
Piękna, leśna okolica. W weekendy pełna spacerowiczów. Ale jak mówią mieszkańcy, niebawem może się to zmienić. Powód? Decyzja starosty o rekultywacji wyrobiska, z którego przed laty wydobywano piasek. Miejscowi, którzy dowiedzieli się o niej jako ostatni, postanowili sprawdzić, co kryje się za słowem „rekultywacja”. Okazało się, że zagłębienie ma zostać wypełnione odpadami. W końcu usłyszeli, że chodzi o osad z rzeszowskiego zalewu. – To będzie miało negatywne skutki dla środowiska. A niedaleko jest ujęcie wody pitnej – mówi w imieniu protestujących Maria Kiwała-Barnat, sołtys wsi Czarna.
– Bardzo wiele osób do nas przyjeżdża, bo mamy tu piękne tereny, swoisty mikroklimat. Żyje tu wiele gatunków zwierząt. Niedaleko jest stadnina koni, ścieżki rowerowe, szlak garncarski. Tymczasem nagle dowiadujemy się o decyzji starosty, która mówi o tym, że wyrobisko określone jako niekorzystnie przekształcone, ma być wypełnione odpadami niewiadomego pochodzenia – zauważa sołtys Czarnej. W dokumencie podano ich konkretne numery, ale mieszkańcom nic nie mówią. – Wiemy, jak to wygląda. Często słyszymy o przedsiębiorcach, którzy chcą zarobić i między określonymi odpadami przemycają też niebezpieczne. A do Czarnej miałoby trafić 70 tys. ton! – podkreśla Maria Kiwała-Barnat.
Mieszkańcy zaczęli dopytywać i dowiedzieli się, że pod ich lasem ma zostać składowany muł z rzeszowskiego zalewu. – Poprzedni wykonawca zrezygnował z jego wydobywania, bo znalazł niebezpieczne związki metali ciężkich. A teraz okazuje się, że ten osad przywiozą do nas
– oburzają się. – Niedaleko mamy ujęcia wody pitnej dla naszej gminy i całego Łańcuta. Studnie otacza teren ochrony pośredniej. A teraz tam mają być wywożone odpady. Nie rozumiemy, czym kierował się pan starosta, pozwalając zniszczyć ten obszar. Bo tak będzie – rozkładają ręce.
– Jest jeszcze inny problem
– zwraca uwagę jeden z protestujących. – W przeszłości mieliśmy odprowadzenie wody do Wisłoka. Dziś go nie ma, a kiedy z lasów schodzi woda, zapełnia wyrobisko. Kilka lat temu w gminie były powodzie. Jeżeli ten dół zostanie zasypany, przy ulewach, jakie dziś mamy, będziemy się topić – nie ma złudzeń.
Wójt nie udostępni drogi
W promieniu 100 metrów od wyrobiska są domy. Kolejni mieszkańcy osiedlają się w pobliżu lasu. O planach rewitalizacji nie wiedzieli. – Nawet wójt nie został ujęty jako strona zainteresowana – zaznacza Maria Kiwała-Barnat.
– Wszystko robiono po cichu. Nikomu nie zależało, żeby to nagłośnić. Pani sołtys dowiedziała się o sprawie przypadkiem – słyszymy. Na czerwcowej sesji rady gminy zwróciła się do włodarza. – Wtedy dowiedziałam się, że starosta wydał taką decyzję. Wójt negatywnie ją zaopiniował, ale nie zostało to wzięte pod uwagę – relacjonuje.
– Dziwi mnie, że gmina nie jest stroną w postępowaniu
– przyznaje w rozmowie z nami Edward Dobrzański, wójt gminy Czarna. – To ważne, bo opinia jest tylko opinią. A gdy jest się stroną, ma się więcej możliwości. W związku z tym wystąpiłem do Samorządowego Kolegium Odwoławczego o zakwestionowanie tej decyzji. Społeczeństwo Czarnej jest bardzo zaniepokojone. Wcześniejsze próby przedsiębiorców w zakresie negatywnego oddziaływania na środowisko wyczuliły mieszkańców – przyznaje.
Jako zarządca drogi, która miałaby prowadzić do miejsca składowania, nie zgadza się na jej udostępnienie. Jej parametry techniczne nie pozwalają na przejazd ciężkich samochodów (ograniczenie do 2,5 t.). Włodarz gminy zapewnia, że nawet jeśli wykonawca zobowiązałby się do naprawy ewentualnych zniszczeń, nie wyda zgody. – Nie wierzę w żadne deklaracje. Wiemy, jak to się odbywa w innych miejscowościach. Są szumne zapowiedzi, a potem zostawia się samorząd z problemem – kwituje Edward Dobrzański.
Gdyby woda była zatruta, nie byłoby ryb
Mieszkańcy nie zamierzali jednak czekać z założonymi rękami. Skierowali więc protest do starosty.
– Chciałbym podkreślić, że jako samorządowiec jestem po tej samej stronie barykady co oni
– oświadcza Adam Krzysztoń, starosta łańcucki. – Na tamtą chwilę nie mogliśmy wydać innej decyzji, ponieważ przedsiębiorca spełniał wszystkie warunki. Natomiast obecnie mamy nowe fakty, które bierzemy pod uwagę, jak choćby bliskość studni, która zaopatruje miasto Łańcut. Poza tym, aby cokolwiek można było tam wywozić, potrzebna jest decyzja właściciela drogi, czyli w tym wypadku wójta gminy Czarna – zauważa. Przedsiębiorca musi też uzyskać od marszałka województwa zezwolenie na przetwarzanie odpadów.
Na razie Starostwo Powiatowe w Łańcucie czeka na rozstrzygnięcie SKO. Jeżeli nowe fakty, o których mówi starosta znajdą potwierdzenie w rzeczywistości, przyszła decyzja będzie negatywna? – Tak – deklaruje Adam Krzysztoń. – Głos mieszkańców jest dla nas bardzo ważny.
W całej sprawie zwróciliśmy się do źródła, czyli Wód Polskich. – To jeszcze nie jest zatwierdzone miejsce. Obecnie wykonawca robi rozpoznanie i rozpatruje kilka lokalizacji. Wiadomo, że finalnie zdecyduje rachunek ekonomiczny – mówi nam Krzysztof Gwizdak, rzecznik rzeszowskich Wód Polskich.
– W okolicy, o której mówimy, są czynne dwie studnie, które mają wyznaczoną tylko strefę ochrony bezpośredniej, ale ona nawet nie dotyka miejsca tego składowiska – podkreśla.
– W miejscu, o którym rozmawiamy, właściciel działa na podstawie wydanej przez starostę decyzji rekultywacyjnej. To wiąże się z całą procedurą. Potrzebny jest projekt rekultywacji, uzyskanie uzgodnień z właścicielami dróg. Poza tym procedura zagospodarowywania terenu była uzgadniane z wójtem gminy Czarna i dyrektorem Okręgowego Urzędu Górniczego w Krośnie – tłumaczy Krzysztof Gwizdak.
Dla mieszkańców Czarnej najważniejszą kwestią jest jednak bezpieczeństwo. Rzecznik rzeszowskich Wód Polskich przekonuje, że osad z zalewu nie stanowi żadnego zagrożenia. – Rok temu w przestrzeni medialnej pojawiła się informacja, że miał się tam pokazać molibden. Ale to bzdura – stwierdza. – Wykonawca na bieżąco sprawdza każdą partię urobku. Próbki są badane pod kątem występowania 37 tzw. substancji priorytetowych. To cała tablica Mendelejewa – od benzenów, przez etylobenzeny, tuleny, polichlorki, bifenyle, chlorki, siarczany, fluorki, aż po 12 metal ciężkich – wylicza. Jak mówi, osady stanowią naturalne dno zbiornika, w którym panuje życie biologiczne. – Gdyby znalazło się tam coś niebezpiecznego, ryby pływałyby do góry brzuchami – kwituje Krzysztof Gwizdak.
Mieszkańcy nie wierzą
Kwestią ujęcia wody w Czarnej zajmuje się Łańcucki Zakład Komunalny. Jej prezes, Wincenty Szylar uspokaja: – W 2019 r. zleciliśmy opracowanie strefy pośredniej wokół ujęcia. Zgodnie z planem procedura miała się zakończyć w 2020 r., ale z powodu pandemii została wydłużona. Obecnie strefa jest tworzona i powstanie do końca roku. Napisaliśmy w tej sprawie pismo do starosty i myślę, że zostanie to uwzględnione, a decyzja cofnięta.
Pytamy o sytuację, kiedy tak się nie stanie. – Te odpady nie są niebezpieczne. Nawet jeśli zostałoby tu zdeponowane, w moim odczuciu nie zagrożą ujęciu. Tak czy inaczej, będziemy robić wszystko, żeby tam nie trafiły
– deklaruje.
Zapytaliśmy protestujących, co zrobią, jeśli otrzymają zapewnienie, że muł nie jest groźny. Bez wahania odpowiedzieli:
– Nie wierzymy! Zawsze tak mówią! Przecież nikt nie powie, że przywiezie odpady niebezpieczne, bo nie dostałby zezwolenia. Już jedno składowisko mamy i nie pozwolimy na kolejne!
Wioletta Kruk



26 Responses to "Mieszkańcy Czarnej nie chcą mułu z rzeszowskiego zalewu"