz i odpowiedzialny za stan lecznictwa na Podkarpaciu wicemarszałek województwa, Stanisław Kruczek, bardzo chwalili się Wojewódzkim Szpitalem w Przemyślu. Mowa była o tym, że jest co prawda mocno zadłużony, ale pełen nowoczesnego sprzętu i wysokiej klasy specjalistów. Słowem, europejski poziom placówki i idealne procedury. Jak zatem mogło dojść do takiej sytuacji? Zadaliśmy to pytanie Działowi Rozwoju, Promocji i Komunikacji Społecznej, który w Wojewódzkim Szpitalu w Przemyślu jest odpowiedzialny za kontakt z mediami. Na razie nie mamy odpowiedzi, ale zaistniałą sytuację skomentował dla nas doktor Jan Witkiewicz, okulista z 30-letnim stażem, który na oddziale w tej placówce przepracował około 20 lat, także jako jego ordynator. Tego lekarza i jego zespołu pozbył się ze szpitala poprzedni dyrektor placówki. Doktor Witkiewicz również leczy swoich pacjentów terapią, której poddana została nasza Czytelniczka, a także wykonuje zabiegi. – Powikłania po zabiegu oczywiście mogą się zdarzyć – zastrzega lekarz. – Także takiego rodzaju, jak tu, gdzie mamy do czynienia z zapaleniem gałki ocznej, ale to są statystycznie pojedyncze przypadki wynikające przeważnie z nosicielstwa danej bakterii przez pacjenta wcześniej i osłabienia organizmu – wyjaśnia doktor Witkiewicz. – Tu chodzi o zakażenie kilku osób, więc takie wytłumaczenie jest niemożliwe. To nie miało prawa się zdarzyć przy zachowaniu procedur – stwierdza okulista. Dlaczego więc się zdarzyło? – Nie chciałbym tu ferować jakichś wyroków – zastrzega – ale tak to bywa, gdy oddział jest bez nadzoru. Tu szefowa oddziału mieszka 150 km od szpitala i bywa chyba raz czy dwa razy w tygodniu – dodaje.

Nasza Czytelniczka zdecydowała, że leczenie będzie kontynuować w Lublinie. – Boję się przemyskiego szpitala – wyznaje. – Skoro raz się tak zdarzyło, może się zdarzyć znów. Kobieta liczyła, że po terapii będzie mogła wrócić do pracy, ale teraz stanęło to pod znakiem zapytania. – Co będzie, jeśli nie odzyskam wzroku nawet do poziomu, który miałam? – boi się. Nie ukrywa, że rozważa możliwość dochodzenia od szpitala odszkodowania za pogorszenie stanu zdrowia i utratę możliwości pracy, a także koszty poniesione wskutek leczenia w Lublinie. Jak się dowiedzieliśmy, nie jest jedyną osobą, która nosi się z takim zamiarem.

Gdy tylko otrzymamy z Wojewódzkiego Szpitala odpowiedź na nasze pytania, natychmiast podzielimy się nią z naszymi Czytelnikami. Na razie wypada nam życzyć zdrowia pacjentom placówki.

Monika Kamińska

Leave a Reply

Your email address will not be published.